JustPaste.it

5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg

eec910f53e398d6195a2a83110f2535c.jpg

                           Sal powoli wziął głębszy wdech, słysząc zbliżające się w jego stronę kroki Zeldy, stał jednak bez ruchu, dziwnie spokojny nawet w momencie, gdy czarownica zatrzymała się tuż przed nim. Poczuł po chwili jej dłoń na czubku swojej głowy, by następnie niezrozumiałe dla niego słowa odbiły się echem w jego głowie. Chwilę później zalała go cisza i ciemność. W pierwszym momencie poczuł znajome ciepło na policzku, a gdy wreszcie otworzył oczy ujrzał przed sobą twarz swojej mamy. Uśmiechnął się od razu, ale już po chwili coś odciągnęło jego uwagę. Dojrzał psa, czającego się w krzakach i wyglądającego między drzewami, za którym postanowił pobiec, pomimo protestów Diane. Tak bardzo chciał go pogłaskać, że nie zauważył, jak bardzo oddalił się od rozłożonego na trawie koca, na którym jego mama porozkładała przeróżne przekąski. Z dziecięcym uporem szedł dalej, zagłębiając się w coraz to ciemniejsze okolice, aż powietrze przeszył huk wystrzału w tym samym momencie, w którym rozległ się kobiecy krzyk. Poczuł, jak ktoś szarpie go w swoją stronę, mocno przytulając, a chwilę później zalała go fala bólu. Ciało, w które się wtulał, zwiotczało, osuwając się na ziemię, a oczy, które jeszcze nie tak dawno temu patrzyły na niego z taką troską i miłością, oczy jego mamy, teraz wypełniły się pustką, w którą wpatrywał się, próbując dojrzeć w niej choć iskierkę życia, ale im dłużej patrzył, tym bardziej martwe były. Krew z pokiereszowanej odłamkami naboju twarzy wymieszała się z płynącymi łzami.
                           Znajdował się w samochodzie, a obok niego siedział jego ojciec. Palce mężczyzny bębniły nerwowo o kierownicę, jednak chwilę później zacisnęły się na niej tak mocno, że knykcie momentalnie pobielały, gdy zapytał tatę o to, kiedy mama wreszcie wróci do domu. Bardzo za nią tęsknił i nie do końca rozumiał, czemu znajdowała się w szpitalu i czemu nie mógł się z nią zobaczyć. Chciał jej przecież pokazać maskę, którą wybrał, choć dotąd wahał się nad kolorem. Jego mama jednak uwielbiała różowy, więc właśnie w takim kolorze chciał mieć protezę. Nie rozumiał też, czemu ojciec co kilka dni zabiera go na rozmowy z psychologiem, ani czemu tak często się denerwuje, gdy pyta o mamę, albo wspomina o człowieku-psie, którego widział. Sally nie potrafił pojąć, czemu Henry Fisher odwraca wzrok za każdym razem, gdy Sal nie ma założonej maski, ale z jakiegoś powodu sprawiało mu to ból, bo był pewny, że jego mama wciąż będzie patrzyła na niego z taką samą miłością, nawet wtedy, gdy nie będzie miał protezy. Musi tylko wreszcie wrócić do domu. A może wtedy też tata wreszcie się uśmiechnie i przestanie tak często krzyczeć. Może też znikną puste butelki, o które Sal co jakiś czas się potykał.
                           Był na boisku przed szkołą, podczas przerwy. Obserwował ganiających się rówieśników podczas zabawy, bo jego przecież nikt nigdy nie zapraszał do wspólnego bawienia się. Nikt nie chciał z nim też rozmawiać, ani spędzać czas, a jeśli już zdarzały się podobne sytuacje, to powstawały tylko po to, by inne dzieciaki mogły się z niego naśmiewać. Żartowali o jego masce i twarzy, której przecież nigdy nie widzieli. W późniejszych latach wytykali go palcami, bo uważali go za dziwaka, by żartować nawet o jego zmarłej mamie. Nazywali go „Sally Face”, a on zamiast z tym walczyć wreszcie zaakceptował to przezwisko, bo bolało to trochę mniej.
                           Pakował ostatnie pudło i czekał aż jego tata wreszcie pójdzie spać. Miał kilka zdjęć swojej mamy, które koniecznie chciał ze sobą zabrać, a które cudem ocalił przed zniszczeniem, gdy Henry Fisher za cel obrał sobie pozbycie się niemal wszystkiego, co wiązało się z jego zmarłą żoną. Sal zastanawiał się, na ile powód przeprowadzki jest rzeczywiście taki, jaki powiedział mu ojciec, a na ile on sam chciał się wynieść z miejsca, które wiązało się z Diane. Ale może rzeczywiście i dla Sala przeprowadzka z tak dobrze znajomego mu New Jersey, w którym przecież i tak nie miał żadnych przyjaciół, do znacznie mniejszego Nockfell, okaże się w jakiś sposób pomocna. Chociaż wiedział, że będzie tęsknił za swoim pokojem i za miejscami, w które tak często zdarzało mu się chodzić samotnie, a w które kiedyś zabierała go jego mama, będzie brakowało mu odwiedzania jej na cmentarzu i prowadzonych z nią rozmów.
                           Patrzył na coraz bardziej szklące się oczy Larry’ego, gdy wszystkie poszlaki doprowadziły go do tego, że jego ojciec, jego ukochany ojciec Jim Johnson, odszedł od rodziny z własnej woli, zostawił ich, tak po prostu. Patrzył, jak po policzkach jego najlepszego przyjaciela płyną łzy, a Sal nie mógł mu powiedzieć prawdy, choć tak bardzo chciał. Nie mógł mu wyjawić, że jego ojciec nigdy nie chciał od nich odejść, że tak naprawdę kochał Larry’ego i Lisę najbardziej na świecie i chciał ich chronić za wszelką cenę, nie mógł powiedzieć, że tak naprawdę Jim nie był człowiekiem, nie mógł też powiedzieć, że Larry prawie miał siostrę, mógł jedynie mocno go przytulić i być przy nim, mając nadzieję, że chociaż to w jakimś minimalnym stopniu ukoi jego ból.
                           Przesuwał wzrokiem po tekście wiadomości, nie rozumiejąc coraz bardziej, co się dzieje. Czuł rosnącą w gardle gulę i oplatający go strach o przyjaciela. Widział przeprosiny i zapewnienia, że to wcale nie jest jego wina, aż wreszcie Larry przestał odpowiadać, nie odbierał też telefonu, chociaż błagał, krzyczał, by odebrał. Poczuł, jak strach tym razem zaciska dłoń na jego sercu i wiedział, że musi działać, i chociaż biegł ile sił w nogach, to nie zdążył. Bał się wejść do domku na drzewie, obawiając tego, co tam zastanie, ale nie znalazł nic, ani śladu Larry’ego, jedynie opróżnione butelki alkoholu i list pożegnalny. Nigdzie nie widział swojego przyjaciela, nie było go, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu, a on miał wrażenie, jakby wraz z jego zniknięciem, zniknęła też jakaś część jego samego.
                           Ściskał zakrwawiony nóż w dłoni, chowając rękę za plecami. Nie mógł pozbyć się obrazu tych wszystkich zabitych osób, które zostawił za sobą, tych, którzy w jakiś sposób byli mu bliscy, których przecież znał, z którymi rozmawiał niemal codziennie. I choć każdy zadany cios przyszedł z ogromnym trudem, to w tym momencie miał wrażenie, że naprawdę nie da rady, chociaż wiedział doskonale, że przecież musiał, jeśli chce ich uratować. Patrzył na swojego ojca i na Lisę – matkę Larry’ego. Obejmowali się i wydawali się być tacy szczęśliwi. W końcu oboje stracili swoje drugie połówki, a teraz na nowo odnaleźli miłość. A on musiał ich zabić. Stał przed nimi, próbując się zmusić, stał i słuchał, jak Henry Fisher mówi, że jest z niego dumny, że wyrósł na dobrego człowieka.
                           Czy mama też byłaby ze mnie dumna?
                           Morderca. Morderca. MORDERCA!
                           Nie miałem wyboru. Uratowałem ich. Nie miałem wyboru.
                           Patrzył na zeznającą przeciwko niemu Ash. Na Ash, która przecież była jego przyjaciółką, z którą wraz z Toddem i Larrym tworzyli najlepszą paczkę przyjaciół, której nic nie było straszne. Ash, w której przecież podkochiwał się od samego początku, dzielna Ash, która nigdy nie płakała i która zawsze stała po jego stronie. Ash, która przecież sama widziała wszystko, która brała udział niemal we wszystkim, nieustraszona Ash, która teraz była przekonana, że spiski, duchy, demony, sekta i cała ich historia, którą razem przeżyli była jedynie dziecięcą wyobraźnią, albo efektem jakiejś psychozy, Ash, która go… zdradziła?
                           Otworzył oczy, czując jak pomieszczenie drży. Do jego uszu dotarł potworny ryk, chociaż nie wiedział, czy rzeczywiście go usłyszał, czy rozległ się on tylko w jego głowie. Spojrzał na Zeldę, dopiero teraz orientując się, gdzie tak naprawdę się znajduje i co przed chwilą miało miejsce; zdawał sobie sprawę również z tego, że płacze, ale nie zdecydował się odpiąć maski, by otrzeć łzy, wiedząc, że to nie jest najlepszy moment na to. Wyglądało jednak, że ich plan się powiódł, a demon, zwabiony jego cierpieniem, zmierza dokładnie w ich kierunku. Jego zadanie w tym momencie dobiegło końca, dlatego też odsunął się kilka kroków na drżących nogach pod ścianę, nie chcąc zawadzać, po czym przeniósł spojrzenie z Zeldy na drzwi. Spodziewał się zobaczyć tę samą, cienistą, owleczoną w czerń postać, którą widział w Apartamentach Addisona. Jednak, gdy drzwi wreszcie otworzyły się na oścież, to nie czerwone, demoniczne oczy wpatrywały się w nich.
                           — Zeldo, zaczekaj! powiedział od razu, szybkim krokiem podchodząc do czarownicy, by powstrzymać ją przed jakimkolwiek atakiem. Ja go znam.
                           — Sal? Co się tu dzieje? Gdzie jesteśmy? Kim jest ta kobieta i czemu patrzy na mnie tak, jakbym zepsuł jej ukochany ekspres do kawy? Ty płaczesz?
                           Sally też miał wiele pytań, kompletnie nie rozumiejąc, skąd Todd się tutaj wziął. Dotąd nie wiedział, że chłopak w ogóle żyje. Nim jednak zdążył zapytać o cokolwiek, rudowłosy najpierw zachwiał się, a później runął na podłogę, tracąc przytomność.

45f6da80f17d3baa95da4a24970a4696.jpg


5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg