JustPaste.it

merciless.png

 ⠀⠀⠀Niegdyś Chaos bywał na ustach dawnych Słowian. Zatrwożeni w jego formie oraz istnieniu, zastanawiali się, czy rzeczywiście był on zaczątkiem świata, czy może zwiastował nadejście jego końca. Bezkształtną formę pełną niewiadomych. Dla innych oznaczał wcielenie najczystszego i najokrutniejszego zła, dziecię demonów z najgłębszych otchłani piekieł. Nieliczni jednak kojarzą go z pustką. Bezkresną nicością wypełnioną głuchą ciszą, niekiedy na tyle głośną, by usłyszeć okrzyki potępionych.
 ⠀⠀⠀Ośrodek dla pozbawionych pamięci przypominał miejsce z dawnych legend i choć zewnętrzna strona budynku przypominała tę nowoczesną, to w głębi murów kryły się liczne, starożytne sekrety. Tajemnice miotały się pomiędzy wąską przestrzenią, gniły pośród niewypowiedzianych słów. Zatrzymanych w historii zdarzeń, potwornych na tyle, by zmrozić krew nawet w najgorętszych żyłach.
 ⠀⠀⠀(Nie było żadnej drogi ucieczki)

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Niespodziewany ruch ze strony mężczyzny wystraszył Wandę, jednak nie mogła ani unieść głosu, ani pozwolić na wyprowadzenie się z równowagi. Doktor Xavier powtarzał, że ma tendencję do popadania w obłęd i paranoję, później stanowiąc zagrożenie dla siebie samej, bądź innych. Miała odmienne zdanie, ale nie zamierzała się z nim kłócić. Skurwiel trzymał palec blisko czerwonego przycisku.
 ⠀⠀⠀(Przycisku wybawienia)
 ⠀⠀⠀Bał się, a ona czerpała z tego satysfakcję.
 ⠀⠀⠀Maximoff objęła się ramionami, gdy tylko palce Jamesa musnęły jej ramię i odgarnęły część włosów. Wiedziała, że zada pytanie, na które nie będzie w stanie odpowiedzieć zgodnie z prawdą. 

— Spędziłam noc w izolatce i jeśli ktoś nas teraz nakryje, to czeka mnie powtórka z rozrywki. Dlatego lepiej się pospiesz i mów, dlaczego mnie tu ściągnąłeś, James. — Nie potrafiła kłamać, dlatego wycedziła spomiędzy zębów, raz po raz oglądając się w stronę drzwi. Skrzyżowała ciaśniej ramiona, gdy Barnes nareszcie podjął interesujący go temat. Skłamałaby, gdyby stwierdziła, że nie przykuł jej uwagi. Dopiero wtedy odważyła się spojrzeć w jego stronę. Uważnie zlustrowała jego twarz, nie dostrzegając żadnych widocznych zmian. Kilkudniowy zarost i brak jakichkolwiek zadrapań czy siniaków. Wyglądał zupełnie tak, jak wcześniej.
 ⠀⠀⠀(Bóg jeden wie, w jaki sposób został potępiony)
 ⠀⠀⠀Dziewczyna przytaknęła głową. Nie odezwała się ani słowem, poza zadaniem kolejnego bezsensownego pytania nic nie przychodziło jej do głowy, lecz za odpowiedzią zmuszona była poczekać do dnia następnego.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Maximoff leżała na łóżku, wpatrywała się w sufit i podrzucała w dłoni antystresową piłkę. Szyny posłania były metalowe, dlatego gdy odsłoniętym kawałkiem skóry dotknęła jego wierzchu, przeszył ją nieprzyjemny dreszcz. Przypomniał jej o tamtej nocy w zamknięciu i choć tak bardzo nie chciała o niej pamiętać, to wciąż nieubłaganie rozstrzygała w głowie możliwe scenariusze. Mieliła w głowie wypowiedziane przez Jamesa słowa, a od momentu opuszczenia kryjówki — myślami powracała do ich spotkania. Czy znalezisko miało coś wspólnego z ostatnimi wydarzeniami? Może to wszystko było grą, w której to Barnes za wszelką cenę zamierzał wygrać? Czy zaufała mu zbyt pochopnie?
 ⠀⠀⠀(Jak zbłądzona owieczka pośród zgłodniałych wilków)
 ⠀⠀⠀Ilekroć błądziła we własnych myślach, tylekroć powtarzała sobie, że utrata pamięci spowodowała głębsze uszczerbki na jej i tak słabym zdrowiu psychicznym. Te wszystkie sny i znaki...
 ⠀⠀⠀(Halucynacje)
 ⠀⠀⠀To wszystko musiało być tylko złudzeniem. Nielogiczną wnęką w jej własnym umyśle. Doktor Xavier ostrzegał ją przed regularnym zażywaniem leków, w innym wypadku mogła doświadczyć skutków ubocznych.


⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Hol prowadzący do piwnicy był ponury, ciemny i pełen kurzu. Wanda odnosiła wrażenie, że miejsce to jest nieskończonym labiryntem korytarzy, któremu żadnemu z pacjentów nie udało się odkryć. Teraz, gdy zaciskała palce na jego dłoni czuła się bezpiecznie. Dzięki temu miała pewność, że James nie jest żadnym złudzeniem, czy wymysłem bujnej wyobraźni. Wiedziała, że jest tutaj obok, a dopóki trzyma ją za rękę, nie stanie się żadna krzywda.
 ⠀⠀⠀Świst wody przykuł jej uwagę. Uniosła spojrzenie w górę. Dostrzegła rury biegnące pod sufitem, najpewniej tworzące kanalizację tego miejsca. Spod ich spodu wychodziła żywa zieleń. Roślinność, której Maximoff nie potrafiła zidentyfikować. Chciała zatrzymać się i przyjrzeć temu na chwilę. Zastanowić się, w jaki sposób się żywiły, skąd czerpały energię.
 ⠀⠀⠀(Na Boga to niemożliwe, by pod ziemią rosły pieprzone kwiatki)
 ⠀⠀⠀Chwilę później, już o tym nie myślała. Miejsce, w którym się znaleźli przykuło pełnię jej uwagi, choć wyglądało jak większość pokoi w ośrodku. Sterylny i pozbawiony barw. Grube uchwyty wykonane z metalu wystawały z boków drzwi. Łańcuchy, narzędzia chirurgiczne
 ⠀⠀⠀(nóż rzeźnicki)
 ⠀⠀⠀zdawały się stanowić pewien rodzaj ozdób.
— Co to za miejsce? Dlaczego mnie tu do cholery przyprowadziłeś? — spytała, lecz równie prędko została uciszona przez Jamesa. Podążyła jego spojrzeniem, by skupić uwagę na mężczyźnie. Pacjencie. Jeszcze niedawno jednym z nich. Teraz gotowym, by rozwinąć skrzydła wolności i zadbać o własną przyszłość.
 ⠀⠀⠀Cień uśmiechu na chwilę rozjaśnił twarz dziewczyny, przez ten krótki moment zdążyła wyobrazić sobie obraz samej siebie na miejscu nieznajomego. Kojarzyła go jedynie z widzenia, najczęściej mijali się na stołówce, podczas przerw na posiłki. Jeśli dobrze zapamiętała to był wielbicielem ryby z frytkami, której nikt inny nie znosił. Poza kilkoma spojrzeniami, nie zamieniła z nim ani słowa.
 ⠀⠀⠀Rychło zbudowane fundamenty nadziei runęły wraz z pierwszym uderzeniem strażnika. Drugim. I trzecim. Krew prysnęła na przetarte wybielaczem kafelki. Najwyraźniej używanym nazbyt często. Wandę sparaliżował strach. Nie potrafiła ani się poruszyć, ani oderwać wzroku od malującego się na jej oczach terroru. Chciała krzyknąć, chciała jakkolwiek pomóc, lecz poczuła tylko, jak dłoń Jamesa przysłania jej wargi, a ona sama poddała się jego ramionom. Była bezsilna. Widok zwiększającej się kałuży krwi, aż w końcu odłamki niezidentyfikowanych części ciała przyprawiały Maximoff o mdłości. Odruchowo zacisnęła palce gdzieś na nadgarstku mężczyzny, by znów poczuć tę naiwną świadomość wsparcia. Wsparcia, którego nie potrafiła odnaleźć w całym cholernym ośrodku.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Jeden-jeden-jeden rozszerzyła szeroko powieki i zaczerpnęła powietrza. Zakręciło się jej w głowie, zupełnie tak jakby właśnie zeszła z karuzeli, albo wypiła zbyt dużo mocnych drinków. Przełknęła ślinę, chcąc powstrzymać napływające spazmy. Czuła się fatalnie.
— Wando? — Męski głos przywrócił pacjentce ostrość obrazu. Zamarła na dłuższą chwilę. Chwilę, w której zdała sobie sprawę, gdzie właśnie się znajduje. Spanikowanym spojrzeniem objęła gabinet doktora i zacisnęła dłonie na drewnianych podłokietnikach. Charles Xavier bez wyrazu wpatrywał się w pacjentkę.
— Zdążyłaś wybrać się na wycieczkę?
— Co? — Niespiesznie przeniosła wzrok w jego kierunku. Siedział wyprostowany, a brak owłosienia na głowie przestawał już przykuwać jej uwagę. Zamiast tego zmarszczyła brwi i odchyliła się w bok. Za oknem sypał śnieg. Śnieżyca pożerała widoczność wietrznymi kęsami, malując na szybach mroźne wzory.
— Spytałem, gdzie odpłynęłaś myślami, Wando.
— Gdy rozmawialiśmy kilka dni temu była wiosna.
— Owszem, to było ponad pół roku temu. Od tego czasu spotykamy się średnio co tydzień.
⠀⠀⠀(Przestań kłamać, łysy dupku)
⠀⠀⠀Wanda zaśmiała się pod nosem. Śmiała się tak przez dobre kilka minut, aż w końcu dźwignęła się z miejsca.
— Nie wiem, w co pogrywasz, ale zapewniam, że twoja gierka nie potrwa długo — powiedziała, kierując się w stronę drzwi.
— Stój! Nie pozwoliłem ci...
— Gówno mnie to obchodzi. — Maximoff wyszła na korytarz, a za nią ruszył strażnik. Był na drugim końcu korytarza, dlatego dziewczyna zaczęła biec. Musiała odnaleźć Jamesa. Musiała mieć pewność, że mu również nie stała się żadna krzywda, oraz że nie utracił rozumu.
⠀⠀⠀Maximoff wbiegła do stołówki. Rozejrzała się pospiesznie i gdy tylko dostrzegła chłopaka, pomknęła w jego kierunku. Zgubiła gnającego za nią strażnika, dzięki temu miała czas, by udać pozornie spokojną. Nie chciała go wystraszyć, dlatego niepewnie zajęła miejsce naprzeciw. Przyjrzała mu się, wyglądał inaczej, niż jeszcze kilkanaście godzin temu. Elementy nie współgrały ze sobą w żaden z logicznych sposobów. Ramię Jamesa było ludzkie. Nie znajdował się na nim nawet gram metalu. Wanda sposępniała, lecz nie powstrzymało jej to przed próbą. Być może pamiętał, co wydarzyło się zeszłej nocy.
— Musisz mi powiedzieć, co zrobiłeś, gdy stamtąd wyszliśmy, James. Wyprowadziłeś mnie, prawda?
— Przestań — przerwał jej nagle. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Poza tym, nie możemy rozmawiać, Wanda, więc daj mi spokój.
— Wyprowadziłeś mnie po tym jak zabili jednego z nas...
— Nie słyszałaś, co powiedziałem? Daj mi spokój.
— Spójrz — rzuciła desperacko, przesuwając po powierzchni stolika zaciśniętą dłoń. Po chwili uwolniła kawałek papieru, wypisane na nim słowo, odczytane w prawidłowy sposób było czymś więcej, niż tylko podpowiedzią.
 ⠀⠀⠀(REDRUM)
 ⠀⠀⠀Dwuskrzydłowe drzwi rozwarły się wściekle, wpuszczając strażników. Skrzywione złością twarze zwróciły się w kierunku dziewczyny.
 ⠀⠀⠀(Gra została rozpoczęła)
— Musimy stąd uciekać! — Maximoff kurczowo uchwyciła się krawędzi stołu, złudnie wierząc, że zdoła zatrzymać się w miejscu. Odziany w czerń z plakietką Logan na lewej piersi, chwycił Wandę pod ramię i siłą odciąnął w tył. Nie miała żadnych szans. Wierzgała nogami, próbując zaprzeć się o kafelki.
⠀⠀⠀(Kafelki zbyt śliskie od wybielacza)
— Zabiją cię, jeśli tu zostaniesz, James. ZABIJĄ CIĘ!

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Odgłosy ciężkich butów roznosiły się pośród ścian korytarza. Ośmiu strażników ruszyło w pogoń za dwójką uciekinierów. James popchnął kolejne, dwuskrzydłowe drzwi, które z hukiem uderzyły o świeżo wymalowane ściany, choć żadne z nich nie widziało, by kiedykolwiek odbył się tutaj remont. Wanda biegła tuż za mężczyzną, raz po raz oglądając się za siebie. 
— Obiekty trzy-jeden-siedem oraz jeden-jeden-jeden kierują się w stronę północnego skrzydła — poinformował ochroniarz, naciskając palcem na słuchawkę znajdującą się w jego lewym uchu.
— Przygotować bramę i wprowadzić plan RED. — Po tych słowach budynek rozbłysł w szkarłatnych kolorach. Światło dnia przedarło się przez otwarte wrota. Wandę uderzyło chłodne powietrze, a gołe stopy zatopiły się w mokrawej, ciemnej ziemi. Wilgotnej od krwawych deszczów.
 ⠀⠀⠀(Polowanie na czarownice)
— Zaraz zamkną... — wydusiła pomiędzy oddechami, gdy ogłuszający alarm dotarł do jej uszu. Ten dźwięk wyjątkowo ją drażnił, jednak nie mogła się na tym skupiać. Dorównała kroku Barnesowi i w tym samym momencie obejrzała się za siebie, wargi automatycznie ułożyła do krzyku. Lśniące czernią machiny wypluły metalowe liny zakończone ostrymi hakami. Zadarte niczym paszcze bestii wbiły się w łopatki Jamesa. Wandą wstrząsnęła wściekłość, cofnęła się i wyrzuciła przed siebie rozwarte dłonie. Wrzask był na tyle głośny, że mógłby zbudzić śpiące w gniazdach ptaszyny. Niewidzialna energia popchnęła ciemiężycieli na mur budynku, rozczapierzając ich wnętrzności. Pozornie nowoczesnego i nietkniętego zbrodnią. Ciężkie ciała odbiły piętno na szarawych cegłach, pozostawiając po sobie głębokie rany.
 ⠀⠀⠀Maximoff stała w miejscu jak porcelanowa lalka.
 ⠀⠀⠀(Delikatna i niewinna)
 ⠀⠀⠀Usatysfakcjonowana zbrodniczym dziełem, przechyliła głowę w bok, a przez grzeszną myśl przemknął kaprys o deficycie czerwonej farbyDopiero szarpnięcie za ramię przywróciło ją do rzeczywistości.
— Ja... Przepraszam — wydusiła, lecz James nie zamierzał tego słuchać. Pomimo krwawiących ran, pociągnął dziewczynę za sobą, w powodzeniu opuszczając granice ośrodka. 

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Wyboista droga wydawała się nie mieć końca. Dwójka uciekinierów mknęła przed siebie z nadzieją na ratunek. Z nadzieją na lepsze jutro. Wanda starała się z całych sił podtrzymać Jamesa, choć raz po raz zdarzało jej się uciec myślami do wydarzenia, które miało miejsce na placu wjazdowym. 
— Zatrzymajmy się tutaj, zbiera się na deszcz — powiedziała, przedtem unosząc spojrzenie na niebiosa, zaszyte zwiastunem ciemnych chmur. Barnes nie zamierzał protestować.
— Pozwolisz, że... — Kiwnęła głową na jego plecy, by ten zsunął górną część garderoby. Wanda nachyliła się nad mężczyzną. Nie przypuszczała, że jeszcze cokolwiek ją tutaj zdziwi, tymczasem przesunęła opuszkami palców po miejscu... Miejscu, w którym powinny znajdować się głębokie, kłute rany. 
— James... Nie masz ran, pozostała tylko zaschnięta krew. 
 ⠀⠀⠀Wanda oparła się głową o pień drzewa. Szerokie liście uchroniły ich przed deszczem, a później palącym słońcem. Nie rozmawiali ze sobą.
— Przysięgam, że jeszcze kilka godzin temu była jebana zima — rzuciła pod nosem — Nie możemy odpoczywać zbyt długo, musimy iść dalej. Pewnie już są w drodze.
 ⠀⠀⠀Maximoff szła na przodzie. Z nadzieją wpatrywała się w horyzont, który zdawał się być niczym innym, jak zwykłą linią oddzielającą niebo od ziemi. Dookoła nie znajdował się żaden budynek. Żaden znak, czy nawet żadna pieprzona uliczka. Wszędzie tylko kamienie, drzewa i trujące krzaki. Nawet robactwo nie miało tutaj prawa bytu. Słońce grzało niemiłosiernie, zupełnie tak, jak gdyby ktoś podkręcił temperaturę w piekarniku. Maximoff podwinęła koszulkę, lecz nawet to nie pomogło.
— To niemożliwe — powiedziała i zatrzymała się w miejscu — To k u r w a niemożliwe — powtórzyła. Łzy irytacji zakręciły się w kącikach oczu. Zacisnęła dłonie w pięści i obróciła się na pięcie. — Musimy iść z powrotem, poszliśmy w złym kierunku, James. Na pewno poszliśmy w złym kierunku! — Wanda zaczęła chodzić dookoła, nie potrafiła zrozumieć jakim cudem zatoczyli koło i znaleźli się w punkcie wyjścia.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

 ⠀⠀⠀Wanda rozchyliła powieki, rażące światło podrażniło tęczówki, dlatego zamrugała kilkakrotnie. Nie powstrzymało to nadciągającego bólu głowy, który promieniował od skroni. Chciała unieść dłoń, lecz w tym momencie chłodny metal powstrzymał jej ruchy. Spróbowała ponownie z naiwną nadzieją na zmianę biegu wydarzeń.
 ⠀⠀⠀Co do cholery...
 ⠀⠀⠀Dopiero wtedy pozwoliła sobie na chwilę skupienia i dostrzegła różnicę w wystroju. Zmarszczyła brwi, w miarę możliwości uniosła głowę, by zetknąć spojrzenie z plakatem nawołującym do wojskowego naboru mężczyzn w 1940 roku. Amerykańska flaga dumnie uświęcała środkową część. 
 ⠀⠀⠀W czasach drugiej wojny światowej nie miałam prawa bytu...
 ⠀⠀⠀
Drzwi z impetem odbiły się od ściany, odziany w biały fartuch lekarz zatrzymał się przy łóżku Maximoff.
— Jak się dzisiaj czujesz, Wando? — zapytał, obracając w dłoniach drewnianą tabliczkę z prywatnymi zapiskami. Bóg jeden wie, jaką postawił diagnozę.
— Powiedz mi lepiej, co się tutaj do cholery dzieje?