⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

⠀⠀⠀⠀⠀
Czasami stawianie właściwie wszystkiego na jedną kartę było najlepszym rozwiązaniem ze wszystkich możliwych, szczególnie jak koniec końców mogło okazać się, że nigdy nie było żadnego innego wyboru. Sal zresztą niejednokrotnie działał dość jednotorowo, szczerze z tym, jak wyglądała prawda, nie omijając szczegółów, ani przeważnie nie przejmując się, jak w ogólnym odbiorze będzie to brzmiało dla drugiej osoby. Nawet jeśli wcześniej, jeszcze przed zamknięciem w zakładzie, zdarzało mu się postępować inaczej, to inni bez praktycznie żadnych przeszkód potrafili przejrzeć wszelkie kłamstwa, miernie zbudowane na nietrwałych, dziecinnie prostych do zburzenia, fundamentach. Nie był typem osoby, która potrafiłaby udawać, a i też on sam nigdy wcześniej nie widział powodów do podobnego postępowania i choć udało mu się oszukać lekarzy, to bezsprzecznie również dlatego, że miał już przypisaną łatkę osoby, która przeważnie mówi wszystko wprost. Nie wynikało to jednak z jakichś daleko idących pobudek moralnych, nie kierował się w życiu typową mantrą, jakoby najgorsza prawda zawsze była lepsza nawet od najsłodszego kłamstwa, czy innych podobnych rzeczy, gdzie cecha prawdomówności była ceniona ponad wszelkie inne. Dla Sally’ego prawda była po prostu najzwyczajniej w świecie łatwiejsza, pozbawiona musu zapamiętywania stworzonych jedynie w głowie rzeczy, które za każdym razem trzeba było mieć na uwadze. Życie, już od czasu dzieciństwa, komplikowało niemal wszystko na jego drodze, krok za krokiem pokazując mu, że chwilowa stabilizacja, którą udało mu się osiągnąć i tak rozpadnie się, niczym domek z kart przy mocniejszym podmuchu wiatru, dlatego też on sam nie zamierzał nakładać kolejnych warstw komplikacji, późniejsze konsekwencje przyjmując takimi, jakie po prostu były. I choć w teorii zawsze brzmiało to niezwykle prosto, tak nawet i Sal nie mógł nie zauważyć tego, w jak dziwnym kierunku niekiedy prowadzi go ta na pozór prosta droga.
Wpatrywał się w Zeldę, milknąc momentalnie przy jej geście, wciąż przyparty do ściany za pomocą nieznanej mu magii. Typowa dla Sala obojętność na praktycznie wszystkie bodźce wahała się z nagłą wewnętrzną determinacją, wyraźnie zaznaczając tkwiące w nim od zawsze sprzeczności, które na pozór powinny wzajemnie wykluczać się, a jakimś cudem zdawały się wręcz od siebie zależne. Widział jednocześnie, że wypowiedziane przez niego słowa najwyraźniej przyniosły oczekiwany efekt i tym razem mógł uznać, że szczere wyznanie podziałało na jego korzyść. Choć nie wstydził się tego, co zrobił, to mimo wszystko mówienie o tamtych wydarzeniach i wracanie do nich pamięcią nie zawsze przychodziło mu z łatwością. Czasem zwyczajnie bał się świadomości, że niekoniecznie ma się wybór, nawet w tak okrutnej sytuacji, gdy żeby uratować swoich najbliższych trzeba pozbawić ich życia. Doskonale wiedział jednak, że gdyby tego nie zrobił, to demon przejąłby ich dusze, rosnąc w siłę, stając się tym bardziej przeciwnikiem nie do pokonania, a choć po tamtej nocy niemal wszyscy, z którymi Sal miał styczność bez najmniejszego zawahania nazywali go potworem, to Sally nigdy wcześniej nie czuł się aż tak bezsilny i pokonany, jak właśnie w tamtym momencie.
— Tam, w Nockfell, były uwięzione dusze. Ten demon czerpał z nich siłę, z ich tragedii, nie pozwalał im się uwolnić. To one poprosiły mnie o pomoc — wyjaśnił w odpowiedzi na wplątanie się w coś, co właściwie nie powinno go dotyczyć. Podobne sprawy zawsze wydawały mu się dalekie, wcześniej nawet nie zastanawiał się nad ich istnieniem, nie kłopocząc się również rozważaniami nad tym, czy w nie wierzy. Szybko jednak dowiedział się, że to właśnie on posiadał w sobie coś, co mogło pomóc i choć przez pewien czas mógł uważać to za swego rodzaju dar, szczególnie wtedy, gdy mógł ulżyć komuś w cierpieniu, tak później nie mógł wyzbyć się wrażenia, że oscylowało to bardziej na granicy przekleństwa, które finalnie ciężko było mu udźwignąć na swoich barkach. I choć ostatecznie zrobił wszystko, czego nieżyjący od niego oczekiwali, tak z konsekwencjami tego czynu wciąż musiał się borykać, przypłacając to przede wszystkim cierpieniem i samotnością. A chociaż ostatnie, czego chciał, to ponownie mierzenie się z podobną sytuacją, to nie potrafił odpuścić. Nie do momentu, kiedy ten piekielny byt, przyzwany przez sektę, wciąż działał bezkarnie. Nie mógł pozwolić, by odebrane wtedy życia nagle przestały się liczyć, by tamtejsza porażka cienia miała teraz przekształcić się w jego wygraną, której nikt nie powstrzyma. Nawet jeśli oznaczało to pozwolenie po raz kolejny, by niechciany demon o czerwonych oczach wplątał się w jego życie, najwyraźniej chcąc zniszczyć je do końca, tak Sal zwyczajnie nie mógł, nie potrafił pozwolić mu na zebranie sił. Prawdopodobnie zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek go czeka, to na pewno nie będzie łatwe, ale podejrzewał, że jeśli nic nie zrobi, to demon mógł szukać zemsty, skoro wtedy to właśnie Sally zniweczył jego plany. Jeżeli da mu tę przewagę, by tym razem urósł w siłę, to Fisher tym bardziej nie będzie miał żadnych szans, a i teraz nie były one duże. Wyglądało jednak na to, że tym razem będzie miał po swojej stronie pomoc, w dodatku osoby, która zdawała się być o wiele bardziej zorientowana w podobnych sprawach, niż on.
Odsunął się kilka kroków od ściany, gdy Zelda cofnęła zaklęcie, ale nawet na moment nie spuścił z niej wzroku, słuchając tego, co miała do powiedzenia. Jednak nim sam zdążył chociażby otworzyć usta, by dać jej jakąkolwiek odpowiedź, usłyszał dobiegający z przedpokoju hałas, a coś, wyraźnie na wezwanie kobiety, zmierzało do pokoju, w którym byli. Zważając chociażby na moce, które posiadała, Sal zastanawiał się, co za stworzenie może się pojawić i choć przez myśl przeszły mu nawet odstraszające swoim wyglądem stwory, tak gdy wreszcie ujrzał zwierzę, musiał stwierdzić, że to zdecydowanie jeszcze gorsze, niż wszelkie inne potwory. Ledwo zerknął na psa i momentalnie odskoczył jak najdalej od drzwi, starając się zachować największą odległość, jaką mógł w owym pokoju. Ponownie, tym razem już bez ingerencji żadnej magii, przycisnął plecy do ściany, niemal sparaliżowany strachem. Przez dłuższą chwilę zwyczajnie zerkał niepewnie w stronę zwierzęcia, bardzo starając się przy tym unikać kontaktu wzrokowego, jakby mógł on sprawić, że pies nagle się nim zainteresuje. Starał się też unikać gwałtownych ruchów, a właściwie na dobrą sprawę, to Sal w tym momencie nie ruszał się w ogóle, nie licząc zdecydowanie szybciej unoszącej się i opadającej klatki piersiowej w znacznie przyspieszonych oddechach. Jeśli Zelda oraz jej moce nie zrobiły na nim aż takiego wrażenia, jakiego można by oczekiwać po zwykłym śmiertelniku, tak pies zdecydowanie napełnił go strachem.
— Świetne imię — wyrzucił w końcu z siebie, wciąż jednak nie ruszając się z miejsca, ale tym razem zerkając to w stronę drzwi, to na zwierzę, jakby zastanawiał się, czy udałoby mu się wymknąć niezauważenie przed spojrzeniem psa. — Zawsze myślałem, że czarownice mają koty. Takie czarne z żółtymi oczami. Ja mam kota, nazywa się Gizmo, ale nie jestem czarownikiem. Znaczy, na pewno nim nie jestem, skoro wolicie psy, ale na pewno umiesz to poznać nie tylko po posiadanym zwierzaku. Wolałbym kota, albo chociaż stado pająków, nie wiem, co jeszcze mogłyby posiadać czarownice, chyba nigdy żadnej nie spotkałem. Oczywiście poza tobą. W ogóle wow, prawdziwa czarownica, to musi być fajne. — Zdawał sobie sprawę, że większość tego, co mówił raczej nie miała większego sensu, dlatego w końcu umilkł. Wziął głębszy wdech, ale wciąż nie zdecydował się oderwać od ściany, ani tym bardziej jakkolwiek zmniejszyć dystans. – Mogłabyś go tylko poprosić, żeby do mnie nie podchodził? Proszę. Boję się psów. Nawet jeśli nie zamierza mnie ugryźć, to i tak mam wrażenie, że ma wielką ochotę to zrobić. Wolałbym nie mieć z nim do czynienia.
Prawdopodobnie mogło wyglądać to poniekąd zabawnie, gdy mówiąc o demonie, sekcie, czy duchach, a nawet o konieczności zabicia swoich bliskich, nie wydawał się w żaden sposób przestraszony, jak był w momencie zobaczenia psa. Jak nie miał większych problemów, by stanąć wręcz oko w oko z demonem, wydając się przy tym niemal obojętny, choć oczywiście wewnętrznie drżał ze strachu, tak przy spotkaniu owego zwierzęcia strach Sally’ego był bardziej, niż tylko namacalny i wyraźnie widoczny. Uniósł ręce do zakrytą maską twarzy i zacisnął palce na niebieskich kosmykach, delikatnie za nie ciągnąc w dziwnej próbie walki ze strachem. Choć wcześniej, gdy jeszcze nosił kitki, gest ten niewątpliwie bardziej kojarzył się z typowo dziecięcym zachowaniem, to nawet i teraz dość mocno na to zakrawał, a wcześniejsza powaga, swoiste opanowanie, które zdawały się go otaczać w jednej chwili zniknęły, ujawniając tym samym skutki traumy, gdy niekiedy wyjątkowo dorosłe spojrzenie na świat ustępowało jakby zdecydowanie o wiele, wiele młodszej wersji Sala.
— Obiecuję panią słuchać, jeśli pomoże mi pani pozbyć się tego demona — powiedział cicho, zdając się nawet nie zauważać jakiejkolwiek zmiany w swoim zachowaniu, ani tym bardziej tego, że nagle zaczął zwracać się do kobiety per „pani”, chociaż wcześniej, kierując się tym, że on sam był już pełnoletni, jak i tym, że oboje się sobie przedstawili, ujawniając imiona, nie kłopotał się podobnymi grzecznościami. — Nie chciałbym, żeby ten demon jeszcze kogoś skrzywdził. Już i tak zrobił dużo złego i to było naprawdę straszne. Mamy jakiś plan, pani Spellman? Ten demon z jakiegoś powodu nie może mieć mojej duszy, trochę jakby się jej bał, czy to może jakoś pomóc?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
Czasami stawianie właściwie wszystkiego na jedną kartę było najlepszym rozwiązaniem ze wszystkich możliwych, szczególnie jak koniec końców mogło okazać się, że nigdy nie było żadnego innego wyboru. Sal zresztą niejednokrotnie działał dość jednotorowo, szczerze z tym, jak wyglądała prawda, nie omijając szczegółów, ani przeważnie nie przejmując się, jak w ogólnym odbiorze będzie to brzmiało dla drugiej osoby. Nawet jeśli wcześniej, jeszcze przed zamknięciem w zakładzie, zdarzało mu się postępować inaczej, to inni bez praktycznie żadnych przeszkód potrafili przejrzeć wszelkie kłamstwa, miernie zbudowane na nietrwałych, dziecinnie prostych do zburzenia, fundamentach. Nie był typem osoby, która potrafiłaby udawać, a i też on sam nigdy wcześniej nie widział powodów do podobnego postępowania i choć udało mu się oszukać lekarzy, to bezsprzecznie również dlatego, że miał już przypisaną łatkę osoby, która przeważnie mówi wszystko wprost. Nie wynikało to jednak z jakichś daleko idących pobudek moralnych, nie kierował się w życiu typową mantrą, jakoby najgorsza prawda zawsze była lepsza nawet od najsłodszego kłamstwa, czy innych podobnych rzeczy, gdzie cecha prawdomówności była ceniona ponad wszelkie inne. Dla Sally’ego prawda była po prostu najzwyczajniej w świecie łatwiejsza, pozbawiona musu zapamiętywania stworzonych jedynie w głowie rzeczy, które za każdym razem trzeba było mieć na uwadze. Życie, już od czasu dzieciństwa, komplikowało niemal wszystko na jego drodze, krok za krokiem pokazując mu, że chwilowa stabilizacja, którą udało mu się osiągnąć i tak rozpadnie się, niczym domek z kart przy mocniejszym podmuchu wiatru, dlatego też on sam nie zamierzał nakładać kolejnych warstw komplikacji, późniejsze konsekwencje przyjmując takimi, jakie po prostu były. I choć w teorii zawsze brzmiało to niezwykle prosto, tak nawet i Sal nie mógł nie zauważyć tego, w jak dziwnym kierunku niekiedy prowadzi go ta na pozór prosta droga.
Wpatrywał się w Zeldę, milknąc momentalnie przy jej geście, wciąż przyparty do ściany za pomocą nieznanej mu magii. Typowa dla Sala obojętność na praktycznie wszystkie bodźce wahała się z nagłą wewnętrzną determinacją, wyraźnie zaznaczając tkwiące w nim od zawsze sprzeczności, które na pozór powinny wzajemnie wykluczać się, a jakimś cudem zdawały się wręcz od siebie zależne. Widział jednocześnie, że wypowiedziane przez niego słowa najwyraźniej przyniosły oczekiwany efekt i tym razem mógł uznać, że szczere wyznanie podziałało na jego korzyść. Choć nie wstydził się tego, co zrobił, to mimo wszystko mówienie o tamtych wydarzeniach i wracanie do nich pamięcią nie zawsze przychodziło mu z łatwością. Czasem zwyczajnie bał się świadomości, że niekoniecznie ma się wybór, nawet w tak okrutnej sytuacji, gdy żeby uratować swoich najbliższych trzeba pozbawić ich życia. Doskonale wiedział jednak, że gdyby tego nie zrobił, to demon przejąłby ich dusze, rosnąc w siłę, stając się tym bardziej przeciwnikiem nie do pokonania, a choć po tamtej nocy niemal wszyscy, z którymi Sal miał styczność bez najmniejszego zawahania nazywali go potworem, to Sally nigdy wcześniej nie czuł się aż tak bezsilny i pokonany, jak właśnie w tamtym momencie.
— Tam, w Nockfell, były uwięzione dusze. Ten demon czerpał z nich siłę, z ich tragedii, nie pozwalał im się uwolnić. To one poprosiły mnie o pomoc — wyjaśnił w odpowiedzi na wplątanie się w coś, co właściwie nie powinno go dotyczyć. Podobne sprawy zawsze wydawały mu się dalekie, wcześniej nawet nie zastanawiał się nad ich istnieniem, nie kłopocząc się również rozważaniami nad tym, czy w nie wierzy. Szybko jednak dowiedział się, że to właśnie on posiadał w sobie coś, co mogło pomóc i choć przez pewien czas mógł uważać to za swego rodzaju dar, szczególnie wtedy, gdy mógł ulżyć komuś w cierpieniu, tak później nie mógł wyzbyć się wrażenia, że oscylowało to bardziej na granicy przekleństwa, które finalnie ciężko było mu udźwignąć na swoich barkach. I choć ostatecznie zrobił wszystko, czego nieżyjący od niego oczekiwali, tak z konsekwencjami tego czynu wciąż musiał się borykać, przypłacając to przede wszystkim cierpieniem i samotnością. A chociaż ostatnie, czego chciał, to ponownie mierzenie się z podobną sytuacją, to nie potrafił odpuścić. Nie do momentu, kiedy ten piekielny byt, przyzwany przez sektę, wciąż działał bezkarnie. Nie mógł pozwolić, by odebrane wtedy życia nagle przestały się liczyć, by tamtejsza porażka cienia miała teraz przekształcić się w jego wygraną, której nikt nie powstrzyma. Nawet jeśli oznaczało to pozwolenie po raz kolejny, by niechciany demon o czerwonych oczach wplątał się w jego życie, najwyraźniej chcąc zniszczyć je do końca, tak Sal zwyczajnie nie mógł, nie potrafił pozwolić mu na zebranie sił. Prawdopodobnie zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek go czeka, to na pewno nie będzie łatwe, ale podejrzewał, że jeśli nic nie zrobi, to demon mógł szukać zemsty, skoro wtedy to właśnie Sally zniweczył jego plany. Jeżeli da mu tę przewagę, by tym razem urósł w siłę, to Fisher tym bardziej nie będzie miał żadnych szans, a i teraz nie były one duże. Wyglądało jednak na to, że tym razem będzie miał po swojej stronie pomoc, w dodatku osoby, która zdawała się być o wiele bardziej zorientowana w podobnych sprawach, niż on.
Odsunął się kilka kroków od ściany, gdy Zelda cofnęła zaklęcie, ale nawet na moment nie spuścił z niej wzroku, słuchając tego, co miała do powiedzenia. Jednak nim sam zdążył chociażby otworzyć usta, by dać jej jakąkolwiek odpowiedź, usłyszał dobiegający z przedpokoju hałas, a coś, wyraźnie na wezwanie kobiety, zmierzało do pokoju, w którym byli. Zważając chociażby na moce, które posiadała, Sal zastanawiał się, co za stworzenie może się pojawić i choć przez myśl przeszły mu nawet odstraszające swoim wyglądem stwory, tak gdy wreszcie ujrzał zwierzę, musiał stwierdzić, że to zdecydowanie jeszcze gorsze, niż wszelkie inne potwory. Ledwo zerknął na psa i momentalnie odskoczył jak najdalej od drzwi, starając się zachować największą odległość, jaką mógł w owym pokoju. Ponownie, tym razem już bez ingerencji żadnej magii, przycisnął plecy do ściany, niemal sparaliżowany strachem. Przez dłuższą chwilę zwyczajnie zerkał niepewnie w stronę zwierzęcia, bardzo starając się przy tym unikać kontaktu wzrokowego, jakby mógł on sprawić, że pies nagle się nim zainteresuje. Starał się też unikać gwałtownych ruchów, a właściwie na dobrą sprawę, to Sal w tym momencie nie ruszał się w ogóle, nie licząc zdecydowanie szybciej unoszącej się i opadającej klatki piersiowej w znacznie przyspieszonych oddechach. Jeśli Zelda oraz jej moce nie zrobiły na nim aż takiego wrażenia, jakiego można by oczekiwać po zwykłym śmiertelniku, tak pies zdecydowanie napełnił go strachem.
— Świetne imię — wyrzucił w końcu z siebie, wciąż jednak nie ruszając się z miejsca, ale tym razem zerkając to w stronę drzwi, to na zwierzę, jakby zastanawiał się, czy udałoby mu się wymknąć niezauważenie przed spojrzeniem psa. — Zawsze myślałem, że czarownice mają koty. Takie czarne z żółtymi oczami. Ja mam kota, nazywa się Gizmo, ale nie jestem czarownikiem. Znaczy, na pewno nim nie jestem, skoro wolicie psy, ale na pewno umiesz to poznać nie tylko po posiadanym zwierzaku. Wolałbym kota, albo chociaż stado pająków, nie wiem, co jeszcze mogłyby posiadać czarownice, chyba nigdy żadnej nie spotkałem. Oczywiście poza tobą. W ogóle wow, prawdziwa czarownica, to musi być fajne. — Zdawał sobie sprawę, że większość tego, co mówił raczej nie miała większego sensu, dlatego w końcu umilkł. Wziął głębszy wdech, ale wciąż nie zdecydował się oderwać od ściany, ani tym bardziej jakkolwiek zmniejszyć dystans. – Mogłabyś go tylko poprosić, żeby do mnie nie podchodził? Proszę. Boję się psów. Nawet jeśli nie zamierza mnie ugryźć, to i tak mam wrażenie, że ma wielką ochotę to zrobić. Wolałbym nie mieć z nim do czynienia.
Prawdopodobnie mogło wyglądać to poniekąd zabawnie, gdy mówiąc o demonie, sekcie, czy duchach, a nawet o konieczności zabicia swoich bliskich, nie wydawał się w żaden sposób przestraszony, jak był w momencie zobaczenia psa. Jak nie miał większych problemów, by stanąć wręcz oko w oko z demonem, wydając się przy tym niemal obojętny, choć oczywiście wewnętrznie drżał ze strachu, tak przy spotkaniu owego zwierzęcia strach Sally’ego był bardziej, niż tylko namacalny i wyraźnie widoczny. Uniósł ręce do zakrytą maską twarzy i zacisnął palce na niebieskich kosmykach, delikatnie za nie ciągnąc w dziwnej próbie walki ze strachem. Choć wcześniej, gdy jeszcze nosił kitki, gest ten niewątpliwie bardziej kojarzył się z typowo dziecięcym zachowaniem, to nawet i teraz dość mocno na to zakrawał, a wcześniejsza powaga, swoiste opanowanie, które zdawały się go otaczać w jednej chwili zniknęły, ujawniając tym samym skutki traumy, gdy niekiedy wyjątkowo dorosłe spojrzenie na świat ustępowało jakby zdecydowanie o wiele, wiele młodszej wersji Sala.
— Obiecuję panią słuchać, jeśli pomoże mi pani pozbyć się tego demona — powiedział cicho, zdając się nawet nie zauważać jakiejkolwiek zmiany w swoim zachowaniu, ani tym bardziej tego, że nagle zaczął zwracać się do kobiety per „pani”, chociaż wcześniej, kierując się tym, że on sam był już pełnoletni, jak i tym, że oboje się sobie przedstawili, ujawniając imiona, nie kłopotał się podobnymi grzecznościami. — Nie chciałbym, żeby ten demon jeszcze kogoś skrzywdził. Już i tak zrobił dużo złego i to było naprawdę straszne. Mamy jakiś plan, pani Spellman? Ten demon z jakiegoś powodu nie może mieć mojej duszy, trochę jakby się jej bał, czy to może jakoś pomóc?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀