JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Końcówka wieku XVIII wbrew pozorom w cale niebyła aż taka zła. Nastąpiła już rewolucja przemysłowa, wprowadzono silniki parowe, które napędzały koleje. Podróże stały się znacznie łatwiejsze i zdecydowanie krótsze. Ja nie uświadczyłem jednak zmęczenia miesięczną podróżą, by odwiedzić daleko mieszkającą babcię córki wujka od strony mojego dziadka. Za mojego dzieciństwa podróż w tę i z powrotem, wliczając do tego kilku godzinną wizytę u rodziny zwykle nie przekraczała dwóch dni. Był to bardzo duży skok techniki zwykle dostępny jedynie ludziom wywodzących się z tej bogatszej części społeczeństwa. Chociaż i ci biedniejsi znajdowali wyjście z gorącej sytuacji na peronie. Już nie raz zdarzyło mi się obserwować, jak pasażerowie w jednym, jedynym wagonie "biednym" ściskali się, by jak najwięcej osób mogło tam wejść. Co sprawniejsi wskakiwali przez okna by zająć dla siebie, nieliczne miejsca siedzące. Jeszcze inni całą podróż spędzili na balkoniku kończącym ostatni wagon, gdzie trzeba było się wspiąć, bo wejście na niego zwykle było zamknięte na klucz. Przez lata nic się nie zmieniało. Ciągle panował tłok w ostatnich przedziałach, i ludzie nie narzekali, tylko się cieszyli, że jakimś cudem udało im się wejść do przedziału. Zupełnie inaczej sytuacja miała się w pierwszej klasie, którą często podróżowałem, a w późniejszym czasie dojeżdżałem do uniwersytetu, kiedy musiałem nocować u ciotki. 

Minęło już ponad pół wieku od mojej pierwszej przejażdżki pociągiem. Pamiętam to bardzo dobrze, jakbym właśnie znów uczestniczył w tym wydarzeniu. Miałem cztery lata. Miesiąc po moich urodzinach rodzice otrzymali wiadomość, że nie żyje Lilianna Angel - babka mojej matki. Wiekowa kobieta nie powiem, ale ciągle energia ją roznosiła, a kiedy klęła, to nawet święty papież zszedłby przy niej na zawał. Sytuacja się prawie powtarza. Znowu siedzę w tym samym pociągu, tej samej klasy. Jak zawsze od trzydziestu lat, o tej samej porze przejdzie konduktor i poprosi o ukazanie biletów, z niezmiennym, serdecznym uśmiechem. Skinie głową witając się z każdym mężczyzną i uniesie nakrycie głowy nisko kłaniając się z osobna każdej z niewiast. Ponownie i za razem po raz ostatni zawiesi na mnie spojrzenie oddając bilet, ponownie rozpoznając we mnie syna dwójki nieszczęśliwie zamordowanych, brata zaginionego tej samej nocy, gdy ich rodzice konali rozrywani przez nieznaną ludzkości istotę. Niektórzy myślą, że to wilk inni, że zwyczajny psychopata, ja znam prawdę. Jednocześnie wiem, że ludzie w Londynie, jak i na całym świecie nie są gotowi do jej poznania. Tak samo, jak ja nie byłem gotowy.

Wyjechałem na północ kraju, gdzie się żyłem prawie dwie setki lat. Wiele się działo, naprawdę wiele. Kolejne wynalazki, królowe, konflikty, przyjaźnie...wojny. W obu wojnach brałem czynny udział, pomimo, że w ostatnich latach konfliktu powinienem mieć ponad 50 lat, a wyglądałem ciągle jak dwudziestolatek. Kiedy naprawdę miałem prawie 140 lat na karku. W 46 wróciłem na północ, gdzie postanowiłem spędzić "resztę swojego życia" jeśli można to tak w ogóle nazwać. Niestety przeznaczenie i złośliwość rzeczy martwych miała co do mnie nieco inne plany. Nie zaczął się jeszcze XXI wiek, a mnie los wygnał na mroźną Islandię. Z resztą nie tylko mnie. Na statku, którym płynąłem znajdowały się też inni przedstawiciele ras nadnaturalnych. Wampiry, wilkołaki, czarownice. Nawet mogą dać sobie rękę uciąć, że spotkałem hybrydę i demona. Nie było mi dane jednak spotkać anioła, nie mówię tutaj o istocie czysto niebiańskiej, czy tej nieco mniej. Ci co muszą to wiedzą, a ci co nie...cóż, trochę się nasłuchali. 

Pierwsze kroki postawione na nowej ziemi były niczym chrzest dla grzesznika, niczym śmierć po wiekach męczarni. Od razu poczułem się lepiej i wróciła mi ochota na wszystko, czego odmawiałem sobie przez cały okres podróży. Wygłodniały kobiety i jej krwi ruszyłem na polowanie pozostawiając za sobą krwawy ślad w historii stolicy i ogromną wyrwę w sercach rodzin owładniętych smutkiem po starcie swojej ukochanej córeczki. Cały kraj zaczęły pustoszyć wszystkie nadprzyrodzone, dodam, że złe, byty. Przeciwwagą były dary niesprawiedliwego Boga osłaniających tamtych ludzi przed naszą siłą. Teraz zacząłeś przejmować się swoim gatunkiem? A gdzie byłeś przez ostatnie dwieście lat. W którą stronę odwracałeś wzrok, gdy mordowano mi rodzinę, gdzie patrzyłeś, gdy zabito mnie. Podziwiałeś piękny byt z olśniewająco białymi skrzydłami niosący dobro i zniszczenie rasy, która teraz panuje na twoim terytorium.

Zdążyłem się już przyzwyczaić do skinień głową obcych mi ludzi, których oczy nie lśnią dawnym blaskiem odbitego słońca. Podejrzliwych spojrzeń kiedy nosiłem na rękach przygarnięte dziecko - dziewczynkę, którą skrzywdził los, a później rzucił na pożarcie istotom, które sam stworzył. Przywykłem do oskarżycielskich spojrzeń sąsiadów, gdy wyraźnie słyszeli odgłosy kobiet w jednoznacznej sytuacji, które już nigdy nie ujrzą swej rodziny. Wampiry z sąsiedztwa jednak znaleźli idealne rozwiązanie. Stworzyli swego rodzaju dom uciech i jadłodajnię w jednym. Zatrudniali tam głównie śmiertelnych. Wystarczyło przyjść w białej koszuli z kroplą zaschniętej krwi na kołnierzu. Innych nie wpuszczali w te dość specyficzne, skromne progi. Jak każdy z przedstawicieli mojego gatunku byłem tam częstym bywalcem. jednak w przeciwieństwie do innych, ja najczęściej rozkoszowałem się jedynie metalicznym posmakiem w ustach, a nie słyszalnej w każdym zakamarku miasta orgii trwającej nie raz do bladego świtu, gdzie każdy z uczestników jest zaspokojony na dwa sposoby.

Dzisiejszego wieczoru też tam byłem. Pełnia wyjątkowo sprawia, że nie  mam dość. Mógłbym poić się na wielu nie pozbywając ich życia tylko po to by patrzeć jak powoli konają tracąc krew z rany na szyi. Zahipnotyzowani by leżeć w bezruchu i patrzeć w sufit. By przestać krzyczeć, myśleć. Stać się zwykłymi workami pełnymi krwi, których zapach drażni mi nozdrza i zawraca w chwilowo nietrzeźwej głowie. Wyszedłem po północy zostawiając po sobie piątkę pozbawionych krwi ciał. Jedna dziewczyna jeszcze żyła, nie krwawiła obficie. To taki mój mały napiwek, dla tych, którzy muszą sprzątać po dobrej zabawie nawet w niej wcześniej nie uczestnicząc. 

Wolnym krokiem wracałem do mieszkania, do którego prowadził mnie księżyc. Było grubo po północy, ale do świtu pozostał jeszcze szmat czasu. Jak to mówią noc jeszcze młoda, zgadzam się z tym, dlatego nie warto marnować jej na sen. W końcu jestem tym czym jestem i senność dzięki temu mi nie doskwiera. Wyszedłem po schodach, po czym wszedłem do mieszkania. Od razu poczułem dotąd nie spotkany w stolicy zapach, będący zarazem tak dobrze mi znanym. Zapaliłem światło w pokoju zamykając za sobą drzwi. Zmysły mnie nie myliły. Wolnym krokiem podszedłem do dziewczyny witając ją wymowną ciszą i tym samym spojrzeniem co zawsze. Zatrzymałem się obok niej i ująłem nieznacznie wyciągniętą dłoń dziewczyny. - Racz mi wybaczyć...Pani. - musnąłem ustami wierzch jej dłoni po czym odebrałem jej pustą szklankę i przeszedłem do barku. Tak samo wyglądające przywitanie od wieków trwającego romansu, który rozwiązuje się nagłym zniknięciem jednej z dwóch groźnych połówek. Zdjąłem marynarkę i rzuciłem ją na pobliskie krzesło. Garnitur, mój znak rozpoznawczy. Napełniłem dwie szklanki whisky, do którego dobrała się dziewczyna. Oddałem jej szklankę, a sam zająłem miejsce na fotelu, naprzeciw niej. - Szybko mnie znalazłaś Tia...

 

df5f7b81177166616b598d75b5ae42df.jpg     3e4cf3d8babd9f12d3e2f43ece8be9c5.jpg     a8590e8ce9f29efbdf5d6ff7fee076db.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━