JustPaste.it
𝐎𝐍𝐋𝐘 𝐓𝐇𝐄 𝐓𝐑𝐔𝐄 𝐔𝐍𝐈𝐎𝐍 𝐎𝐅 𝐌𝐎𝐑𝐓𝐀𝐋𝐒 𝐀𝐍𝐃 𝐓𝐇𝐄𝐈𝐑 𝐖𝐈𝐓𝐂𝐇 𝐁𝐑𝐄𝐓𝐇𝐑𝐄𝐍 𝐖𝐈𝐋𝐋 𝐁𝐈𝐑𝐍𝐆 𝐓𝐇𝐄 𝐄𝐑𝐀 𝐎𝐅 𝐓𝐇𝐄 𝐌𝐎𝐑𝐍𝐈𝐍𝐆𝐒𝐓𝐀𝐑.

⠀⠀⠀Nie widziałam niczego złego w naginaniu śmiertelników do mojej woli. Mieszanie im w głowach było wyborną rozrywką; obserwowanie znikającego blasku resztek świadomości w oczach, gniecenie pomiędzy niewidzialnymi, szczupłymi palcami i tak wyjątkowo kruchego jestestwa. Tym właśnie dla mnie byli: narzędziem do sprawienia chwilowej uciechy, oddania hołdu Lucyferowi poprzez zaznaczenie dominującej pozycji jego magicznych wyznawców. Niegdyś satysfakcję sprawiała mi wyłącznie realna krzywda. Pozbawiona serca, co w oczach członków Sabatu było wyjątkowym atutem, rozbijałam rodziny i życia, niczym wyjątkowo tanią, tandetną zastawę.

⠀⠀⠀ Ostały na sercu lód z biegiem lat, stuleci, zaczął jednak kruszeć, ogrzewany ciepłem, które sączyła w nie małoletnia bratanica; jedyna pamiątka po zmarłym bracie. Tylko i wyłącznie dzięki niej nie zasiadałam teraz w ukrytej wśród cieni loży z innymi Arcykapłanami, debatując nad losem mojego towarzysza. Podobnie jak on stanowiłam abominację, którą należało skutecznie uciszyć. Lub wyeliminować. Tak, ta druga opcja zapewne prezentowała się w oczach magicznych wyznawców Szatana zdecydowanie bardziej kusząco.

⠀⠀⠀ Zajęłam miejsce obok Emeritusa, uśmiechając się wymownie w kierunku krupiera; w naszym trzyosobowym towarzystwie jedynie Antypapież był w stanie realnie ocenić poziom ironii wsączony w ów wyraz. Nonszalancko oparłam się o krawędź stolika, a choć moje zielone tęczówki spoczywały na śmiertelnym przywódcy kościoła Lucyfera, to umysł kontrolował przepływ informacji w głowie ustawiającego żetony mężczyzny.

⠀⠀⠀ Podsunięcie mu wyjątkowo żałosnej, irytującej każdy mój zmysł piosenki, którą Hilda zwykła nucić krzątając się w kuchni w naszym domostwie, w Greendale, okazało się dziecinnie proste. Śmiertelnik znał tekst, lecz przy tym miał również tendencję do nieznośnego przeciągania zwrotek; samo to sprawiało, że miałam ochotę roztrzaskać mu głowę o stół do gry, a następnie skosztować jeszcze ciepłej, szkarłatnej juchy wprost z rozłupanej czaszki; finalnie wypluwając ją jednak na puchaty, czerwony dywan, który zdobił podłogę, bo za nic nie sprofanowałabym swojego ciała krwią byle śmiertelnego.

⠀⠀⠀ Z morderczych rozważań wyrwał mnie głos Emeritusa i jego nagła bliskość. Zamrugawszy dwukrotnie, aby odgonić z powiek wizję, której realizacja z całą pewnością zwróciłaby na nas uwagę, rozciągnęłam wargi w szerokim uśmiechu, skropionym wyjątkowo subtelnie nutą sadyzmu. Ciekawość Antypapieża, której mogłam się jednak spodziewać, oraz ledwie zauważalna reakcja na zapach papierosowego dymu, którym nadal emanowałam, w szczególny sposób połechtały moje ego. Mój towarzysz może i był śmiertelnikiem, ale za to bardzo osobliwym; w najbardziej szatański, pozytywny sposób. Roztaczał wokół siebie aurę, która nie napełniała mnie irytacją, a wręcz przeciwnie - dziwną ciekawością i realną chęcią pomocy w sytuacji, w której się znalazł.

Nie ma czego wybaczać. ─── odparłam, podkreślając swoje słowa nonszalanckim machnięciem dłoni; krupier zerknął w moim kierunku, lecz nadal będąc pod wpływem zaklęcia, zaczął wystukiwać palcami rytm tej cholernej piosenki. ─── Śmiałość w naszym wypadku to... cóż, cnota. I istotnie, mam pewien pomysł. Obawiam się jednak, że możesz pożałować swojej ciekawości, kiedy tylko dowiesz się czego on dotyczy.

⠀⠀⠀ W mojej dłoni ni stąd, ni zowąd,  pojawiła się złota, bogato zdobiona papierośnica, z której ustami wysunęłam zwinnym ruchem jednego papierosa, resztę podsuwając Emeritusowi; jednocześnie czar, który sączył umysł krupiera, rozciągnęłam na innych grających.

─── Teraz już nikomu nie powinno to przeszkadzać. A Ty, mój drogi, nie powinieneś się opierać. Czasami warto oprzeć się pokusie i sprawdzić, gdzie nas ona zaprowadzi. ─── zapalniczka, która spoczywała w kieszeni marynarki jednego z graczy, momentalnie znalazła się między moimi palcami, a jej płomień podpalił końcówkę papierosa; właściciel zdawał się być jednak nieporuszony.

─── Gdyby okoliczności mojego przybycia na Synod były inne, sprawa wyglądałaby o wiele prościej. Mam na myśli - rzecz jasna - moją pozycję. Pojawiając się tu jako pokorna małżonka byłego Arcykapłana, bez problemu mogłabym sprawić, że Vittorro zapomniałby o całej sprawie w ciągu tej nocy; ba, z tego wszystkiego może nawet nie pojawiłby się na kolejnym zgromadzeniu. Niestety w obecnej sytuacji nasz szacowny kolega prędzej pozbawiłby mnie głowy, niż zaprosił do swego łóżka... lub zaakceptował moje zaproszenie, co utrudnia nam cały precedens. ─── westchnęłam ciężko, jednak moja ekspresja była wyjątkowo spokojna; zupełnie tak, jakbym omawiała kompletnie banalne, nic nieznaczące kwestie. ─── A skoro łatwe i - powiedzmy - przyjemne wyjście z sytuacji nie wchodzi w grę, trzeba uderzyć silnie i zdecydowanie, zanim oni to uczynią. Uwierz mi, nie będą mieli litości; od lat nie skąpali się w śmiertelnej krwi. I nie jest to gra słów.

⠀⠀⠀ Zaciągnęłam się papierosem, wyjątkowo jednak nie delektując się uderzającym do płuc dymem, a wypuszczając go niemal od razu. Szara, dusząca chmura zasnuła postać krupiera i najbliżej siedzących graczy, kiedy pochyliłam się w kierunku Antypapieża, uśmiechając się przy tym z dziwną, budzącą niepokój satysfakcją.

─── Mogę przeprowadzić rytuał, który sprawi, że drogi Vittorro będzie tracił siły z minuty na minutę... aż w końcu zadławi się nie tylko własną dumą, ale i krwią. Wyznaję zasadę, że pozbywając się danej jednostki, wraz z nią pozbywam się problemu, a ten jest...

⠀⠀⠀ Cichy świst przerwał mój wywód, a osobliwy, szczypiący ból w policzku dodatkowo zbił mnie z pantałyku. Tuż po nim nastąpił głuchy łoskot osuwającego się na podłogę ciała; to krupier zetknął się z czerwonym dywanem, teraz dodatkowo upstrzonym szkarłatnymi kroplami; nucona przez niego melodia momentalnie ucichła. Zgromadzeni przy stole gracze zdawali się nie dostrzegać niczego zaskakującego - nadal byli pod wpływem zaklęcia. Hazardowe życie wokół nas zdawało się toczyć normalnie, bowiem nikt nie dostrzegł tego, co wydarzyło się przy tym stanowisku; de facto jednym z wielu. Zbyt zaaferowani swoimi sprawami śmiertelnicy mijali nas, patrząc w zupełnie innym kierunku i już samo to bardzo mi nie pasowało.

⠀⠀⠀ Moja dłoń powiodła w kierunku bolącego policzka, wyczuwając pod opuszkami palców lepką strużkę juchy; najwyraźniej pocisk nie był przeznaczony dla pracownika kasyna. Był dla mnie. Lub Emeritusa. Druga opcja wydawała mi się o wiele bardziej zasadna. Skierowałam wzrok w kierunku, z którego przyszliśmy tuż po zgromadzeniu synodu, a moje zielone tęczówki momentalnie odszukały niepasujący do całej układanki element; ten okazał się kluczowy. Nieopodal stał ubrany w czarny garnitur mężczyzna i nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie fakt, że w jednej dłoni trzymał wytłumiony MK23, a jego szyję zdobił złoty łańcuszek z dorodnym krzyżem, inkrustowanym lśniącymi w blasku świateł rubinami. Katolicy.

To by było na tyle, jeśli chodzi o miły, spokojny wieczór. ─── mruknęłam, rozmazując przy tym juchę z rozciętego policzka. ─── Chyba najwyższa pora zmienić otoczenie. Nie widzi mi się teatrzyk przed śmiertelnikami...

⠀⠀⠀ Śmiertelnikami, którzy nawet nie są świadomi tego, co się dzieje. Wyciągnęłam w kierunku Emeritusa dłoń; teleportacja ze śmiertelnym była bardzo obciążająca, niemniej w obecnej sytuacji nie widziałam innego wyjścia.