______________________________________________________________________________________________________________
MAYBE SOMETHING MORE... #00
"I’m a lot smarter than you think
Everything I did was planned
To get you to listen
To get your attention..."
______________________________________________________________________________________________________________
Miłość...czy to uczucie naprawdę istnieje? Jeśli mam być szczera chociażby w stosunku do samej siebie, to zmuszona jestem przyznać, iż zastanawiam się nad odpowiedzią na owe pytanie już przeszło pół wieku. I wiecie co? Nadal nie potrafię jasno tego określić. A może tak naprawdę wcale nie chce poznać odpowiedzi? Sama już nie wiem... Niby zaznałam tego jakże czystego uniesienia, które sprawiło, że poczęłam patrzeć na otaczający mnie świat przez przysłowiowe różowe okulary. Nie trwało to jednak tak długo, jak pewna byłam, że będzie. Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy okazało się, iż mój ukochany Victor nie jest człowiekiem, a wampirem. Istotą nadprzyrodzoną. Czymś, co do tej pory widywałam zazwyczaj w filmach z gatunku horroru, czy własnych spędzających sen z mych powiek koszmarach. Z początku ciężko było mi uwierzyć. Z czasem jednak nabierałam coraz to większego przekonania, dostrzegając prawdziwą naturę mężczyzny, którego kochałam. To uczucie jakim go darzyłam było na tyle silne, iż bez wahania, czy choćby cienia wątpliwości zgodziłam się, aby mnie przemienił, gdy pewnej deszczowej nocy zapytał czy chce pozostać z nim już na zawsze. Wtedy myślałam, że nie mogło spotkać mnie nic piękniejszego. Wieczne życie u boku kogoś, kto w tamtym czasie był dla mnie niczym powietrze, bez którego dusiłam się niemalże każdego dnia.
Niestety owa przemiana nie miała w sobie nic z tych mrzonek znajdujących się w romansidłach, jakie zwykłam czytać będąc niczego nieświadomą nastolatką, marzącą o ckliwej miłości. W mym mniemaniu stanowiła raczej najprawdziwszą mękę. Życie początkującego wampira również nie należało do łatwych. Jakby tego było mało, nie mogłam liczyć w tych trudnych dla mnie chwilach na żadną pomoc czy wsparcie ze strony Victora. Mój stwórca nie miał dla mnie czasu, gdyż w tamtym czasie tworzył z cieczy płynącej w jego żyłach inne wampiry będące jego wiernymi kopiami. To sprawiło, że wszystkie dotychczasowe składane przez niego obietnice, czy przysięgi bezgranicznej miłości okazały się kłamstwem, mającym na celu manipulowanie moją osobą. Nie chciałam tak na to patrzeć. Wierzyłam w to, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Idiotyzm. Wystarczyło zaledwie kilkanaście lat u jego boku, aby zrozumieć w jak ogromnym błędzie tkwiłam. Lata mijały, a w naszym związku, o ile mogę łączącą nas relację nazwać w owy sposób nic się nie zmieniło. Zamiast oczekiwanych przeze mnie zmian, wytworzyła się pewnego rodzaju pustka, której nie potrafiliśmy przezwyciężyć. Właśnie wtedy w naszym domu pojawił się Vladimir. Młodszy brak Victora.
W jego towarzystwie wszystko zdawało się wyglądać zupełnie inaczej. Im więcej czasu mu poświęcałam, tym bardziej utwierdzałam samą siebie w przekonaniu, że zaczyna wytwarzać się pomiędzy nami niezdrowa fascynacja, która może zakończyć się tragicznie jeśli czegoś z tym nie zrobię. Dlatego pewnego dnia pod osłoną nocy opuściłam posiadłość należącą do rodu Blackwood i odeszłam nie oglądając się za siebie nigdy więcej. Dziś patrząc na to z perspektywy kilkuset lat wiem, że nie lepszej decyzji podjąć nie mogłam. Coś co powstało pomiędzy mną, a Vladimirem nie miało przyszłości, a co gorsza stanowiło niepodważalną podstawę do rozlewu krwi w tym rodzie. Nie mogłam na to pozwolić niezależnie od tego, jak bardzo pragnęłam odegrać się na mym stwórcy. Zdążyłam się jednak nauczyć, że wszystko na tym popieprzonym do granic możliwości świecie ma swoją cenę. A co za tym idzie za wolność jaką zyskałam być może przyjdzie mi słono zapłacić w momencie, kiedy drogi moje i Victora ponownie się ze sobą zejdą...
Musiało minąć ponad trzysta lat, aby w mojej bezcelowej egzystencji coś uległo zmianie. Cóż to było? Konkretniej rzecz ujmując, na mej drodze pojawił się ktoś, kto odrobinę rozjaśnił tę szarość jaką się otaczałam. Logan Harlow wywrócił moje poukładane, choć zarazem nieco nudnawe życie do góry nogami. Ten mężczyzna sprawił, że coś we mnie pękło i doprowadziło do tego, że ta skrywana gdzieś głęboko, dzika natura w końcu wylazła na powierzchnię, czyniąc ze mnie kobietę, jaką zawsze pragnęłam być. Zaufałam mu choć nie powinnam. Zostaliśmy przyjaciółmi, a mnie udało się poznać go tak dobrze, jak jeszcze nikogo wcześniej. Z czasem jednak oboje zrozumieliśmy, że to co nas łączy, to zdecydowanie zbyt mało. Dlatego do tej łączącej nas ze sobą przyjaźni dodaliśmy coś jeszcze. A mianowicie łóżko zakrapiane tak bardzo pożądaną przez nas krwią. Ten układ nam odpowiadał, gdyż żadne z naszej dwójki nie chciało w swym wiecznym życiu komplikacji w postaci związku czy przywiązania, które mogłoby wprowadzić chaos nie do zatrzymania. Dlatego też Logan zwykł znikać za każdym razem, gdy sprawy przybierały niewygodny obrót. Czasami role się odwracały i to ja byłam tą, która zostawiała jego łóżko puste. Działo się tak za każdym razem, kiedy docierało do mnie, że zaczynam czuć względem niego zdecydowanie więcej, niż bym sobie tego życzyła. I tak w kółko przez prawie dwieście lat.
Kiedy wpadaliśmy na siebie przypadkiem czy też nie zawsze działo się coś nieoczekiwanego. Nieważne było to ile lat minęło. To niezaprzeczalne przyciąganie ożywało za każdym razem, gdy znów byliśmy blisko. Tak samo jak teraz. Kilka dni temu uruchomiłam swe kontakty, a pewien ptaszek wyśpiewał mi, że ten skurczybyk Harlow pojawił się w Reykjavík. Nie mogłam zmarnować tak wyśmienitej okazji do ponownego spotkania. Moje ciało i umysł w połączeniu ze sobą działały instynktownie. Jakby wbrew mojej woli pożądając go. Tęskniąc za jego dotykiem. Niedobrze. Bardzo niedobrze... Wiedziałam gdzie spędza większość swych wieczorów. Oczywiście mogłabym pojawić się w jego ulubionej knajpie, ale nie... Ja preferowałam nieco bardziej efektowne wejścia. Stąd też zdobywając jego adres, zakradłam się do mieszkania mężczyzny. Z zamkiem poradziłam sobie bez problemu. W końcu nie takie rzeczy się robiło. W czasie jego nieobecności zdążyłam obryć mu wszystkie szafy "pożyczając" przy okazji ostatnio noszoną przez niego koszulę. Wciąż jeszcze pachniała perfumami, których zapach pamiętałam latami. Wzięłam orzeźwiający prysznic, następnie zakładając na siebie wspomnianą wcześniej koszulę. Poczęstowałam się także wyborną whisky i rozsiadając wygodnie na skórzanej sofie znajdującej się w salonie czekałam na przybycie Logana.
Szczypty zadziorności dodawał do wszystkiego fakt świadczący o tym, iż absolutnie nic nie zdradzało mojej obecności. Światła w całym mieszkaniu pozostawały wyłączone, a rzeczy pozostawione w nienaruszonym stanie. Na mej twarzy zakwitł diabelski wręcz uśmieszek w momencie, w którym to usłyszałam charakterystyczny szczęk zamka, a po chwili także odgłos otwieranych drzwi. Odezwałam się dopiero, kiedy w pomieszczeniu zapaliło się światło. - Coś długo kazałeś mi na siebie czekać, Harlow...- Mruknęłam, wpatrując się w te uwielbiane przeze mnie błękitne tęczówki.
______________________________________________________________________________________________________________