Więcej niż bieg
9 Przygodowy Rajd na Orientację Tropiciel
Po krótkich dystansach, połówkach, maratonach i biegach górskich przyszedł czas na kolejne wyzwanie. Zaczęło się całkiem niewinnie, od uwagi rzuconej gdzieś w gronie znajomych a skończyło się jak zwykle na górnym C. Mowa o udziale w dziewiątej już edycji Przygodowego Rajdu na Orientację Tropiciel na dystansie około 40km. Tym razem organizatorzy przygotowali trasy w lasach wokół Twardogóry. Ze względów bezpieczeństwa formuła imprezy przewiduje tylko udział drużyn. W rozległym terenie na którym rozgrywka jest prowadzona, przy braku jednoznacznie określonych tras, przy niepewnych warunkach pogodowych, wszelkiego rodzaju przeszkodach terenowych które są do pokonania trzeba trzymać się w zespole.
Przygotowanie do biegu specjalnie dużo czasu nam nie zabrało. Każdy z nas miał już jakieś doświadczenie związane z biegami, jako takie rozeznanie w swoich umiejętnościach oraz brak ciśnienia na bicie rekordów świata i konkurowanie ze wszystkim co biega po lesie w poszukiwaniu swojego kolejnego punktu kontrolnego do zaliczenia. Taka mieszanka już na starcie gwarantowała, że impreza będzie udana bez względu na finał. Z perspektywy czasu również nasze wybory sprzętowe okazały się trafne, biegliśmy w butach biegowych bez specjalnych udziwnień dedykowanych krosom, górom czy też innym utrudnieniom terenowym, do tego długie spodnie dresowe, kto jakie miał, góra to koszulka termoaktywna i jakaś polarowa bluza, czapka, rękawiczki i buff. W plecaku kurtka, która okazała się bardzo trafnym wyborem na 25-30km gdy już robiło się zimno i organizm nie dawał rady ogrzać się w przemoczonych ciuchach. Całości rynsztunku dopełniały obowiązkowo czołówki i kompasy. W plecakach znalazło się również miejsce na cukierki, batoniki, napoje mniej lub bardziej rozgrzewające jak również pobudzającą kawę targaną w termosach przez niezmordowanego Huberta i Natalię.
Po zgłoszeniu w biurze zawodów i odebraniu karty kontrolnej z opisaną kolejnością punktów kontrolnych udaliśmy się na odpoczynek. Zespoły były wypuszczane na trasę od 19 do 24 w kilkuminutowych odstępach. Jednocześnie na trasę wypuszczano kilka zespołów z których każdy miał inną konfigurację punktów do zaliczenia. Również mapy organizator wręczał zespołom dopiero na starcie. Dzięki takiej formule nie było możliwości wzajemnego śledzenia się przez zespoły i opracowywania taktyki przed uruchomieniem zegara. Trzeba dodać, że uczestnicy mogli wybrać jedną z czterech formuł rozgrywania zawodów:
- bieg na 40km
- bieg na 60km
- bieg na 40km z nawigacją (nie liczył się czas pokonania trasy a zaliczenie wszystkich punktów po jak najkrótszej trasie)
- jazda rowerem na 40km.
Pierwsze punkty kontrolne padły naszym łupem dość szybko. Pewnie dlatego, że byliśmy na świeżości a i lokalizacja samych punktów nie była jakoś zakamuflowana. Również tempo przemieszczania się po trasie było zasadniczo bardziej biegowe niż marszowe. Nawet przez łąki, rozjeżdżone drogi, zaorane pola udawało nam się biec. Oczywiście nie miało to zbyt wiele wspólnego z jakimkolwiek BC znanym z treningów jako BC1, 2 lub 3, ale trzeba było dość często kontrolować naszą pozycję co nie było aż tak łatwe jak nam się początkowo zdawało. Praktycznie przez cały czas trwania biegu nie dość że było ciemno jak to w nocy bywa to na dokładkę jeszcze była straszliwa mgła. Czołówkami można było sobie najwyżej poświecić na mapę albo pod nogi. Na całe szczęście SAdam wyposażył nas w jakąś cudowną lampkę rowerową, która nawet we mgle pozwalała oświetlać teren na kilkadziesiąt metrów wokół nas. Myślę, że było to dla nas spore ułatwienie i bez tego wynik mógłby bardzo nieprzyjemnie rozczarowujący.
Przygoda, temat przewodni zawodów, towarzyszyła nam na każdym kroku. Przedzieranie się przez chaszcze nawet a czworaka, odgadywanie czy to po prawej trochę mniej zarośnięte drzewami miejsce to początek ścieżki, którą trzeba pobiec czy może jednak ślepy zaułek kończący się po kilkunastu metrach, bieg leśną ścieżką tak żeby nie wykręciło nogi, bo to byłby koniec PRZYGODY, bieg leśną ścieżką tak żeby nie oberwać w twarz gałęzią odtrąconą przez biegnącego przodem, nie wdepnąć w błoto, bo przed nami przynajmniej 40 kilometrów przeprawy i z bagnem w butach to żadna byłaby przyjemność. Po 40 kilometrach okazało się, że do mety jeszcze kawał drogi ale to uroki tradycyjnej nawigacji bez elektronicznego dopingu.
Ostatecznie okazało się, że nasz team o dumnej nazwie OUTSPIDER zapożyczonej od Natali, właścicielki firmy eventowej o tej samej nazwie organizującej imprezy z dreszczykiem dla spragnionych mocnych wrażeń, pokonał dystans 50km. Przygoda na trasie ale też przygoda w punktach kontrolnych, których mieliśmy do zaliczenia jedenaście. Na każdym z nich można było ogrzać się przy ognisku i złapać chwilę oddechu.
Na niektórych organizatorzy przewidzieli doładowanie akumulatorów biegaczy batonikiem albo ciepłą herbatą, która smakowała wyśmienicie o 4 nad ranem po siedmiu godzinach walki z czasem terenem i pojawiającym się coraz częściej zmęczeniem. Z tych punktów, sześć było szczególnych, bo żeby je zaliczyć trzeba było wykonać zadanie niespodziankę. Czasami było to rozwiązanie problemu jak ominąć blokadę na moście zorganizowaną przez Wermacht na jedynym moście prowadzącym do oficera politycznego Armii Sowieckiej, który potwierdzał osiągnięcie wyznaczonej pozycji. W innym punkcie trzeba było wykazać się celnym okiem w strzelaniu do celu z karabinu. I jak w biathlonie mieliśmy do dyspozycji ograniczoną ilość strzałów, za pudłowanie oczywiście kara w postaci karnych minut doliczonych do wyniku na mecie.
Z innych zadań ciekawe było wciąganie na linie jednego delikwenta z drużyny na drzewo żeby tam mógł własnoręcznie zaznaczyć na karcie rajdu odpowiednie pole zaliczające kolejny punkt. Mieliśmy też sprawdzian ze znajomości zwyczajów i ras psów pociągowych. Sponsorami tego punktu były literka X oraz czworonogi z przewodnikami z Klubu Psich Zaprzęgów Sfora z Wrocławia. Mimo późnej pory część alaskanów i malamutów domagała się głaskania po grzywie i drapania za uchem. Ciężko było odmówić. Michu, nasz pierwszy nawigator wykazał się również bezcennym talentem wokalnym. Dzięki temu udało nam się szybko opuścić nazbyt gościnną ekipę średniowiecznych wędrowców, którzy na noc rozbili obóz na naszym szlaku. Niestety słowa piosenki pochłonęła ciemna noc i gęsta mgła. Choć może to i lepiej, bo słowa ani jednego cenzuralnego w niej nie było.
Ważną sprawą na trasie całego rajdu było zachowanie czujności i trzeźwości umysłu. Dopiero po przeanalizowaniu śladu GPS widać jak dużo czasu i energii traciliśmy szukając kolejnego punktu kontrolnego, który był na wyciągnięcie ręki. W dobrej wierze i przeświadczeniu, że nie da się inaczej wbijaliśmy w bagna i rowy melioracyjne. Zaliczyliśmy też wizytę na dzikim wysypisku śmieci i powiem szczerze dużo samozaparcia musieli mieć ludzie wynoszący tam rupiecie. Ciężko było dotrzeć w to miejsce bez bagażu a nie wyobrażam sobie jak przez bezdroża przytargano sterty gruzu i zdezelowanego AGD.
Na przykładzie naszej drużyny widać było, że szybko nie zawsze oznacza dobrze. Pokonywanie dystansu biegiem było obarczone stosunkowo dużymi niedokładnościami w nawigacji nawet w łatwym terenie. W momencie gdy przeszliśmy do marszu okazało się, że odnajdywanie kolejnych way-pointów przychodzi nam dość łatwo. Jak widać równowaga w przyrodzie zachowana być musi.
Impreza przygotowana została wzorowo i ciężko przesadzić z pochwałami pod adresem Organizatorów. Zaangażowano w przedsięwzięcie około 100 wolontariuszy do obsługi biura zawodów, 60km tras i 13 punktów kontrolnych. W tym gronie znalazło się również wielu miłośników przygód z militarnych i średniowiecznych grup rekonstrukcyjnych. Na starcie stanęło ponad 700 zawodników a na mecie zameldowało się nieco ponad 360 osób. To chyba najlepiej oddaje poziom trudności tego typu imprez. W końcówce zawodów dogoniła nas na trasie ekipa, która wystartowała jakieś 10 minut po nas. Widzieliśmy z jaką pewnością nawigowali i byliśmy pewni, że nie mamy z nimi szans. No i okazało się, że przedostatnie zadanie wykonaliśmy chwilę przed nimi, na ostatnim punkcie już ich nie było a na metę nie zdążyli w limicie dwunastu godzin, który obowiązywał dla trasy 40km. A końcówka była w porównaniu z resztą trasy ewidentna i bez większych ceregieli można było napierać praktycznie po prostej.
Udział w Tropicielu daje możliwość poznania tego co czeka biegacza poza granicą 40-45km, po wielogodzinnym wysiłku znacznie wykraczającym poza to co znamy z maratonów chociażby. Pozwala przetestować ekwipunek i organizm w rzadko spotykanych warunkach. No i jak się pokona taką trasę to nabiera się wiary w siły własne i zespołu. Nauka i wiedza szczególnie bezcenna jeśli szykujecie się do jeszcze bardziej ekstremalnych wypraw.
Żeby oddać sprawiedliwość faktom i nie popadać w mitomanię nadludzkiego wysiłku i morderczego treningu winien jestem informację, że Dzik targający w plecaku kabanosy, termos i nieprzebraną ilość słodyczy nigdy nie biegał dystansów dłuższych niż 10km a bieganie jako takie budzi w nim mocno mieszane uczucia.
Ale i tak szykujemy się na T11 za rok.
Wojciech Zieniewicz
OUTSPIDER




