JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

październik 2015 rok - październik 2016 rok

Ucieczka z Londynu na kontynent dla mnie nie należała do tył łatwych, prostych i przyjemnych zadań, i to pod wieloma względami. Po pierwsze dlatego, że muszę zostawić bardzo ważne mi osoby, jak i członków drużyny, którym udało się przeżyć felerną noc. Po drugie, w cale nie tak łatwo zaszyć się gdzieś, a przede wszystkim przekroczyć granicę, kiedy jest się poszukiwanym listem gończym. Po trzecie, nie wiedziałem, czy będę jeszcze mógł wrócić, a jeśli wrócę to do czego i co takiego zastanę. Czy ci co żyją teraz, ciągle będą żyć? Czy będą martwi? Szczęśliwi, czy wykorzystywani do szczęścia? Nic nie wiedziałem...

Mógłbym zostać, ale to mogłoby przynieść opłakane skutki. Nie chciałem tego. Nie chciałem narażać ludzi mi bliskich, ani mojego otoczenia, bardziej niż zwykle. Może niepotrzebnie dawałem się ponieść i samozwańczo wydać sobie rozkaz zlikwidowania każdej komórki, która w jakikolwiek sposób była powiązana z wydarzeniami z nocy w hangarze. Takim sposobem śmierć poniosło wiele osób, siedemdziesiąt trzy konkretniej, które zajmowały różne stołki, na różnych poziomach rangi. Nie było dla mnie ważne kim jest osoba, którą zabijam, tylko to, że miał wpływ na wydarzenia tamtej nocy. To szybko leciało... Pierwszy... Drugi... Siedemnasty... Pięćdziesiąty ósmy... Siedemdziesiąty trzeci... List gończy... Ucieczka... Niespełna trzy miesiące...

Końcem stycznia byłem już w Niemczech, gdzie spędziłem kilka pierwszych tygodni i gdzie czekałem na dostarczenie fałszywych dokumentów. Do tej pory nie trzymałem ich w domu, jeśli wrócę nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Potem tułałem się po całej Europie, żeby na sam koniec osiąść w Szwajcarii. Tam też wziąłem się za robotę. Nie wykonywałem zleceń, w żadnym wypadku, to było zbyt niebezpieczne, poza tym, tak jakby jestem poszukiwany, więc moje nazwisko bardziej szkodziło, niż w jakimkolwiek stopniu pomagało. Ale musiałem się czymś zająć. Po pierwsze, żeby mieć jakąś przykrywkę, a po drugie, żeby mieć jakieś zajęcie, bo doskonale wiedziałem, że jeśli za długo będę siedział na dupie, to mi odwali.

Luca Troger, niemiecki student na wymianie międzynarodowej, pracujący jako kelner w jednej w szwajcarskich kawiarki i grajek, który w owej kawiarni grywał na gitarze i śpiewał piosenki w różnych językach w zależności od upodobań publiki. W tedy też po raz pierwszy od wielu lat znów zacząłem grać i śpiewać, czerpiąc przy tym sporo radości. Właśnie tam nauczyłem się też parzenia dobrej kawy, jak i kilku sztuczek od baristy, a potem również barmana. Jak mam być szczery, to dość dziwnie czułem się wstając każdego ranka i albo spędzając czas w mieszkaniu, albo w normalnej, ludzkiej pracy. Nikt się na mnie dziwnie albo krzywo nie patrzy, nie groził mi bronią, nie chciał zabić rodziny, której w tamtych stronach oczywiście nie miałem. Byłem swego rodzaju wolnym człowiekiem, jednak ciągle, gdzieś z tyłu głowy, miałem myśl, że muszę wrócić do Londynu, do rodziny, przyjaciół i do tego, co umiem robić najlepiej... I tak też się stało...

Jeśli się nie mylę to dwudziestego września dostałem pierwszą paczkę. Po rozpakowaniu w moich rękach wylądowała gazeta, której pierwsza strona wręcz emanowała głównym tytułem. 'Schwytany seryjny morderca...'. W jednym momencie poczułem dwie przeciwne sobie emocje. Wielką ekscytację, że w końcu będę mógł wrócić do swojego naturalnego życia. Z drugiej jednak smutek, bo musiałbym porzucić to co tutaj stworzyłem i jakby nie było, już trochę do tego przywykłem. Jednak co za przyjemność żyć w ciągłym kłamstwie bez możliwości pogadania z kimkolwiek, kto znałby mnie choć odrobinę lepiej od innych. Artykuł w gazecie jedynie umocnił mnie w decyzji, którą podjąłem jeszcze zanim się tutaj znalazłem. Wrócę, tylko muszę poczekać, aż sprawa trochę ucichnie. Po kilku dniach znowu dostałem paczkę z gazetom. Mój zamiennik nie żyje... A ja jestem wolny... Co znaczy, że końcem października, będę już mógł wrócić. 

»»————- ★ ————-««

Ach Londyn... Według mnie jest to trzecie miejsce, zaraz po Japonii oraz środkowych i północnych miastach Norwegii, najbardziej pesymistyczne na naszej planecie. Dlaczego? Ile można znosić ten cholerny deszcz?! Nawet w środku lata potrafi się rozpadać tak z dupy, o jesieni nawet nie wspominając.

Po nie wielkim oknie samolotu spływały pośpiesznie krople wody, rysując swój tor drogi, by zaraz potem jedna z nich wpadła na drugą, łącząc się i przyspieszając, by skrócić czas, w którym znajdą się za rantem szkła. I tak w kółko. Kiedy samolot nareszcie wylądował, nawet nie byłem łaskaw wyciągnąć słuchawek z oczu, czy oderwać wzroku od widoku za oknem. Jednak to potem. Ubrałem skórzaną kurtkę, kiedy sztucznie uśmiechające się stewardessy oznajmiły, że można opuścić samolot. Tak też zrobiłem, wcześniej jeszcze zdejmując swój bagaż podręczny. Ledwie przekroczyłem drzwi, od razu uderzył we mnie ten mało przyjemny powiew wiatru i deszczu. Westchnąłem wchodząc do obszernego budynku lotniska. Odebrałem bagaż i wolnym krokiem udałem się w stronę wyjścia. Lider chciał, żebym zadzwonił do niego, kiedy będą już na miejscu i tak też zrobiłem. - Jestem na lotnisku, mam nadzieję, że samochód na mnie czeka... -  Jednak krótką wymianę zdań przerwała osoba, która wpadła na mnie z impetem.

Zareagowałem na to dość szybko. Odwróciłem się gwałtownie do tyłu, a dostrzegając kobietę, tracącą równowagę jakoś automatycznie moja ręka znalazła się na jej talii, ochraniając przed bliskim spotkaniem z podłogą. Nasze spojrzenia się spotkały. Nie odzywałem się przez dłuższą chwilę, dlatego w słuchawce usłyszałem głos lidera - Joel? - momentalnie wróciłem do rzeczywistości. - Oddzwonię jak będę na miejscu. - odparłem jak gdyby nigdy nic. Rozłączyłem się i puściłem dziewczynę. - Cześć. - mruknąłem w odpowiedzi na jej przywitanie. Po tym przyklęknąłem, żeby pozbierać jej notatniki z podłogi. Odwróciłem jeden z nich i dostrzegłem szkic poczekalni na lotnisku. - Ładnie rysujesz. - odparłem oddając jej rzeczy. Kiedy ta spuściła wzrok wyraźnie speszona, odwróciłem się i wyszedłem z budynku. Dość szybko odnalazłem swój samochód, do którego zapakowałem rzeczy i ruszyłem.

Chcąc, nie chcąc musiałem przejechać przed głównym wejściem. Właśnie tam, na chodniku dostrzegłem tą samą dziewczynę, którą spotkałem zaledwie kilka minut temu. Stała w deszczu i usilnie próbowała złapać taksówkę. Wychodzi na to, że wszystkie taksówki były już zajęte. Westchnąłem. Aktywowała mi się rycerskość, cholera jasna. Zatrzymałem się przed ciemnowłosą dziewczyną otwierając okno od strony pasażera. - Podrzucić, Cię gdzieś? - zapytałem, kiedy podeszła nieco bliżej. - Wsiadaj. - rzuciłem ciągle nie odrywając wzroku od drogi za przednią szybą samochodu. Kiedy kobieta zajęła miejsce obok mnie ruszyłem w stronę wyjazdu, a zaraz potem na główna drogę, czekając aż powie mi gdzie chce się dostać.

 

8709a996bbec5aa32d86fd4be2a9ea45.jpg     7754ff780365393e0a4941057866987b.jpg     a1480ed7d8c6b77c1ae73ec61f9d5a5f.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━