⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

⠀⠀⠀⠀⠀
Przez pierwsze miesiące od tamtych wydarzeń, Sal niejednokrotnie rozpamiętywał tę noc. Próbował ułożyć sobie to wszystko w miarę chronologicznie w głowie, doskonale wiedząc, że wszystko tak naprawdę zaczęło się o wiele, wiele wcześniej. Właściwie trwało to latami, jeszcze przed tym, nim wraz z ojcem opuścił New Jersey i wprowadził się do Nockfell, ale to właśnie jego obecność, obecność Sala okazała się swego rodzaju katalizatorem do tego, by sprawy poplątały się jeszcze bardziej. Zastanawiał się, czy gdyby nie mieszał się w to wszystko, gdyby zwyczajnie odpuścił, poskromił swoją ciekawość i chęć pomocy wszystkim wokół, w tym również duchom, to finał tej historii byłby zupełnie inny. Wiele razy nad tym myślał, ale gdzieś podświadomie wiedział, że gdyby nie zrobił nic, to mogłoby się skończyć jeszcze gorzej, czerwonooki cień urósłby w siłę jeszcze bardziej, być może pochłaniając jeszcze więcej dusz na swojej drodze, niż tylko te, znajdujące się w Apartamentach. A Sal i tego go pozbawił, choć była to najboleśniejsza rzecz, jakiej kiedykolwiek się dopuścił i przez długi czas, a prawdopodobnie wciąż gdzieś to w nim siedziało, czuł się kompletnie zdruzgotany tym, co musiał zrobić. Ale nie miał wyboru, jeśli chciał to wszystko powstrzymać.
Nie miałem wyboru.
Powtarzał to wszystkim. Powtarzał to jak mantrę w momencie, gdy stał przed wejściem do Apartamentów, wciąż ściskając w dłoni nóż i czując na sobie ciepłą krew, przez którą ubranie nieprzyjemnie lepiło się do ciała, której plamy szorował z maski i która zlepiała mu włosy, powtarzał to ciągle, gdy przyjechała policja, powtarzał to wszystkim, którzy oczekiwali od niego jakichkolwiek wyjaśnień, powtarzał to nawet wtedy, gdy nikt nie słuchał. Ale niezależnie od tego, jak wiele razy powtarzał te słowa, to nikt nie rozumiał. Nie tak naprawdę. I przez długi, bardzo długi czas nie było nikogo, kto chciałby zrozumieć, a gdy myślał, że w końcu pojawiła się taka osoba, to zrozumiała to wszystko zupełnie inaczej, posyłając go do zakładu. Lecz nawet tam, również mając dużo czasu do rozmyślań, Sal nigdy nie pogodził się z ogólną opinią, nie uwierzył, że wszystko to było jedynie wytworem jego wyobraźni, przez który posunął się do wielokrotnego morderstwa. Niezależnie od tego, co starano mu się wmówić przez ten cały czas, to Sally doskonale wiedział, co stało się tak naprawdę. Potrzebowali kozła ofiarnego, a on nigdy nie wyparł się tego, co zrobił, nawet nie widział sensu, by w jakikolwiek sposób to zanegować, dowody i tak były wystarczające. Nigdy jednak nie potwierdził przedstawianych mu motywów, tego jednego zawsze się wypierał, wciąż na nowo uparcie powtarzając całą historię tak, jak wyglądała w rzeczywistości, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że zostanie osądzony i nie uniknie kary. Po takiej rzezi policja musiała zareagować, musieli kogoś obwinić, nie mogli tak po prostu siedzieć bezczynnie i przejść obojętnie obok tak licznego mordu, a skoro Sal sam się przyznał, to kierujące nim motywy nie były już aż tak istotne dla ogółu. Liczyło się to, że sprawca został ujęty. W końcu, kto uwierzyłby w opowieść o demonach, duchach i kulcie? A właśnie to, jak i incydent z dzieciństwa oraz fakt już wcześniejszego leczenia się zaważyły i choć uniknął dzięki temu kary śmierci, tak nie spodziewał się wyroku, jaki zapadł. Przyjął go co prawda ze spokojem, wręcz obojętnie, ale wiedział, że to wcale nie było lepsze, niż inne konsekwencje, które mogły go czekać. A dość szybko przekonał się, jak otumaniające leki wykreślają kolejne dni z jego życia, które płynęły gdzieś obok, jakby wykluczając go z tego procesu. Przekonał się, jak długie potrafią być noce w zamkniętym pokoju, gdzie jedynym towarzystwem są własne myśli i dowiedział się, jak to jest, gdy nikt nie wierzy w to, co się mówi, przylepiając łatkę wariata. To właśnie tam, w tym miejscu nauczył się kłamać, choć nigdy wcześniej nie był zdolny do podobnego czynu, gdy za kolejne mówienie prawdy był karany zamknięciem w izolatce. I choć niejednokrotnie zdarzało się, że po podanych mu lekach, cały świat rozmazywał się, tracił ostrość i wyglądał zupełnie inaczej, to Sal nigdy, nawet przez moment, nawet przez jedną chwilę, nie dał sobie wmówić, że to wszystko jedynie siedziało w jego głowie. Nigdy nie zwątpił w istnienie demona, który przez długi czas nawiedzał go nawet w snach, tym bardziej nie dając zapomnieć ani o sobie, ani o tym, co się wydarzyło. Choć próbowali zrobić mu pranie mózgu tak wiele razy, to Sal nigdy nie zapomniał ani o demonie, ani o sekcie, ani o swoich przyjaciołach i rodzinie, ani o duchach. A to właśnie od duchów wszystko się zaczęło. A właściwie to właśnie dzięki nim Salowi udało się popchnąć całą sprawę do przodu, gdyby nie ich pomoc, to nigdy nie dowiedziałby się, co tak naprawdę kryje się w tym miejscu. Bo tak właściwie zaczęło się od zauważenia czerwonookiego cienia w ciemnej kuchni jednego z mieszkań, a Sal, choć z początku był gotów uznać to za zwykłe przywidzenie, nie potrafił wyrzucić tego widoku z pamięci. Był to zaledwie ułamek sekundy, a właściwie właśnie to zadecydowało o wszystkim, co się później stało.
Sal wpatrywał się w kobietę, Zeldę, jak mu się przedstawiła i zastanawiał się, czemu wylądował w tym miejscu. Jeśli był to zwykły przypadek, to był na to zbyt wielki, poza tym Sally przekonał się boleśnie o tym, że w jego wypadku mało kiedy zdarzają się zbiegi okoliczności. Choć nigdy nie chciał być kimś wyjątkowym, niezależnie w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, tak to właśnie na niego spadła odpowiedzialność rozwiązania tego, co skrywało Nockfell. Wyraźnie przecież wtedy usłyszał od uwięzionych w Apartamentach dusz, że to właśnie na niego czekali. To właśnie on miał przyczynić się do ich uwolnienia, pokonując grasującego demona. Nigdy nie powiedział tego na głos, ale uważał, że to zbyt wielka odpowiedzialność, jak na zwykłego nastolatka, który dotąd nigdy nie miał do czynienia z czymś podobnym. Odpowiedzialność, z którą na dobrą sprawę sobie nie poradził.
Przez krótką chwilę zastanawiał się nad wycofaniem z tego domu, zostawieniem go w spokoju wraz ze wszystkimi tajemnicami, które skrywał. Rozważał, żeby tym razem zwyczajnie odpuścić, nie mieszać się w to, zostawić to wszystko Zeldzie, kimkolwiek była, ale wiedział, że nie potrafił. Nie mógł tego zrobić. Czuł się zobowiązany, by domknąć tę sprawę do końca, skoro wciąż najwyraźniej znajdowały się uchylone drzwi, przez które sączyły się siły ciemności, zagrażające… Sal nawet nie wiedział komu tym razem, ale wiedział na pewno, że niewinnym duszom, które nie powinny zostać zawładnięte, tak samo, jak było to poprzednim razem. Jeśli ten sam demon wciąż nie był pokonany, to cała ofiara, całe poświęcenie, te wszystkie życia, które musiał odebrać, zwyczajnie pójdą na marne. A czuł, że jest im coś winien. Nie mógł, po prostu nie mógł tak po prostu odwrócić się i wyjść, udając, że niczego nie widział. Nie potrafiłby przejść z tym do porządku dziennego, nawet jeśli by chciał.
Zresztą, gdyby jednak nie porzucił myśli o ucieczce w momencie, gdy ta się pojawiła, to szybko przekonał się, że kobieta najwyraźniej nie da odejść mu tak łatwo. Poczuł nagłe szarpnięcie, coś jak mocny podmuch wiatru i zdał sobie sprawę, że nie może się ruszyć, przygwożdżony do pobliskiej ściany. Raz jeszcze zastanowił się, w jaki sposób Zelda była w to wszystko zaplątana i po której stronie stoi, jednak odrzucił wszelkie wątpliwości o tym, że kobieta nic nie wie.
Nie szarpał się, nie próbował się uwolnić, właściwie nie wydawał się nawet zbytnio zaskoczony tym, co się stało, a jedynie wpatrywał się w podchodzącą coraz bliżej Zeldę. Decyzję, o tym, co jej powiedzieć, podjął, gdy ta zatrzymała się przed nim i odezwała. Posiadane przez nią moce jasno wskazywały, że jest wplątana w to wszystko bardziej, niż mogło na to wyglądać, a jednocześnie zapewne wiedziała dużo więcej, niż Sally. Niezależnie od tego, po której stronie stała, tak nie było sensu ukrywać prawdy – jeśli po stronie demona, to Sal i tak nie miałby najmniejszych szans, a nie wątpił, że wtedy użyłaby swoich mocy do wyciągnięcia z niego wszystkiego, co sam wiedział, więc być może oszczędzi czasu i jej, i sobie, a być może nawet czegoś więcej i Sally nie mógł tutaj nie pomyśleć chociażby o torturach. Ale istniała też możliwość, że Zelda w jakiś sposób okaże się sojusznikiem. Wolał zaryzykować w taki sposób, skoro finalnie zapewne okaże się, że i tak nie miał żadnego wyboru.
— Rzeź w Nockfell – rzucił jako pierwsze, licząc na to, że jeśli Zelda w jakiś sposób była wplątana w całą sprawę, to owe hasło coś jej powie. — Nazywam się Sal Fisher. Sally Face. To ja odpowiadam za to, co stało się wtedy w Apartamentach.
Jego dane, jak i przezwisko, które „zdobył” jeszcze w New Jersey, a które media dość szybko podłapały, były podane do ogólnej wiadomości. I choć miał możliwość je zmienić, to nigdy się na to nie zdecydował. Chciał zachować pamięć o rodzicach chociaż w taki sposób.
— Próbowałem powstrzymać demona, powstrzymać sektę, która go przyzwała, a to… to było jedynym rozwiązaniem. Musiałem to zrobić. Nie miałem wyboru. — Wziął głębszy wdech, jednak nie spuszczał wzroku z Zeldy, wiedząc, że te słowa mogą być decydujące. Jeśli opowiadała się po stronie demona, to na pewno nie spodoba jej się to, co Sal próbował zrobić. — Nie miałem wyboru — powtórzy z naciskiem, zaciskając dłonie w pięści. — A to wszystko, te symbole, znaki, które się tutaj znajdują, są identyczne jak były tam. Dlatego tutaj jestem, choć naprawdę znalazłem się tutaj zupełnym przypadkiem, ale widząc je, to… nie mogłem tak po prostu pójść dalej. Jeśli ten demon wciąż tutaj jest, to zrobię wszystko, by go powstrzymać, muszę to zrobić. Nie pozwolę zabrać mu kolejnych osób. Nie chcę, żeby skończyło się tak, jak skończyło się to w Nockfell, ale jeśli znowu nie będę miał wyboru, to nie zawaham się, żeby to zrobić.
Sal boleśnie pomyślał o tym, że gdyby ponownie został zmuszony do odebrania kolejnych żyć, to być może tym razem okazałoby się to choć trochę łatwiejsze. Tym razem nie miał przy sobie nikogo bliskiego. Demon zabrał już wszystkich, których Sally kochał i lubił.
— Będziesz próbowała mnie powstrzymać? — zapytał, wpatrując się w Zeldę i delikatnie przechylił głowę w bok, zupełnie jakby pytał o coś kompletnie niezobowiązującego, wręcz trywialnego, wykazując przy tym absolutnie nie pasujące do sytuacji uprzejme zainteresowanie. — Po której stronie jesteś?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
Przez pierwsze miesiące od tamtych wydarzeń, Sal niejednokrotnie rozpamiętywał tę noc. Próbował ułożyć sobie to wszystko w miarę chronologicznie w głowie, doskonale wiedząc, że wszystko tak naprawdę zaczęło się o wiele, wiele wcześniej. Właściwie trwało to latami, jeszcze przed tym, nim wraz z ojcem opuścił New Jersey i wprowadził się do Nockfell, ale to właśnie jego obecność, obecność Sala okazała się swego rodzaju katalizatorem do tego, by sprawy poplątały się jeszcze bardziej. Zastanawiał się, czy gdyby nie mieszał się w to wszystko, gdyby zwyczajnie odpuścił, poskromił swoją ciekawość i chęć pomocy wszystkim wokół, w tym również duchom, to finał tej historii byłby zupełnie inny. Wiele razy nad tym myślał, ale gdzieś podświadomie wiedział, że gdyby nie zrobił nic, to mogłoby się skończyć jeszcze gorzej, czerwonooki cień urósłby w siłę jeszcze bardziej, być może pochłaniając jeszcze więcej dusz na swojej drodze, niż tylko te, znajdujące się w Apartamentach. A Sal i tego go pozbawił, choć była to najboleśniejsza rzecz, jakiej kiedykolwiek się dopuścił i przez długi czas, a prawdopodobnie wciąż gdzieś to w nim siedziało, czuł się kompletnie zdruzgotany tym, co musiał zrobić. Ale nie miał wyboru, jeśli chciał to wszystko powstrzymać.
Nie miałem wyboru.
Powtarzał to wszystkim. Powtarzał to jak mantrę w momencie, gdy stał przed wejściem do Apartamentów, wciąż ściskając w dłoni nóż i czując na sobie ciepłą krew, przez którą ubranie nieprzyjemnie lepiło się do ciała, której plamy szorował z maski i która zlepiała mu włosy, powtarzał to ciągle, gdy przyjechała policja, powtarzał to wszystkim, którzy oczekiwali od niego jakichkolwiek wyjaśnień, powtarzał to nawet wtedy, gdy nikt nie słuchał. Ale niezależnie od tego, jak wiele razy powtarzał te słowa, to nikt nie rozumiał. Nie tak naprawdę. I przez długi, bardzo długi czas nie było nikogo, kto chciałby zrozumieć, a gdy myślał, że w końcu pojawiła się taka osoba, to zrozumiała to wszystko zupełnie inaczej, posyłając go do zakładu. Lecz nawet tam, również mając dużo czasu do rozmyślań, Sal nigdy nie pogodził się z ogólną opinią, nie uwierzył, że wszystko to było jedynie wytworem jego wyobraźni, przez który posunął się do wielokrotnego morderstwa. Niezależnie od tego, co starano mu się wmówić przez ten cały czas, to Sally doskonale wiedział, co stało się tak naprawdę. Potrzebowali kozła ofiarnego, a on nigdy nie wyparł się tego, co zrobił, nawet nie widział sensu, by w jakikolwiek sposób to zanegować, dowody i tak były wystarczające. Nigdy jednak nie potwierdził przedstawianych mu motywów, tego jednego zawsze się wypierał, wciąż na nowo uparcie powtarzając całą historię tak, jak wyglądała w rzeczywistości, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że zostanie osądzony i nie uniknie kary. Po takiej rzezi policja musiała zareagować, musieli kogoś obwinić, nie mogli tak po prostu siedzieć bezczynnie i przejść obojętnie obok tak licznego mordu, a skoro Sal sam się przyznał, to kierujące nim motywy nie były już aż tak istotne dla ogółu. Liczyło się to, że sprawca został ujęty. W końcu, kto uwierzyłby w opowieść o demonach, duchach i kulcie? A właśnie to, jak i incydent z dzieciństwa oraz fakt już wcześniejszego leczenia się zaważyły i choć uniknął dzięki temu kary śmierci, tak nie spodziewał się wyroku, jaki zapadł. Przyjął go co prawda ze spokojem, wręcz obojętnie, ale wiedział, że to wcale nie było lepsze, niż inne konsekwencje, które mogły go czekać. A dość szybko przekonał się, jak otumaniające leki wykreślają kolejne dni z jego życia, które płynęły gdzieś obok, jakby wykluczając go z tego procesu. Przekonał się, jak długie potrafią być noce w zamkniętym pokoju, gdzie jedynym towarzystwem są własne myśli i dowiedział się, jak to jest, gdy nikt nie wierzy w to, co się mówi, przylepiając łatkę wariata. To właśnie tam, w tym miejscu nauczył się kłamać, choć nigdy wcześniej nie był zdolny do podobnego czynu, gdy za kolejne mówienie prawdy był karany zamknięciem w izolatce. I choć niejednokrotnie zdarzało się, że po podanych mu lekach, cały świat rozmazywał się, tracił ostrość i wyglądał zupełnie inaczej, to Sal nigdy, nawet przez moment, nawet przez jedną chwilę, nie dał sobie wmówić, że to wszystko jedynie siedziało w jego głowie. Nigdy nie zwątpił w istnienie demona, który przez długi czas nawiedzał go nawet w snach, tym bardziej nie dając zapomnieć ani o sobie, ani o tym, co się wydarzyło. Choć próbowali zrobić mu pranie mózgu tak wiele razy, to Sal nigdy nie zapomniał ani o demonie, ani o sekcie, ani o swoich przyjaciołach i rodzinie, ani o duchach. A to właśnie od duchów wszystko się zaczęło. A właściwie to właśnie dzięki nim Salowi udało się popchnąć całą sprawę do przodu, gdyby nie ich pomoc, to nigdy nie dowiedziałby się, co tak naprawdę kryje się w tym miejscu. Bo tak właściwie zaczęło się od zauważenia czerwonookiego cienia w ciemnej kuchni jednego z mieszkań, a Sal, choć z początku był gotów uznać to za zwykłe przywidzenie, nie potrafił wyrzucić tego widoku z pamięci. Był to zaledwie ułamek sekundy, a właściwie właśnie to zadecydowało o wszystkim, co się później stało.
Sal wpatrywał się w kobietę, Zeldę, jak mu się przedstawiła i zastanawiał się, czemu wylądował w tym miejscu. Jeśli był to zwykły przypadek, to był na to zbyt wielki, poza tym Sally przekonał się boleśnie o tym, że w jego wypadku mało kiedy zdarzają się zbiegi okoliczności. Choć nigdy nie chciał być kimś wyjątkowym, niezależnie w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, tak to właśnie na niego spadła odpowiedzialność rozwiązania tego, co skrywało Nockfell. Wyraźnie przecież wtedy usłyszał od uwięzionych w Apartamentach dusz, że to właśnie na niego czekali. To właśnie on miał przyczynić się do ich uwolnienia, pokonując grasującego demona. Nigdy nie powiedział tego na głos, ale uważał, że to zbyt wielka odpowiedzialność, jak na zwykłego nastolatka, który dotąd nigdy nie miał do czynienia z czymś podobnym. Odpowiedzialność, z którą na dobrą sprawę sobie nie poradził.
Przez krótką chwilę zastanawiał się nad wycofaniem z tego domu, zostawieniem go w spokoju wraz ze wszystkimi tajemnicami, które skrywał. Rozważał, żeby tym razem zwyczajnie odpuścić, nie mieszać się w to, zostawić to wszystko Zeldzie, kimkolwiek była, ale wiedział, że nie potrafił. Nie mógł tego zrobić. Czuł się zobowiązany, by domknąć tę sprawę do końca, skoro wciąż najwyraźniej znajdowały się uchylone drzwi, przez które sączyły się siły ciemności, zagrażające… Sal nawet nie wiedział komu tym razem, ale wiedział na pewno, że niewinnym duszom, które nie powinny zostać zawładnięte, tak samo, jak było to poprzednim razem. Jeśli ten sam demon wciąż nie był pokonany, to cała ofiara, całe poświęcenie, te wszystkie życia, które musiał odebrać, zwyczajnie pójdą na marne. A czuł, że jest im coś winien. Nie mógł, po prostu nie mógł tak po prostu odwrócić się i wyjść, udając, że niczego nie widział. Nie potrafiłby przejść z tym do porządku dziennego, nawet jeśli by chciał.
Zresztą, gdyby jednak nie porzucił myśli o ucieczce w momencie, gdy ta się pojawiła, to szybko przekonał się, że kobieta najwyraźniej nie da odejść mu tak łatwo. Poczuł nagłe szarpnięcie, coś jak mocny podmuch wiatru i zdał sobie sprawę, że nie może się ruszyć, przygwożdżony do pobliskiej ściany. Raz jeszcze zastanowił się, w jaki sposób Zelda była w to wszystko zaplątana i po której stronie stoi, jednak odrzucił wszelkie wątpliwości o tym, że kobieta nic nie wie.
Nie szarpał się, nie próbował się uwolnić, właściwie nie wydawał się nawet zbytnio zaskoczony tym, co się stało, a jedynie wpatrywał się w podchodzącą coraz bliżej Zeldę. Decyzję, o tym, co jej powiedzieć, podjął, gdy ta zatrzymała się przed nim i odezwała. Posiadane przez nią moce jasno wskazywały, że jest wplątana w to wszystko bardziej, niż mogło na to wyglądać, a jednocześnie zapewne wiedziała dużo więcej, niż Sally. Niezależnie od tego, po której stronie stała, tak nie było sensu ukrywać prawdy – jeśli po stronie demona, to Sal i tak nie miałby najmniejszych szans, a nie wątpił, że wtedy użyłaby swoich mocy do wyciągnięcia z niego wszystkiego, co sam wiedział, więc być może oszczędzi czasu i jej, i sobie, a być może nawet czegoś więcej i Sally nie mógł tutaj nie pomyśleć chociażby o torturach. Ale istniała też możliwość, że Zelda w jakiś sposób okaże się sojusznikiem. Wolał zaryzykować w taki sposób, skoro finalnie zapewne okaże się, że i tak nie miał żadnego wyboru.
— Rzeź w Nockfell – rzucił jako pierwsze, licząc na to, że jeśli Zelda w jakiś sposób była wplątana w całą sprawę, to owe hasło coś jej powie. — Nazywam się Sal Fisher. Sally Face. To ja odpowiadam za to, co stało się wtedy w Apartamentach.
Jego dane, jak i przezwisko, które „zdobył” jeszcze w New Jersey, a które media dość szybko podłapały, były podane do ogólnej wiadomości. I choć miał możliwość je zmienić, to nigdy się na to nie zdecydował. Chciał zachować pamięć o rodzicach chociaż w taki sposób.
— Próbowałem powstrzymać demona, powstrzymać sektę, która go przyzwała, a to… to było jedynym rozwiązaniem. Musiałem to zrobić. Nie miałem wyboru. — Wziął głębszy wdech, jednak nie spuszczał wzroku z Zeldy, wiedząc, że te słowa mogą być decydujące. Jeśli opowiadała się po stronie demona, to na pewno nie spodoba jej się to, co Sal próbował zrobić. — Nie miałem wyboru — powtórzy z naciskiem, zaciskając dłonie w pięści. — A to wszystko, te symbole, znaki, które się tutaj znajdują, są identyczne jak były tam. Dlatego tutaj jestem, choć naprawdę znalazłem się tutaj zupełnym przypadkiem, ale widząc je, to… nie mogłem tak po prostu pójść dalej. Jeśli ten demon wciąż tutaj jest, to zrobię wszystko, by go powstrzymać, muszę to zrobić. Nie pozwolę zabrać mu kolejnych osób. Nie chcę, żeby skończyło się tak, jak skończyło się to w Nockfell, ale jeśli znowu nie będę miał wyboru, to nie zawaham się, żeby to zrobić.
Sal boleśnie pomyślał o tym, że gdyby ponownie został zmuszony do odebrania kolejnych żyć, to być może tym razem okazałoby się to choć trochę łatwiejsze. Tym razem nie miał przy sobie nikogo bliskiego. Demon zabrał już wszystkich, których Sally kochał i lubił.
— Będziesz próbowała mnie powstrzymać? — zapytał, wpatrując się w Zeldę i delikatnie przechylił głowę w bok, zupełnie jakby pytał o coś kompletnie niezobowiązującego, wręcz trywialnego, wykazując przy tym absolutnie nie pasujące do sytuacji uprzejme zainteresowanie. — Po której stronie jesteś?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀