OOᕼ ᗪEᗩTᕼ
ᗯᕼOOOOᗩᕼ ᗪEᗩTᕼ
ᗯOᑎ'T YOᑌ ᔕᑭᗩᖇE ᗰE OᐯEᖇ ‘TIᒪ ᗩ ᗩᑎOTᕼEᖇ YEᗩᖇ?
Idąc przez zatłoczone o tej porze miasto nie myślałam właściwie o niczym konkretnym. Starałam się "zresetować" po zakończonej dniówce i odłączyć życie zawodowe od tego prywatnego. W teorii wszystko pięknie, ładnie, ale w praktyce wszystko się sypie. Na przykład jest wieczór. Siedzisz sobie owinięta w szary, mieciutki kocyk i oglądasz po raz setny komedię romantyczną. Śmiejesz się na ulubionych scenach i zachwycasz się przy pocałunkach. W pewnym momencie uświadamiasz sobie, że jutro musisz iść do pracy, a nie jesteś w ogóle przygotowana i nie chodzi tutaj o potrzebne materiały czy inne tego typu sprawy, ale o twoją gotowość psychiczną, która w tamtym momencie nie istnieje. Wtedy zdajesz sobie sprawę z nieuchronności rozmaitych zdarzeń. Zarówno tych dobrych jak i złych. Dla mnie zapominanie, chociaż chwilowe, o codzinnych sprawach stało się swoistą rutyną, bezpieczną monotonnością, która przynosi ze sobą spokój i ulotne momenty wytchnienia.
Jednak w tamtym momencie nie tego potrzebowałam. Ruch, szał wszystki to mi pomagało, mimo że nie do końca wiedziałam jak, a mówiąc ściślej nie miałam pojęcia jak w ogóle to jest możliwe. Jedni umieją się skupić tylko w całkowitej ciszy, a wtedy nawet przelatująca mucha sprawi, że znowu stracą jakąś myśl i wyjdą z filozoficznego transu. Inni osiągają to przy dobrej muzyce, czyli takiej, którą najzwyczajniej w świecie przyjemnie im się słucha. A ja? Ja oddzielam od siebie to co mówi ktoś, a to co myślę. Jakbym zapuszczała niewidzialną zasłonę, która tłumi większość dźwięków. Dlatego pomimo samotniczej duszy towarzystwo ludzi nigdy mi nie przeszkadzało. Więcej. Pozwalało mi na przypomnienie sobie o tym jak nieistotni jesteśmy, a na przekór tego jak wiele możemy znaczyć. Wystarczy znaleźć odpowiednią osobę, dla której to właśnie ty będziesz całym światem. Lecz jeszcze ważniejsze jest by nie zaprzepaścić szansy, którą w ten sposób otrzymujemy, ponieważ może się już nigdy nie powtórzyć.
Czując pojedyncze pasmo przy twarzy w miejscu nieprzeznaczonym dla niego zgrabnym ruchem odsunęłam je w tył i podniosłam głowę, która od dobrych kilku minut była opuszczona, by wzrok mógł odpocząć wpatrując się w jednostajny wzrór chodnika. Nagle moje zielone tęczówki dostrzegły coś, a dokładniej kogoś kogo nie powinno tu być. Nie. Nie teraz, chociaż ile to już minęło lat? Mimo wszystko Maddox nie raczył mnie nawet poinformować, że tym razem wybiera Darkton. Mógł wysłać list, pocztówkę-cokolwiek albo skorzystać z magicznego małego pudełka zwanego telefonem i napisać wiadomość albo zadzwonić. Zrobić cokolwiek bym wiedziała, że nie straciłam mojego przyjaciela, że nadal będzie częścią mojego życia. Rodziną. Ta prawdziwa wolała zostawić mnie pod drzwiami obcej kobiety niż zrozumieć czym jestem. Dla nich nie byłam już osobą. Byłam zwierzęciem, stworzeniem, które z biegiem lat staje się tylko ciężarem i zagrożeniem, istotą, której trzeba się jak najprędzej pozbyć. Także... Kochani rodzice, skoro wy mieliście mnie głęboko-to ja będę was miała głębiej. Jednak mimo wszystko chciałabym ich poznać i nareszcie otrzymać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Tymczasem nie o tym mowa. W tamtym momencie istotna była tylko osoba idąca trzy metry przede mną i do złudzenia przypominająca Maddoxa, chociaż bardzo nie lubił, kiedy nazywało się go tak przy ludziach. Będąc młodszą robiłam czasami mu psikusy i na złość się tak do niego zwracałam, działo się ta, ponieważ nie znałam całej prawdy i intencji, którymi się kierował utrzymając swoje pełne personalia w tajemnicy. Nie wiedziałam jak wielki powierzył mi sekret i jakie brzemie teraz na mnie ciąży.
Starając się nie zgubić potencjalnego znajomego przepychałam się między ludźmi, ale na tyle dyskretnie by niczego nie zauważył. Ostatnie czego mi brakowało to by jakiś obcy facet pomyślał, że go śledzę. Na szczęście moja drobna postura ułatwiała mi sprawę, ale wzrost już niezbyt. Niektórzy mnie nie zauważali, a kiedy na mnie wpadli to tylki spoglądali tym oskarżycielskim wzrokiem i szli dalej. Jakbym to ja była winna, że nie odziedziczyłam jakiegoś fajnego wzrostu. Ciekawe jacy byli moi rodzice... Może mama tak jak ja nie była wysoka, a tata miał tylko kilka centymetrów więcej. Tak. To musiało w ten sposób wyglądać. Pochłonięta wyobrażaniem sobie rodzicieli o mały włos, a zgubiłabym obiekt, dla którego tak bardzo starałam się nie zostać zdeptaną. Zobaczyłam jedynie jak skręca w jedną z bocznych, ciemnych uliczek, więc podbiegłam w tamtym kierunku, jednak kiedy stanęłam u wylotu, nie zauważyłam nikogo. Musiał gdzieś tutaj być. W tak krótkim czasie nie przemierzyłby tej odległości. Niepewnie przeszłam kilkanaście kroków uważnie rozglądając się, ale w pewnym momencie poczułam tylko powiew powietrza, a niedługo później pulsujący ból w plecach i szyji. Ktoś dość nieudolnie przytrzymywał mnie przy ścianie jednego z wysokich ceglanych budynków. Przez chwilkę zastanowiłam się dlaczego nikt nie zareagował, ale to było oczywiste_ogromny kontener całkowicie zasłaniał przed ich wzrokiem całą scenę. Podniosłam głowę i zamiast zacząć krzyczeć jak niektóre banshee zaśmiałam się tylko krótko i uśmiechnęłam. Czyli jednak mój wzrok nie jest taki zły. Przynajmniej nie na tyle by potrzebna była pomoc specjalisty.
-To naprawdę ty...-zaczęłam i odepchnęłam jego ręce by się przytulić.-Tęskniłam.-powiedzialam i jak za dawnych lat wtuliłam się w przyjaciela. Pachniał tak jak on. Lasem, wilgocią, trochę miejskim zgiełkiem, ale przede wszystkim tajemnicą, która nigdy nie może zostać odkryta i ukazana na światło dzienne. Ciemność. Tak. Michael był ciemnością, która przyciągała, ale mogła Cię zabić-Nic się nie zmieniłeś.-dodałam, kiedy chwila tolerancji mojego optymizmu dobiegła końca.-A w ogóle, co ty tu robisz?
ᗯEᒪᒪ I ᗩᗰ ᗪEᗩTᕼ ᑎOᑎE ᑕᗩᑎ E᙭ᑕEᒪ
I'ᒪᒪ OᑭEᑎ TᕼE ᗪOOᖇ TO ᕼEᗩᐯEᑎ Oᖇ ᕼEᒪᒪ

