Jaki ten świat jest piękny, taki kolorowy, rozchwiany-cudowny! Czy to ciastko? Nie sądziłam, że tu jest tyle odcieni. Ciekawe kto to malował i kiedy. Ten zamysł twórczy, dynamiczność w ruchach. Ale... nie chcę tu być. Zdecydowanie lepiej czułabym się na jakiś egzotycznych wyspach, otoczona tłumem półnagich adonisów i popijająca drinka z różową parasolką. Słońce przyjemnie ogrzewałoby mi twarz i pierwszy raz nie byłoby mi zimno w nogi. Miałabym pomalowane paznokcie i ciemne okulary na nosie. Później popływałabym w błękitnym morzu, unosiłabym się na przezroczystej wodzie i miała gdzieś cały świat, a tymczasem siedzę w jakimś barze, na zewnątrz zima i smutno. Odchyliłam się i popatrzyłam na liczne pęknięcia na suficie i w tej jednej sekundzie świat przestał być uroczy. Na nowo stał się brzydki, zniszczony i chłodny, a przy tym wszystkim zachciało mi się alkoholu. Znowu. Ponownie chciałam poczuć ciepło powoli spływające po gardle, a następnie opanowujące poszczególne części mojego ciała. Chciałam się położyć. Jednak coś poszło nie tak, bo za mną zamiast wygodnej zielonej trawy cały czas była tylko pusta przestrzeń. Dopiero uderzenie plecami w coś przywróciło mi w miarę trzeźwe myślenie. Albo nie... -Masz strasznie niebieskie oczy... -powiedziałam i przymrużyłam powieki. Nadal niebieskie, chociaż właściwie... To bardziej błękit, ale taki połączony z cyjanem. Przybliżyłam się do niego i pod wpływem dziwnego impulsu złożyłam pocałunek na jego ustach. Z początku delikatnie, ale z każdą chwilą coraz bardziej namiętnie okazywałam to czego rzadne słowa nie mogły opisać, ale w końcu odepchnęłam go od siebie i podniosłam się jednocześnie odgarniając włosy z twarzy. Nie, nie mogę. Znamy się kilka godzin i to nie jest odpowiednie, ale trzeba przyznać jest przystojny. Nawet bardzo. -Chodźmy stąd. -wydusiłam z siebie speszonym tonem i ze spuszczoną głową skierowałam się do wyjścia. Mając nadzieję, że mój towarzysz będzie trzeźwo myślał, bo ode mnie już nie można tego oczekiwać, nie po tym wszystkim, nie dzisiaj. Ubrałam kurtkę i wyszłam na rzeźkie powietrze. Nagle zrobiło mi się niedobrze, nieprzyjemnie i zakręciło się w głowie. Zobaczyłam jeszcze jak Ethan wychodzi, po czym całość zakryła mi ciemność.
Sny przychodziły do mnie znienacka, pojawiały się i znikały zanim zdążyłam się, do któregoś przyzwyczaić. Niespokojnie krążyły po mojej głowie co chwilę wywołując inne wizje. W końcu obudziłam się zlana potem i rozejrzałam po pomieszczeniu. Skąd ja się tu wzięłam? Kiedy? Jak? Szukanie odpowiedzi na pytanie przerwały mi nagły i pulsujący ból głowy. Cholera... I już wiadomo czemu moja pamięć ma takie luki. KAC TO ZŁO. Podniosłam się do pozycji siedzącej i delikatnie rozmasowałam skronie, powodując, że pulsowanie trochę zmalało. Wstałam i dopiero teraz zorientowałam się, że jestem w koszuli-męskiej. Przynajmniej mam na sobie bieliznę. To... ani trochę nie polepsza sytuacji. Przeszłam do okna i wyjrzałam przez okno próbując zorientować się gdzie jestem-sądząc po rejestracjach samochodów nadal jestem w Miami, gdzieś w centrum. Zza ściany dobiegły mnie czyjeś radosne rozmowy. Podeszłam, więc w ich kierunku i cicho otworzyłam drzwi. Widząc kilku mężczyzn powinnam się zawstydzić, ale jedynie patrzyłam oparta o framugę jak próbują jednocześnie powiedzieć kilka rzeczy. Jak dzieci... W pewnej chwili jeden z nich mnie zauważył i zaczął uciszać resztę. Pomochałam im i spojrzałam morderczym wzrokiem na Ethana. -Możemy porozmawiać? -Zapytałam uroczym głosikiem i zaczekałam na jego reakcje. Teraz dopiero poczujesz czym jest piekło...

