

Świat złodziei jest relatywnie niewielki, choć policja chciałaby, by był jeszcze mniejszy. Metropolia miejska i labirynty sięgających nieba wieżowców były ich królestwem wcale w niemniejszym stopniu, niż tajemnicze, głęboko skryte przysięgą milczenia podziemia. Nie ukrywali się nazbyt długo, nie pozwalała im próżność. Oni kochali życie. Unosili wysoko głowę, pozwalając rześkości deszczu opadać sobie na twarz. Strach nachodził ich zwykle dopiero nocą, bo wtedy nastawał mrok samotności i docierało do nich, że ufać mogą tylko jednej osobie.
Samemu sobie; zwykle nikomu więcej.
Złodzieje byli różni. Różnili się specjalizacją, odmienne było ich pochodzenie etniczne i motywacje, ale zazwyczaj łączyło ich jedno: zamiłowanie do luksusu. I to było najważniejsze, to jedno warunkowało i usprawiedliwiało wszystko inne. Czasem znali swoje twarze, tożsamość rzadziej, nieufność oznaczała gwarancję przetrwania, a tym właśnie było ich życie; kolejnym dniem wolności, własnych reguł i osobliwego poczucia władzy, bo nie miało znaczenia to, co na szczycie. Oni sami sobie stanowili królów i choć nie było między nimi jednoznacznej hierarchii, niejednokrotnie w ich kręgach ktoś wyjątkowo uzdolniony, zwinny i sprytny wysuwał się na piedestał.
Czarnej Kotki nie interesowało podium. Znaczyła wiele, ale nigdy nie chciała zostać za życia legendą, ponieważ przyciągnięcie na siebie uwagi nie kończyło się z reguły dobrze. Nowy Jork stanowił jej bazę operacyjną i to jej wystarczało. Zlecenia posyłały ją dalej, ale ona zawsze wracała do rodzinnego Queens, bo niczym najprawdziwszy kot, na znanym terenie czuła się bezpiecznie. Zacieśniała kręgi, rozwijała pęta kontaktów i tworzyła własną, rozległą sieć, dzięki której znano ją jako włamywaczkę wysokiej klasy; akrobatyczną uwodzicielkę z tytanowymi pazurami. Specjalizowała się w diamentach. Kradła biżuterię o wartości historycznej, wcielała się w postaci własnego, starannie dopracowanego teatru, by osiągnąć upragniony cel i nie dawała się złapać. Koty nie są nieostrożne, znają swoją wartość i umiejętności.
Popełniła błąd. Jeden szczególny.
Strzeliła za późno i oberwał ktoś dla niej ważny. Jej haker.
Nowy Jork. Kryjówka Spidera.
Spider nie był szczupły, winiła za to jego siedzący tryb życia. Był jednak bystry, Felicia określiłaby go bez trudu mianem najmądrzejszego faceta, jakiego zna. Miał zmierzwione, czarne włosy układające się w loki, a one sięgały mu prawie do uszu. Przycinał wąsa i pielęgnował brodę, na szyi zawsze nosił talizman. Był jej hakerem, ale co najważniejsze, przede wszystkim przyjacielem. Nie opuściła go nawet teraz, gdy leżał nieruchomo w czerniejącej plamie krwi, którą usiłowała zatamować rękawami zielonej kurtki. Grube, zarysowane brwi były nieruchome, tak samo brązowe oczy, ale platynowa wiedziała, że jej przyjaciel nadal żyje.
- Zabiorę cię na pogotowie. - Oznajmiła, podnosząc go za ramię, które przerzuciła sobie przez szyję. Marzył o odkrywaniu kosmosu, kochał podróże i ezgoszkielety i wszystkie pieniądze zarobione na brudnej współpracy ze złodziejką wysyłał do Meksyku, gdzie została jego rodzina; matka, babka i rodzeństwo. Ich współpraca była bardziej niż owocna, dogadywali się niemal bez słów; on, kradł informacje, podczas gdy ona włamywała się do wnętrz strzeżonych budynków z jego pomocą. Istny Zaklinacz Kamer. Tak go nazywała. Komputerowy Mozart.
- Nie możesz. Złapią cię - szepnął do niej, otwierając na chwilę oczy. Przez twarz przemknął mu uśmiech, kiedy usłyszał jej głos, a w nim nieodmiennie, hardość i upór. Brakowało mu pewności siebie, jaką ona zdawała się mieć niemal we krwi. - Jedź. Musisz dokończyć to sama. Dołączę, kiedy będę mógł, a ty nie pozwól się złapać, Czarna.
Wytatuowana ręka zacisnęła palce na przedramieniu dziewczyny. Czarne motywy cierni i hiszpańskie, zdobne kwiatami krzyże zabarwiły się od krwi. Felicia wytarła ją, pochyliła się nad Spiderem i puściła mu oczko. Potem, podniosła się i usiadła do jego komputerów, upewniając się, że w skórzanych rękawicach ukryła pazury. Nie uszkodzi mu sprzętu, ani nie zostawi śladów.
- Mam kontakty. Zabiorą cię do kogoś, kto ma u mnie dług, a potem się spotkamy. I pamiętaj: Nie da się złapać kota, głuptasie. - Obiecała mu, wkładając sobie do ucha jedną słuchawkę. Wykonała połączenie. Zadzwoniła po karetkę, podając fałszywe nazwisko i adres najbliższej przecznicy, a potem, odwróciła się, pakując do wielkiej torby rzeczy, które wydawały jej się najistotniejsze. Pomogła Spiderowi wyjść, a potem pocałowała go w policzek i uciekła.
- Znajdę go. Poradzę sobie.
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to on ciebie znajdzie pierwszy.
Nie uwierzyła. Ostatnio mało co przebiegało zgodnie z jakimkolwiek planem. Urok życia, bo zdecydowanie nie pech; to Hardy przynosiła pecha, a nie odwrotnie.
Rozpłynęła się jak we mgle.
Oaxaca, południowy Meksyk, pierwszy dzień listopada.
Ściskała kurczowo w ręku medalion Spidera, przemierzając szybkim krokiem tłoczne uliczki. Gwiazda polarna ze srebra zamknięta w palcach kobiety nie odbijała światła i jedynie długi, czarny rzemyk wysunął się spod długich palców. Stąpała pewnym krokiem po długich wstęgach żółtych płatków. Rozsypane były wzdłuż dróg miasta, nastał wczesny wieczór a blask świec sprawiał, że jasność równała się dniu. Święto Umarłych; El Dia de los Muertos. Kwiaty Guayacán miały po pięć płatków, okrywały teraz cmentarne płyty i sunęły lekkim, leniwym wiatrem po brukowanych drogach. Ludzie tłoczyli się, część przygrywała na trąbkach, a większość miała po prostu pomalowane białą farbą twarze. Czerń szkicowała im nowe rysy; głębokie oczodoły, zaostrzone nosy i zarys czaszki. Przypominać pragnęli umarłych, upamiętniając ich i zapraszając do korowodu. Felicia Hardy lubiła energię tłumu, ale teraz nazbyt się wyróżniała. Będzie musiała stać się częścią celebrujących latynoskie święto życia, jeżeli chce pozostać anonimowa. Ominął ją tłum niosący świece, mniejsza grupa przystanęła, nawołując ją po hiszpańsku. Pozdrowiła ich, a oni pociągnęli ją za sobą do tańca.
La muerte dijo sí, (Śmierć rzekła tak,)
Yo digo que no (Ja mówię: nie)
Śmiała się, wprawiając w ruch biodra i podążała za nimi, inna a zarazem taka sama, jak oni. Dziewczyna z twarzą wymalowaną na podobieństwo Śmierci zbliżyła się do platynowej, spojrzała na nią, a potem wsunęła jej we włosy różowy kwiat. Ze straganu, Felicia, tanecznym krokiem zabrała biały eyeliner, przystanęła przy lustrze, smagnęła górne powieki srebrem. Odłożyła kosmetyk. Z innego miejsca, korzystając z trwającej zabawy, podniosła rozłożyste anielskie skrzydła z białych piór. Ich oddawać już nie zamierzała. Wiedziała, że ludzi będzie jeszcze więcej po nadejściu świtu; teraz, rodziny przebywają na cmentarzach czuwając nad zmarłymi. Musiała działać szybko. Nim wypalą się długie świece, znajdzie swojego nowego partnera i nawet jeśli ostatecznie nie dogadają się, ani nie polubią i nie będą jak Bonnie i Clyde, to doprowadzą sprawę do końca.
Robota to robota, głodny ani znudzony kot nie wybrzydza.
Ona nie była znudzona, Meksyk dla niej pachniał zemstą. I desperacją.
La vida dijo no (Życie rzekło nie,)
Yo digo que sí (Ja mówię: tak)
Al final ¿qué importa, si muerto en vida sobreviví?
(Ostatecznie, jaki ma sens, czy przetrwam jako żywy trup?)
Zatoczyła koło. Wirowała wokół własnej osi, powoli poruszając przed swoją twarzą rękami. Zamknęła oczy, poddała się latynoskim, tanecznym dźwiękom. Ujęła za ręce pannę demonicę, tańcząc z nią, aż w końcu, puściła jej dłonie i z szelestem anielskich, pięknych skrzydeł pomknęła wąską uliczką pomiędzy stare domy z białej cegły. Zatrzymała się. Rozejrzała wokół siebie i bez namysłu, schowała naszyjnik Spidera do kieszeni dopasowanych do ciała, skórzanych białych spodni. W jednej rękawicy wysunęła tytanowe pazury. W klubie nocnym w dniu Święta Umarłych mogło ją spotkać wiele.
Kot zawsze jest gotowy na wszystko.
Muzyka w dyskotece była inna. Klubowe basy przecinały się z zielonymi laserami, ale nawet tutaj ludzie mieli pomalowane trupio twarze. Anielica wkroczyła między demony i trupy. Kostnica była żywa, barwna i mogłaby ją przyciągnąć, gdyby nie to, że miała do wykonania zadania. Słyszała, że jej nowy złodziejski kompan sympatyzuje z donem okolicznego gangu, a on lubi ten klub. Może nawet i ostatecznie go wykupił z całej tej sympatii. Hardy, tanecznym, pełnym gracji krokiem podeszła do barmańskiej lady i zamówiła ulubiony drink; Pina Coladę z dużą ilością kokosowego mleka.
- Szukam kogoś. Przystojny dupek, wysoki, czarnowłosy.
- Wisi ci kasę? - Zagaił barman, przygotowując drinka i mruknął z zadowoleniem, gdy usłyszał:
- Raczej randkę. Znasz go?
- Każdy go tu zna, robi interesy z szefem. Berlinés. Gran chico.
- Już go tak nie chwal, bo pomyślę sobie, że jest w twoim typie... - odpowiedziała z zawadiackim, tajemniczym uśmiechem, schowała ponownie smartfona do stanika i ruszyła w stronę zasłoniętej kotary, za którą widniały drzwi prowadzące na wyższe piętro klubu. Loże vip.
Ledwie rozchyliła poły ciężkiej kotary i weszła na klatkę schodową, w jej stronę sturlał się trup. Nie wyglądał jej na przebierańca, ale nie miała ochoty sprawdzać tętna. Przylgnęła do ściany, dopiła szybko Pina Coladę, a raczej tyle, co z niej zostało, bo większość drinka wylała się na podłogę. Kolejnego powitała szkłem. Rozbitym na potylicy, rzecz jasna.
- Lo siento mucho, dupku.
Odetchnęła głęboko. Na jej dłoniach były już obie rękawice, wyposażone w ostre, kocie pazury o zaokrąglonych krawędziach, bo dokładnie taka jest cecha tych, którymi walczą w ulicznych zwadach koty. Konstrukcja pozwala na zadawanie głębszych, bardziej rozległych i trudniej gojących się ran.
Była niebezpieczna. I poirytowana.
Wkroczyła do loży, pod stolikami ukrywali się ludzie, padały strzały, sufit zdawał się osypywać.
Zobaczyła go natychmiast. Wskoczyła za nim na stół, przywarła do niego plecami. Ostre tytanowe szpony zaiskrzyły w świetle laserów z dołu, zielone oczy platynowej zwęziły się.
- Ja jebie. Nie mogłeś po prostu być chłopakiem, który ożyna piwo?
Padły strzały. Salwa, ale ona nawet nie drgnęła. Odwdzięczył się ktoś z drugiego końca sali, a wtedy, kotka użyła przewróconego stolika jako osłony. Obserwowała czujnie mężczyznę, kącik ust przeszedł w lekki uśmiech.
- Nie ma z tobą stypy, co? Przysłał mnie Spider. Myślałam, że cię tu lubią. Podpadłeś?
Zadawała za dużo pytań. I nie oczekiwała na nie wcale odpowiedzi.
Sięgnęła po grubą, długą linę z hakiem.
- Nieważne. Mam to gdzieś. Najpierw zmienimy lokal. Pasuje? Wyglądasz mi na chłopaka, co zawsze ma plan.
Mylę się?