⠀ ⠀ *⠀Until there was nothing but night sky, and her hands, and her terror.
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀Księżyc wisiał nad koronami drzew, które pod osłoną nocy przypominały potwory czyhające na gorącokrwiste ofiary. Wanda siedziała na parapecie, plecami opierała się o ścianę, a nogi miała przyciągnięte do siebie. W dłoniach utrzymywała kubek z ziołową herbatą. Clint nie znosił tego zapachu, co wyjątkowo bawiło mutantkę i przypominało o człowieczeństwie. Kruchym, lecz pięknym w swej prostocie. Para unosiła się do góry, tylko po to, by poddać się zmianie temperatury i zniknąć na dobre, podobnie jak popioły superbohaterów po ostatecznej wojnie z tytanem.
⠀⠀⠀Maximoff powróciła myślami do rozmowy z Bartonem. Nigdy wcześniej nie słyszała o Protokole Storczyka, dlatego zastanawiała się, od jak dawna trzymano go na uprzęży i dlaczego czekano tak długo, by ujrzał światło dzienne. Gdzieś w środku poczuła ucisk. Bóg jeden wie, jak wiele przeszedł gatunek homo superior i jak wiele mogła dobra mogła zdziałać ona sama z mocą, której przecież wciąż nie rozumiała. Czy wtedy wszystko wyglądałoby inaczej? Jednak żadne z tych rozmyśleń nie miało większego sensu. Szkarłatna Wiedźma i Zimowy Żołnierz byli potworami w oczach ludzi, a to właśnie oni od setek tysięcy lat rządzili światem, nikogo nie prosząc o zgodę. Wanda uniosła filiżankę do ust i pozwoliła, by ciepło rozgościło się we wnętrzu. Na myśl o porannym opuszczeniu azylu Doktora Strange'a dopadały ją mdłości. Po ich powrocie z otchłani nieznanej rzeczywistości czuła się tak, jak gdyby już nigdy więcej nie miała przynależeć do tego świata. Nie w sposób, do którego przywykła, bowiem zmieniło się zbyt wiele.
⠀⠀⠀Wanda stała ze skrzyżowanymi ramionami i ze niechęcią wymalowaną na twarzy wpatrywała się w drewnianą skrytkę, która była jakże genialnym pomysłem łucznika. Już wtedy poprzysięgła sobie, że po raz ostatni wraz z Barnesem pozwalają mu zorganizować cokolwiek.
— Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni — rzuciła pod nosem, kiedy Bucky zaproponował, aby jako pierwsza skorzystała z kryjówki. Zaledwie chwilę później oboje przepadli w mroku i ograniczonym dopływie powietrza.
— To najgorszy pomysł, na jaki istota rozumna wpadła w historii świata — przyznała Wanda, kiedy w końcu ruszyli z miejsca. Zmieniała pozycję średnio, co kilka minut. Nie mogła się ani ułożyć, ani zasnąć.
— I tak samego zostawić cię w tej ciemności? — odpowiedziała, uśmiechnęła się i w miarę możliwości uniosła głowę, by spojrzeć w jego stronę. — Myślę, że tak będzie lepiej. — Wraz z tymi słowami ożywiony szkarłatną magią świetlik rozświetlił całuny zmierzchu.
⠀⠀⠀Bezgłośny jesienny wieczór, kiedy to chmury ociężały niebo zwiastował posłańca śmierci. Czas przepłynął im przez palce, gdy lada chwila stali zatrzymani przez straż graniczną. Mutantka poddała się panice, nawet jeśli uparcie nie chciała tego ujawniać to martwe ptaki, poddane sile grawitacji, poczęły upadać na ziemię. Zaskoczyły nie tylko niedowiarków, lecz również samą Wandę. Kruczoczarny deszcz przerażał strażników i jednocześnie zapewniał o udanych łowach. Maximoff doskonale odczuwała ich strach. Stopniowo przyspieszał serce i jeżył włos na karku. Oziębiał i pocił dłonie. Rodził nowe, przerażające wizje, którymi karmił zwolenników piekła, nieproszonych gości w duszy Szkarłatnej Wiedźmy.
⠀⠀⠀Dotyk Zimowego Żołnierza przywrócił świadomość Wandy. Zniwelował rozpętany za oknem chaos, otoczenie zastygło w ciszy. Kobieta odpłynęła na chwilę, nieco dłuższą niż przypuszczała. W końcu spojrzenie zielonych oczu skupiło się na jego zatroskanej twarzy.
⠀⠀⠀Zabiję ich.
— Oni już to wiedzą — powiedziała.
⠀⠀⠀Szkarłatna Wiedźma pokonywała kolejne metry lasu, haczyła o wystające gałęzie oraz owocowe krzewy. Wszystko, co zetknęło się ze skórą Pani Chaosu umierało. Zgnilizna i pleśń pożerała ożywione komórki roślin, pozostawiając po sobie pył piekielnych ogni. Strażnicy ruszyli za kobietą, wiedzieli o tożsamości nie tylko uciekinierki, lecz również reszty pojmanych. Myśli łowców dudniły w głowie Maximoff, lecz słyszała tylko jeden wyjątkowy ton.
⠀⠀⠀Nawoływał do sprawiedliwości.
⠀⠀⠀Zachęcał do chaosu.
⠀⠀⠀Błagał o nowe dusze.
⠀⠀⠀Aż w końcu córka Demona uległa. W okamgnieniu szkarłatne pociski ze świstem przecięły tętniące nienawiścią ciała. Krew spoczęła na martwych liściach, korze drzew i skórze mutantki niewinnie zatopionych w mroku nocy. Maximoff jednak nie zatrzymywała się na długo, kiedy już odciągnęła zagrożenie, wybiegła na środek ulicy, niemal wpadając pod pędzący samochód. Długie światła samochodu oślepiły mutantkę, dlatego nie dostrzegła nawet kiedy James chwycił ją w ramiona. Jej klatka piersiowa unosiła się w zawrotnym tempie, dorównując przyspieszonemu oddechowi.
— Jesteśmy bezpieczeni — wysapała z trudem, z rozbieganym spojrzeniem poszukiwała niewiadomego, aż w końcu poddała się uściskowi. Za plecami mężczyzny ujrzała głęboką ciemność, pośród ramion, której w rytm niemej melodii pląsały dwa świetliste ślepia. Motały się wokół kolczastego tronu. W guście odpowiadającym Jego chwale, widziała władcę ostatecznego królestwa.
⛤.⠀⠀darkholder.⠀⠀Kilkanaście lat wcześniej.
Wyspa M,⠀Trójkąt Bermudzki.
⠀⠀⠀Spiczasta budowla otoczona ozdobnymi wieżami z oddali przypominała pałac. Wykonana z czystego metalu, lśniła w blasku zachodzącego słońca. Rozpalała szlachetne mury do czerwoności.
— Wody Atlantyku nie należą do tych ufnych. Wielu z tych, którzy na nie wypłynęli, przepadło bez śladu. — Erik Lehnsherr zatrzymał się pośród monumentalnych kolumn. Wiele z nich porastały egzotyczne pnącza. — Ale ty nigdy nie byłeś przesądny i choć zmierzasz w złym kierunku, wiem, że nie masz w zwyczaju zbaczać, z raz obranej drogi. Zatem co cię tutaj sprowadza, Charlesie? — Moira zacisnęła dłonie na poręczach wózka. Nie chciała, by Mistrz Magnetyzmu wyczuł targające nią wątpliwości. W poprzednich wcieleniach tak bardzo pragnęła wierzyć w ideę Profesora X i oddała tej wizji część siebie. Poprzednie inkarnacje były pełne złudnego przekonania, że gatunek homo superior czekają lepsze oraz godne czasy, lecz MacTaggert nie była głupia. Prędko przyjęła naukowe podejście, które i tak nie zdołało zmienić tego, co nieuniknione. Prawie każde ze swych żywotów poświęciła nauce biotechnologii, psychologii oraz fizyce. Zasłużenie mianowano ją tytułem doktora. Była stwórcą zwanego przez ludzkość lekarstwa na wirus X, głównego założenia Protokołu Storczyka. Wszystko zmieniło się tamtego dnia w parku, gdy poznała Charlesa Xaviera.
— Szukam cię, przyjacielu — odpowiedział Xavier z charakterystycznym dla siebie stoickim spokojem.
— Cieszyłbym się ogromnie, gdybyśmy mogli w nadchodzących latach stanąć po jednej stronie, ale znasz moją przeszłość i nie wierzę, że na tym świecie uda się zrealizować obie nasze wizje... Przyjacielu. — Magneto w pełnej swej postawy chwale wyłonił się z cienia, uniósł głowę i skupił pociemniałe spojrzenie na dawnym znajomym oraz jego towarzyszce.
— A gdybym powiedział ci, że obaj się mylimy? Że w przyszłości nasze wizje nie zdadzą egzaminu?
— Trudno byłoby mi uwierzyć, że tracisz wiarę. Doktor MacTaggert, zna się pani na mutantach, co więc dziś trapi poczciwego profesora?
— Możliwe, że tylko ja naprawdę rozumiem, co trapi was obu, ale uprzedzam, że moja prawda zmieni twoje życie, Eriku. Jest brutalna. Nie wiem, czy udźwigniesz jej brzemię. Jednak wszystko sprowadza się do jednego. Kto na tym świecie decyduje, co jest dobre, a co złe?
— Ja. Ja decyduję.
— To otwórz umysł przede mną. Przed nami. Razem opracujmy plan na przyszłość.
— Skąd mam wiedzieć, że to nie podstęp? Że nie chcecie mnie podejść i pokonać? Skąd mam wiedzieć, że nie namieszasz mi w głowie?
— Proszę, choć raz mi zaufaj — odrzekł Charles. Lehnsherr po chwili zastanowienia zdjął z głowy hełm i pozwolił telepacie na wsiąknięcie do jego umysłu. Przyszłość zraziła jego spojrzenie, po czym wymalowała się najczarniejszymi barwami. Wszystkie stoczone w pojedynkę wojny, wszelakie plany i strategie sprowadzały się do jednego — klęski. Lecz w tym wszystkim Erik ujrzał coś więcej. Coś, co nie mogło stanowić elementu przegranej. Szkarłatny chaos drażnił się w tańcu wojny ze szmaragdem magnetyzmu pod niebiosami nieznanej dotąd wyspy.
— Jesteś... mutantką? Te wszystkie żywota były prawdziwe? — wydusił, odzyskawszy trzeźwość umysłu.
— Tak. Jestem mutantką. I owszem... To wszystko prawda.
— Dlaczego mi to pokazałaś? Tyle porażek i niepowodzeń...
— Bo prawda zmieni twoje życie. Osobno zawsze przegrywaliśmy. Sądzimy, że tylko wspólnie ocalimy nasz gatunek — wtrącił Xavier.
— Charlesie, przecież wiesz, że mnie nie chodzi o przetrwanie.
— Świetnie. Mnie też nie. Jedyne, czego dotąd nie próbowałam, to zjednoczenie wszystkich mutantów. To więcej niż przetrwanie. Mamy rozkwitnąć i zająć należne nam miejsce na Ziemi. — Moira wyłoniła się zza wózka i zatrzymała tuż obok telepaty. Długa spódnica powiewała w rytm bermudzkich wiatrów.
— Mamy plan. Ambitny i długoterminowy. Pomóż nam, Eriku. Pomóż swemu gatunkowi.
— Nie okażę litości ani wątpliwości. Nie ustąpię w niczym. Wyłapię każdą waszą słabość. Jeśli się zawahacie... Ja tego nie zrobię. Nigdy się nie waham.
— Właśnie tego oczekuję — skwitowała MacTaggert.
⠀⠀⠀Od tamtej pory gen X wspólnie jednoczył siły, lecz każdy plan oraz każdy krok był eliminowany z demoniczną łatwością. Wojna przeciw ludziom i maszynom rozpoczęła się prędzej, niż przepowiednia Moiry przypuszczała. Niosła krwisty mrok nieznający litości. Pod tym samym cieniem Magneto tworzył własną ideę. Nowy Świat. Jednak aby ziścić własną wizję, potrzebował mocy potężniejszej od magnetyzmu.
⛤.⠀⠀darkholder.⠀⠀Lokalizacja nieznana, Stany Zjednoczone.
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀Ostatnie promienie słońca rozgrzewały do czerwoności dachy budynków wyrastających znad horyzontu. Wanda, James oraz Clint pokonywali kolejny zakręt na piechotę, rozkoszując się głośnymi narzekaniami tego ostatniego. W końcu Maximoff uniosła palce i przemieniła buty łucznika na gumowe klapki.
— Jeśli zależy ci na spodniach, to radziłabym zamilknąć — skwitowała z udawaną powagą, po czym zaśmiała się pod nosem. — Jesteśmy na miejscu. — Zatrzymała się przed ceglaną ścianą pozbawioną okien oraz drzwi. Dla osoby trzeciej mogła wyglądać komicznie, lecz żadne z nich nie dostrzegało tego, co widziały oczy wiedźmy. Maximoff wyszeptała zaklęcie w mistycznym języku, które spowodowało otwarcie portalu.
— Czekają na nas. — Mutantka spojrzała w stronę mężczyzn i gestem dłoni zachęciła ich do przejścia.
⠀⠀⠀Kiedy cała trójka znalazła się w Podziemiu, Charles Xavier powitał nowoprzybyłych, u jego boku czuwała Raven Darhkolme oraz Emma Frost.
— Dobrze was widzieć — odrzekł Profesor, jego twarz była smutna i Wanda miała wrażenie, że przybyło mu nowych zmarszczek. Wiedziała jak wiele zmartwień oraz obaw spadło na jego barki.
— Dziękujemy, że zgodziliście się nam pomóc. Lorna, Pietro i... Są tutaj? — Maximoff rozejrzała się dookoła, dostrzegła garstki mutantów, niektórzy byli ranni, zmęczeni walką, a jeszcze inni szeptali między sobą słowa, które tylko ona zdołała usłyszeć. Uważali ją za zagrożenie, przecież jednostki rządowe mogły znacznie szybciej odnaleźć ich lokację, a większość uciekinierów była zmęczona niekończącą się wędrówką.
— Pietro zabrał Lunę w bezpieczne miejsce — powiedziała Emma, Wanda tęskniła za bratem, ale mimo tego delikatny uśmiech rozświetlił jej twarz. — Lorna wyruszyła na polowanie, Erik niebawem powinien wrócić nad ranem. — Maximoff przytaknęła tylko głową, Charles ją rozumiał, dlatego od razu zabrał głos. — Raven, pokażesz im, proszę, gdzie mogą odpocząć?
⠀⠀⠀Mystique pozostawiła ich trójkę w części przypominającej wielkością raczej łazienkę niżeli sypialnię, jednak każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i komfort nie miał większego znaczenia. Mieli ogromne szczęście, że w ogóle udało im się znaleźć tymczasowy azyl. Chwilę na złapanie oddechu do kolejnej walki i najprawdopodobniej kolejnej bolesnej straty.
⠀⠀⠀Clint porwany przez grupę dzieciaków zniknął za obiektem przypominającym odgrodzenie od reszty pomieszczeń. Wanda usiadła na pryczy, sprężyny dźwięcznie ugięły się pod niewielkim ciężarem.
— Wiesz, że nie musisz się o mnie martwić? Nawet, mimo tego, że jestem od ciebie troszkę... odrobinę młodsza — powiedziała żartobliwie, spoglądając w stronę Barnesa. Siedział tuż obok, dlatego miała doskonały widok na jego profil. — Wtedy w lesie nie uciekłam dlatego, że ich się bałam, tylko dlatego, że wiedziałam, że to za mną pobiegną. Mój gatunek jest zagrożony i nie mogę pozwolić, by strach mnie paraliżował. Wystarczająco nas ominęło i wystarczająco straciliśmy. — Pozwoliła sobie na chwilę ciszy, po czym oparła się plecami o ścianę i otwartą dłonią poklepała mężczyznę po plecach. — Schudło ci się podczas tej wędrówki. Musimy chyba częściej to robić — zażartowała. Odkąd wydostali się z tamtego lasu Maximoff utrzymywała pozytywne albo raczej bojowe nastawienie. Mogło to oznaczać tylko jedno, mianowicie jego nagły i niespodziewany spadek.
⠀⠀⠀Sen nadszedł prędko, podobnie jak noc, która zdawała się utrzymywać w nałogowym ciągu. Szkarłatna Wiedźma podróżowała pośród ciemnej doliny ociekającej strumieniem grzechów. Przez oświetlone czerwienią okno ujrzała niknące formy. Poruszały się energicznie do niezgodnej melodii, by następnie, jak rwąca, upiorna rzeka wpaść do oceanu nicości. Tłum uchodził przez blade drzwi. Wybiegał w chaosie, poruszeniu i zgubieniu.
⠀⠀⠀Śmiał się, ale już się nie uśmiechał.
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀Księżyc wisiał nad koronami drzew, które pod osłoną nocy przypominały potwory czyhające na gorącokrwiste ofiary. Wanda siedziała na parapecie, plecami opierała się o ścianę, a nogi miała przyciągnięte do siebie. W dłoniach utrzymywała kubek z ziołową herbatą. Clint nie znosił tego zapachu, co wyjątkowo bawiło mutantkę i przypominało o człowieczeństwie. Kruchym, lecz pięknym w swej prostocie. Para unosiła się do góry, tylko po to, by poddać się zmianie temperatury i zniknąć na dobre, podobnie jak popioły superbohaterów po ostatecznej wojnie z tytanem.
⠀⠀⠀Maximoff powróciła myślami do rozmowy z Bartonem. Nigdy wcześniej nie słyszała o Protokole Storczyka, dlatego zastanawiała się, od jak dawna trzymano go na uprzęży i dlaczego czekano tak długo, by ujrzał światło dzienne. Gdzieś w środku poczuła ucisk. Bóg jeden wie, jak wiele przeszedł gatunek homo superior i jak wiele mogła dobra mogła zdziałać ona sama z mocą, której przecież wciąż nie rozumiała. Czy wtedy wszystko wyglądałoby inaczej? Jednak żadne z tych rozmyśleń nie miało większego sensu. Szkarłatna Wiedźma i Zimowy Żołnierz byli potworami w oczach ludzi, a to właśnie oni od setek tysięcy lat rządzili światem, nikogo nie prosząc o zgodę. Wanda uniosła filiżankę do ust i pozwoliła, by ciepło rozgościło się we wnętrzu. Na myśl o porannym opuszczeniu azylu Doktora Strange'a dopadały ją mdłości. Po ich powrocie z otchłani nieznanej rzeczywistości czuła się tak, jak gdyby już nigdy więcej nie miała przynależeć do tego świata. Nie w sposób, do którego przywykła, bowiem zmieniło się zbyt wiele.
⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ ⠀*⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀Wanda stała ze skrzyżowanymi ramionami i ze niechęcią wymalowaną na twarzy wpatrywała się w drewnianą skrytkę, która była jakże genialnym pomysłem łucznika. Już wtedy poprzysięgła sobie, że po raz ostatni wraz z Barnesem pozwalają mu zorganizować cokolwiek.
— Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni — rzuciła pod nosem, kiedy Bucky zaproponował, aby jako pierwsza skorzystała z kryjówki. Zaledwie chwilę później oboje przepadli w mroku i ograniczonym dopływie powietrza.
— To najgorszy pomysł, na jaki istota rozumna wpadła w historii świata — przyznała Wanda, kiedy w końcu ruszyli z miejsca. Zmieniała pozycję średnio, co kilka minut. Nie mogła się ani ułożyć, ani zasnąć.
— I tak samego zostawić cię w tej ciemności? — odpowiedziała, uśmiechnęła się i w miarę możliwości uniosła głowę, by spojrzeć w jego stronę. — Myślę, że tak będzie lepiej. — Wraz z tymi słowami ożywiony szkarłatną magią świetlik rozświetlił całuny zmierzchu.
⠀⠀⠀Bezgłośny jesienny wieczór, kiedy to chmury ociężały niebo zwiastował posłańca śmierci. Czas przepłynął im przez palce, gdy lada chwila stali zatrzymani przez straż graniczną. Mutantka poddała się panice, nawet jeśli uparcie nie chciała tego ujawniać to martwe ptaki, poddane sile grawitacji, poczęły upadać na ziemię. Zaskoczyły nie tylko niedowiarków, lecz również samą Wandę. Kruczoczarny deszcz przerażał strażników i jednocześnie zapewniał o udanych łowach. Maximoff doskonale odczuwała ich strach. Stopniowo przyspieszał serce i jeżył włos na karku. Oziębiał i pocił dłonie. Rodził nowe, przerażające wizje, którymi karmił zwolenników piekła, nieproszonych gości w duszy Szkarłatnej Wiedźmy.
⠀⠀⠀Dotyk Zimowego Żołnierza przywrócił świadomość Wandy. Zniwelował rozpętany za oknem chaos, otoczenie zastygło w ciszy. Kobieta odpłynęła na chwilę, nieco dłuższą niż przypuszczała. W końcu spojrzenie zielonych oczu skupiło się na jego zatroskanej twarzy.
⠀⠀⠀Zabiję ich.
— Oni już to wiedzą — powiedziała.
⠀⠀⠀Szkarłatna Wiedźma pokonywała kolejne metry lasu, haczyła o wystające gałęzie oraz owocowe krzewy. Wszystko, co zetknęło się ze skórą Pani Chaosu umierało. Zgnilizna i pleśń pożerała ożywione komórki roślin, pozostawiając po sobie pył piekielnych ogni. Strażnicy ruszyli za kobietą, wiedzieli o tożsamości nie tylko uciekinierki, lecz również reszty pojmanych. Myśli łowców dudniły w głowie Maximoff, lecz słyszała tylko jeden wyjątkowy ton.
⠀⠀⠀Nawoływał do sprawiedliwości.
⠀⠀⠀Zachęcał do chaosu.
⠀⠀⠀Błagał o nowe dusze.
⠀⠀⠀Aż w końcu córka Demona uległa. W okamgnieniu szkarłatne pociski ze świstem przecięły tętniące nienawiścią ciała. Krew spoczęła na martwych liściach, korze drzew i skórze mutantki niewinnie zatopionych w mroku nocy. Maximoff jednak nie zatrzymywała się na długo, kiedy już odciągnęła zagrożenie, wybiegła na środek ulicy, niemal wpadając pod pędzący samochód. Długie światła samochodu oślepiły mutantkę, dlatego nie dostrzegła nawet kiedy James chwycił ją w ramiona. Jej klatka piersiowa unosiła się w zawrotnym tempie, dorównując przyspieszonemu oddechowi.
— Jesteśmy bezpieczeni — wysapała z trudem, z rozbieganym spojrzeniem poszukiwała niewiadomego, aż w końcu poddała się uściskowi. Za plecami mężczyzny ujrzała głęboką ciemność, pośród ramion, której w rytm niemej melodii pląsały dwa świetliste ślepia. Motały się wokół kolczastego tronu. W guście odpowiadającym Jego chwale, widziała władcę ostatecznego królestwa.
⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ ⠀*⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⛤.⠀⠀darkholder.⠀⠀Kilkanaście lat wcześniej.
Wyspa M,⠀Trójkąt Bermudzki.
⠀⠀⠀Spiczasta budowla otoczona ozdobnymi wieżami z oddali przypominała pałac. Wykonana z czystego metalu, lśniła w blasku zachodzącego słońca. Rozpalała szlachetne mury do czerwoności.
— Wody Atlantyku nie należą do tych ufnych. Wielu z tych, którzy na nie wypłynęli, przepadło bez śladu. — Erik Lehnsherr zatrzymał się pośród monumentalnych kolumn. Wiele z nich porastały egzotyczne pnącza. — Ale ty nigdy nie byłeś przesądny i choć zmierzasz w złym kierunku, wiem, że nie masz w zwyczaju zbaczać, z raz obranej drogi. Zatem co cię tutaj sprowadza, Charlesie? — Moira zacisnęła dłonie na poręczach wózka. Nie chciała, by Mistrz Magnetyzmu wyczuł targające nią wątpliwości. W poprzednich wcieleniach tak bardzo pragnęła wierzyć w ideę Profesora X i oddała tej wizji część siebie. Poprzednie inkarnacje były pełne złudnego przekonania, że gatunek homo superior czekają lepsze oraz godne czasy, lecz MacTaggert nie była głupia. Prędko przyjęła naukowe podejście, które i tak nie zdołało zmienić tego, co nieuniknione. Prawie każde ze swych żywotów poświęciła nauce biotechnologii, psychologii oraz fizyce. Zasłużenie mianowano ją tytułem doktora. Była stwórcą zwanego przez ludzkość lekarstwa na wirus X, głównego założenia Protokołu Storczyka. Wszystko zmieniło się tamtego dnia w parku, gdy poznała Charlesa Xaviera.
— Szukam cię, przyjacielu — odpowiedział Xavier z charakterystycznym dla siebie stoickim spokojem.
— Cieszyłbym się ogromnie, gdybyśmy mogli w nadchodzących latach stanąć po jednej stronie, ale znasz moją przeszłość i nie wierzę, że na tym świecie uda się zrealizować obie nasze wizje... Przyjacielu. — Magneto w pełnej swej postawy chwale wyłonił się z cienia, uniósł głowę i skupił pociemniałe spojrzenie na dawnym znajomym oraz jego towarzyszce.
— A gdybym powiedział ci, że obaj się mylimy? Że w przyszłości nasze wizje nie zdadzą egzaminu?
— Trudno byłoby mi uwierzyć, że tracisz wiarę. Doktor MacTaggert, zna się pani na mutantach, co więc dziś trapi poczciwego profesora?
— Możliwe, że tylko ja naprawdę rozumiem, co trapi was obu, ale uprzedzam, że moja prawda zmieni twoje życie, Eriku. Jest brutalna. Nie wiem, czy udźwigniesz jej brzemię. Jednak wszystko sprowadza się do jednego. Kto na tym świecie decyduje, co jest dobre, a co złe?
— Ja. Ja decyduję.
— To otwórz umysł przede mną. Przed nami. Razem opracujmy plan na przyszłość.
— Skąd mam wiedzieć, że to nie podstęp? Że nie chcecie mnie podejść i pokonać? Skąd mam wiedzieć, że nie namieszasz mi w głowie?
— Proszę, choć raz mi zaufaj — odrzekł Charles. Lehnsherr po chwili zastanowienia zdjął z głowy hełm i pozwolił telepacie na wsiąknięcie do jego umysłu. Przyszłość zraziła jego spojrzenie, po czym wymalowała się najczarniejszymi barwami. Wszystkie stoczone w pojedynkę wojny, wszelakie plany i strategie sprowadzały się do jednego — klęski. Lecz w tym wszystkim Erik ujrzał coś więcej. Coś, co nie mogło stanowić elementu przegranej. Szkarłatny chaos drażnił się w tańcu wojny ze szmaragdem magnetyzmu pod niebiosami nieznanej dotąd wyspy.
— Jesteś... mutantką? Te wszystkie żywota były prawdziwe? — wydusił, odzyskawszy trzeźwość umysłu.
— Tak. Jestem mutantką. I owszem... To wszystko prawda.
— Dlaczego mi to pokazałaś? Tyle porażek i niepowodzeń...
— Bo prawda zmieni twoje życie. Osobno zawsze przegrywaliśmy. Sądzimy, że tylko wspólnie ocalimy nasz gatunek — wtrącił Xavier.
— Charlesie, przecież wiesz, że mnie nie chodzi o przetrwanie.
— Świetnie. Mnie też nie. Jedyne, czego dotąd nie próbowałam, to zjednoczenie wszystkich mutantów. To więcej niż przetrwanie. Mamy rozkwitnąć i zająć należne nam miejsce na Ziemi. — Moira wyłoniła się zza wózka i zatrzymała tuż obok telepaty. Długa spódnica powiewała w rytm bermudzkich wiatrów.
— Mamy plan. Ambitny i długoterminowy. Pomóż nam, Eriku. Pomóż swemu gatunkowi.
— Nie okażę litości ani wątpliwości. Nie ustąpię w niczym. Wyłapię każdą waszą słabość. Jeśli się zawahacie... Ja tego nie zrobię. Nigdy się nie waham.
— Właśnie tego oczekuję — skwitowała MacTaggert.
⠀⠀⠀Od tamtej pory gen X wspólnie jednoczył siły, lecz każdy plan oraz każdy krok był eliminowany z demoniczną łatwością. Wojna przeciw ludziom i maszynom rozpoczęła się prędzej, niż przepowiednia Moiry przypuszczała. Niosła krwisty mrok nieznający litości. Pod tym samym cieniem Magneto tworzył własną ideę. Nowy Świat. Jednak aby ziścić własną wizję, potrzebował mocy potężniejszej od magnetyzmu.
⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ ⠀*⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⛤.⠀⠀darkholder.⠀⠀Lokalizacja nieznana, Stany Zjednoczone.
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀Ostatnie promienie słońca rozgrzewały do czerwoności dachy budynków wyrastających znad horyzontu. Wanda, James oraz Clint pokonywali kolejny zakręt na piechotę, rozkoszując się głośnymi narzekaniami tego ostatniego. W końcu Maximoff uniosła palce i przemieniła buty łucznika na gumowe klapki.
— Jeśli zależy ci na spodniach, to radziłabym zamilknąć — skwitowała z udawaną powagą, po czym zaśmiała się pod nosem. — Jesteśmy na miejscu. — Zatrzymała się przed ceglaną ścianą pozbawioną okien oraz drzwi. Dla osoby trzeciej mogła wyglądać komicznie, lecz żadne z nich nie dostrzegało tego, co widziały oczy wiedźmy. Maximoff wyszeptała zaklęcie w mistycznym języku, które spowodowało otwarcie portalu.
— Czekają na nas. — Mutantka spojrzała w stronę mężczyzn i gestem dłoni zachęciła ich do przejścia.
⠀⠀⠀Kiedy cała trójka znalazła się w Podziemiu, Charles Xavier powitał nowoprzybyłych, u jego boku czuwała Raven Darhkolme oraz Emma Frost.
— Dobrze was widzieć — odrzekł Profesor, jego twarz była smutna i Wanda miała wrażenie, że przybyło mu nowych zmarszczek. Wiedziała jak wiele zmartwień oraz obaw spadło na jego barki.
— Dziękujemy, że zgodziliście się nam pomóc. Lorna, Pietro i... Są tutaj? — Maximoff rozejrzała się dookoła, dostrzegła garstki mutantów, niektórzy byli ranni, zmęczeni walką, a jeszcze inni szeptali między sobą słowa, które tylko ona zdołała usłyszeć. Uważali ją za zagrożenie, przecież jednostki rządowe mogły znacznie szybciej odnaleźć ich lokację, a większość uciekinierów była zmęczona niekończącą się wędrówką.
— Pietro zabrał Lunę w bezpieczne miejsce — powiedziała Emma, Wanda tęskniła za bratem, ale mimo tego delikatny uśmiech rozświetlił jej twarz. — Lorna wyruszyła na polowanie, Erik niebawem powinien wrócić nad ranem. — Maximoff przytaknęła tylko głową, Charles ją rozumiał, dlatego od razu zabrał głos. — Raven, pokażesz im, proszę, gdzie mogą odpocząć?
⠀⠀⠀Mystique pozostawiła ich trójkę w części przypominającej wielkością raczej łazienkę niżeli sypialnię, jednak każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i komfort nie miał większego znaczenia. Mieli ogromne szczęście, że w ogóle udało im się znaleźć tymczasowy azyl. Chwilę na złapanie oddechu do kolejnej walki i najprawdopodobniej kolejnej bolesnej straty.
⠀⠀⠀Clint porwany przez grupę dzieciaków zniknął za obiektem przypominającym odgrodzenie od reszty pomieszczeń. Wanda usiadła na pryczy, sprężyny dźwięcznie ugięły się pod niewielkim ciężarem.
— Wiesz, że nie musisz się o mnie martwić? Nawet, mimo tego, że jestem od ciebie troszkę... odrobinę młodsza — powiedziała żartobliwie, spoglądając w stronę Barnesa. Siedział tuż obok, dlatego miała doskonały widok na jego profil. — Wtedy w lesie nie uciekłam dlatego, że ich się bałam, tylko dlatego, że wiedziałam, że to za mną pobiegną. Mój gatunek jest zagrożony i nie mogę pozwolić, by strach mnie paraliżował. Wystarczająco nas ominęło i wystarczająco straciliśmy. — Pozwoliła sobie na chwilę ciszy, po czym oparła się plecami o ścianę i otwartą dłonią poklepała mężczyznę po plecach. — Schudło ci się podczas tej wędrówki. Musimy chyba częściej to robić — zażartowała. Odkąd wydostali się z tamtego lasu Maximoff utrzymywała pozytywne albo raczej bojowe nastawienie. Mogło to oznaczać tylko jedno, mianowicie jego nagły i niespodziewany spadek.
⠀⠀⠀Sen nadszedł prędko, podobnie jak noc, która zdawała się utrzymywać w nałogowym ciągu. Szkarłatna Wiedźma podróżowała pośród ciemnej doliny ociekającej strumieniem grzechów. Przez oświetlone czerwienią okno ujrzała niknące formy. Poruszały się energicznie do niezgodnej melodii, by następnie, jak rwąca, upiorna rzeka wpaść do oceanu nicości. Tłum uchodził przez blade drzwi. Wybiegał w chaosie, poruszeniu i zgubieniu.
⠀⠀⠀Śmiał się, ale już się nie uśmiechał.
