̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄



 ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄ ̄
Najpierw w prawo, a dalej prosto aż do zielonego słupa. Tak, to pewne nawet i w dwustu procentach. Tam w oddali widać znajome budynki i to samo skrzyżowanie, które blondynka mijała kilka godzin temu. Z prawej strony na horyzoncie majaczy kościelna wieża, a gdzieś nieopodal także historyczna baszta. Bezpośrednio przed sobą zobaczy też kilkanaście niskich domków ustawionych w krótki szpaler. Zaraz za latarnią skręci w lewo, a następnie pójdzie prosto wzdłuż płotu. Dalej będzie nieoświetlony tunel, a w nim ten obleśny typ, obok którego trzeba przejść pewnie, unikając kontaktu wzrokowego i nie reagując na zaczepne komentarza oraz pokaźną pulę niewyszukanych komplementów. Idiota. W razie czego znowu poszczuje go dezodorantem, którego czarną tubę mylnie bierze, najpewniej, za gaz łzawiący. Kto wie, czy to nie uraz z przeszłości, który zakorzenił się w jego umyśle, powodując nawet po dłuższym czasie obronną reakcję organizmu. Nie wykluczała również, że może mieć zwyczajnie kłopoty ze wzrokiem, a panujący w przejściu półmrok oraz wypity alkohol tylko utrudnia mu orientacje w terenie. Potem będzie mogła zwolnić, zyskując chociaż na chwilę mylne poczucie bezpieczeństwa, kierując się w stronę jasno oświetlonej ulicy. Prosto, w prawo, w lewo i znowu prosto, jeszcze jakieś pięćset metrów. Zetnie sobie drogę przez niewielki placyk, nieopodal małego supermarketu. Minie sklep sportowy z roznegliżowanymi manekinami na wystawie oraz opustoszałą o tak późnej porze kawiarnie. Stamtąd to już rzut beretem do jej przytulnego domku, ciepłego łóżka i gorącego kubka z parującą herbatą. Przynajmniej tak się jej wydawało, lecz to stwierdzenie okazało się dalekie od prawdy...
Linnea nie chciała dopuścić do siebie myśli, że się zgubiła, co było dość głupie, skoro tak naprawdę jeszcze dobrze nie znała tego miasteczka. Przekonana o swojej nieomylności, spostrzegawczości, dziecinnie uparta i nierozsądna. Okoliczności nie pozwalały jej przyznać się do tego błędu, bo przecież zapamiętała w najdrobniejszych szczegółach drogę powrotną do domu. Mały kamyk potoczył się po ulicy, gdy zniecierpliwiona dziewczyna trąciła go czubkiem pantofla. Zaciśnięte w piąstki ręce wcisnęła do kieszeni spodni, mrucząc coś pod nosem. Powinna nie ruszać się dzisiaj z domu. Zaraz po wyjściu męczyły ją złe przeczucia, a intuicji nie powinno się lekceważyć. Niestety ona znowu zbagatelizowała ostrzeżenia, skutecznie uciszając przewrażliwiony głos w głowie. Nie mogła przesiedzieć w domu całego dnia całkiem sama, bo w takim wypadku prędzej czy później, by zwariowała. Musiała być na zewnątrz w otoczeniu innych ludzi. Po prostu musiała; koniec i kropka. Tylko, że teraz była sama. w dodatku całkowicie bezbronna i zmarznięta.
Odwróciła się gwałtownie, gdy usłyszała za sobą niepokojący dźwięk, ale po kilku sekundach nie zlokalizowała źródła dźwięku. Srebrzysty blask księżyca oświetlał drogę, czyniąc zaułek wyjątkowo jasnym, co i tak niewiele jej pomogło. Temperatura z każdą chwilą spadała coraz niżej, a jasnowłosa czuła, jak jej ciało zaczyna drżeć pod wpływem narastającego chłodu. Szła prosto, naciągając rękawy na nadgarstki. Nocna aura wprawiała ją w jeszcze silniejszą konsternację, a chłodny wiatr tworzył gęsią skórkę na nieosłoniętych przedramionach. Cienki sweterek, który dzisiaj pospiesznie narzuciła zdecydowanie nie zapewniał jej wystarczająco dużo ciepła. Dobrze, że chociaż zdecydowała się na ciemne spodnie, zamiast postawić ponownie na zwiewną sukienkę. Wściekła na samą siebie, na to parszywe miasto, na niesprzyjającą kanadyjską pogodę i nawet na małą sowę, która nie była niczemu winna, rozejrzała się niespokojnie. Kobieta nie oszczędziła też blaszanego śmietnika, w który kopnęła z całej siły, chcąc rozładować emocje. Błyskawicznie pożałowała tego nagłego wybuchu, gdy z kubła z głośnym piskiem wyskoczył kot, a ona zszokowana niespodziewanym spotkaniem bliskiego stopnia z najprawdopodobniej zapchlonym zwierzakiem, omal nie upadła na chodnik.
Blondynka przyspieszyła kroku, skręcając gwałtownie w najbliższą uliczkę. Przekleństwo wyrwało się z jej ust, gdy zobaczyła przed sobą zupełnie inną ulicę niż oczekiwała. Widok nawet w najmniejszym stopniu nie pokrywał się z zapisanym w pamięci obrazem, powodując u niej najpierw zdezorientowanie, w dalszej kolejności złość, aż wreszcie lęk. Dyskomfort jak najbardziej naturalny i uzasadniony, bo nie dość, że absolutnie nie wiedziała, gdzie się znajduje, to na domiar złego nigdzie nie zauważyła żywej duszy. Zawsze denerwowała ją obecność wścibskich sąsiadów ich krzywe spojrzenia, przyciszone głosy oraz komentarze, które wygłaszali najwyraźniej jakimś szyfrem, skoro za nic nie potrafiła ich zrozumieć. W tym szczególnym momencie Linn oddałaby wszystko, mimo że sama nie posiadała zbyt wiele, żeby spotkać gdzieś po drodze jednego z tych przechodniów; nawet tą straszną panią, która kilka dni temu chciała ją uderzyć miotłą. Tymczasem nie zauważyła nikogo. Czy naprawdę nikt nie miał tutaj psa, z którym lubił spacerować o zmroku? Czy tutejsze pary są aż tak nowoczesne, że zdecydowały się świadomie zrezygnować z czegoś tak romantycznego, jak przechadzka w świetle księżyca? Wydawało jej się to aż niemożliwe, ale w Alpen Claire nic nie sprawiało nawet pozorów normalności. Według Nei dosłownie każdy miał tu coś na sumieniu.
Nagle odbiła w lewo, czując dziwne przyciąganie. To już nie była zwykła ciekawość, która stanowiła nieodłączną cześć poznawanej codziennie osobowości. Coś ciągnęło ją w stronę wesołego miasteczka i szła posłusznie we wskazaną przez podświadomość drogę, mimo że już dawno powinna uciekać w przeciwnym kierunku. Okryła się szczelniej cienkim materiałem, gdy porywisty wiatr rozwiał jej włosy, a z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Chłodne, ogromne, pojedyncze, które wkrótce pozostały jedynie krótkim, mało znaczący epizodem. Linn ponownie zaczęła się rozglądać, a wyobraźnia podsuwała jej coraz to nowsze wizje, które nie podobały jej się ani trochę. Za nic w świecie nie miała zamiaru spędzić tej nocy na zewnątrz, marznąc i śpiąc gdzieś w trawie, w lesie lub na ławce. Nie była pewna, ile dokładnie minęło czasu; jak długo już się tak błąka i miota bez celu. Nie miała pojęcia gdzie jest ani tym bardziej nie wiedziała, jak znalazła się na obrzeżach miasta. Przez to wszystko nie potrafiła, odtworzyć drogi, więc poważnie zaczynała się zastanawiać czy jeszcze kiedykolwiek ją odnajdzie. W tej chwili była już niemal w stu procentach pewna, że sama sobie nie poradzi, że potrzebuje co najmniej cudu, żeby się odnaleźć.
Dławiący zapach dymu dotarł do jej nozdrzy, podrażniając je, a ją zmuszając na moment do wstrzymania oddechu. Zmarszczyła brwi, a z szyi pośpiesznie ściągnęła apaszkę. Woń palonej siarki, drewna i smród topiącego się plastiku zmusił blondynkę do osłonięcia swojej twarzy. Żółto-pomarańczowe światło przebijało się przez ogołocone z liści gałęzie drzew. Ogień w samym centrum wesołego miasteczka. Prawdziwie ironiczny obraz. Płomień z ogniska i to w środku nocy, a do tego krzyki, piski i dźwięk jakby ktoś z całej siły uderzał młotkiem o blachę. Usłyszała też pojedyncze słowa, jakąś melodię i trzask palonego drewna. Linnea mimochodem stwierdziła, że ci ludzie mają fatalny gust muzyczny, a także zerowe pojęcie o sztuce a pojęcie ciszy nocnej by im zupełnie obce. Niespodziewanie pantofelki ugrzęzły w czymś miękkim i lepkim. Zapach wydawał jej się znajomy, tak samo jak czerwonawy kolor zniekształcony lekko przez ostre światło księżyca i blask tańczących w powietrzu iskierek. Ukucnęła na moment, dotykając przy okazji palcami nieznanej mazi. Szybko zorientowała się, że palce oblepione ma w tym momencie cienką warstwą krwi. Pospiesznie roztarła ją w dłoniach, mimowolnie wpadając w panikę, która poskutkowała jedynie bezmyślnym przeczesaniem niesfornych kosmyków. Czerwień pokryła jasne pasma nad skroniami, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Kobieta odskoczyła gwałtownie, kiedy ciemne niebo pokryło się malinową łuną. Ktoś wystrzelił racę albo fajerwerki, ale oni byli daleko. Ktoś inny znajdował się znacznie bliżej niej...