JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

To tym wszystkim zobaczenie ciągle nieco zmartwionej, ale zadowolonej moim widokiem twarz Meza i na mojej pojawił się lekki uśmiech. - Przyjechałem twoim samochodem, a tobie kask się przyda. - uśmiechnąłem się na te słowa. Już nawet zapomniałem, że mój brat jest już dorosły, ma prawo jazdy i w każdym sklepie sprzedadzą mu wódkę. - Mówisz, że mi się oberwie od niego? Może, ale chyba na to zasłużyłem. - pocałowałem go w czoło i ponownie przytuliłem. Chwilę później spokój i względną ciszę przerwał krzyk Michael'a. Westchnąłem jedynie odrywając się od brata. Zawiesiłem kask na manetce motocykla i pewnie wszedłem na posesję mężczyzny, chociaż tę pewność miałem wypisaną w ruchach, to nie w wyrazie twarzy. Ten był jak na złość niepewny. Jakby nie było pierwszy raz w ogóle zdarza mi się taka sytuacja, że dla odmiany zamiast kogoś zabić na zlecenie, to z własnej woli pojechałem uratować małą dziewczynkę, która jeszcze tak mało wie o świecie. Po silnym ciosie jedynie ustąpiłem krok do tyłu i chwyciłem się za obolały policzek. Chyba właśnie w tym momencie facet zaserwował mi limo pod okiem na najbliższy tydzień. Bez większego zdziwienia odwzajemniłem uścisk Michael'a. - I ty widzisz z kim ja muszę pracować? - zaśmiałem się cicho kierując spojrzenie w stronę brata. Poklepałem mężczyznę po plecach i w końcu odsunęliśmy się od siebie. - Mez, zajmij czymś Alex na chwilę, bardzo cię proszę. - powiedziałem kierując swoje spojrzenie w stronę brata. - My musimy sobie wytłumaczyć parę rzeczy. - odprowadziłem wzrokiem brata i małą dziewczynkę, która ochocza szła z nim i podskakiwała radośnie trzymając go za rękę.

Kiedy ta dwójka zniknęła mi tylko z pola widzenia zwróciłem się do mężczyzny stojącego na przeciw mnie. Pomimo szczerych chęci zachowania powagi, na wzmiankę o oświadczynach i małżeństwie z jego córką, na moich ustach zagościł szczery uśmiech. - Michael... - zacząłem - W szpitalu mówiłem poważnie. - znacznie spoważniałem. - Nie powinieneś mi ufać, jestem zbyt dużą niewiadomą i jak widać nasza znajomość mogła skończyć się tragicznie. Nie chcę dłużej was tak narażać. - zaplotłem ręce przed sobą, by zaraz potem ruszyć za mężczyzną i usiąść koło niego na schodach prowadzących do domu. Co miałbym mu jeszcze powiedzieć? Że ten dzień, w którym się poznaliśmy powinien być za razem tym ostatnim i zakończyć się na rozmowie przed drzwiami baru? Choć wiedziałem, że właśnie to powinienem mu powiedzieć, to jedynie milczałem patrząc jak mój brat bawi się z jego córką na trawie z boku domu. - Pozwól jej być dzieckiem tak długo, jak będziesz mógł. Nie skracaj jej dzieciństwa i nie każ wydorośleć za szybko. To się źle kończy. - Nie musiałem mieć własnych dzieci, by wiedzieć, że moja słowa mają w sobie prawdziwe przesłanie. Własne doświadczenie życiowe wystarczy, by wiedzieć, że dzieci powinny się bawić i czerpać ze swoich młodych lat jak najwięcej i jak najdłużej jest to możliwe. By później, wewnętrzne dziecko powoli cichło, a nie brutalnie umierało z dnia na dzień. - Jeśli pozwolisz wezmę ją jutro na małą przejażdżkę i jej wytłumaczę co i jak. - wstałem i podałem rękę mężczyźnie, tym samym się z nim żegnając.

»»————- ★ ————-««

Wraz z bratem wróciliśmy do domu, kiedy na dworze było już szarawo i księżyc wychylał się pomiędzy domami. Przez dłuższy czas zamiast iść do domu i po prostu położyć się po takim dniu, to przez kilka następnych godzin siedziałem w garażu i przeglądnąłem motocykl i samochód, by nie siedzieć bezczynnie na dupie i myśleć o dzisiejszym dniu. Do domu koło północy zaciągnął mnie mój owczarek niemiecki, który niecierpliwie zaczął się domagać pieszczot. - Nie powinieneś już spać? - zapytałem go cicho, kucając przy nim i lekko tarmosząc za futro. - Chyba, że ty mnie do łóżka wyganiasz, hmm? - zaśmiałem się cicho i podniosłem. Opuściłem maskę samochodu i wraz z psem udałem się do domu, gdzie na chwilę jeszcze się z nim pobawiłem, a później nakarmiłem, natomiast sam udałem się na piętro do swojego pokoju. Biorąc prysznic cały czas bombardowały mnie myśli o dzisiejszym dniu. Wszystko zaczęło się robić strasznie skomplikowane, chociaż osobiście nie robię niczego innego, czego nie rodziłem przez ostatnie kilka lat. Robiło się to dla mnie strasznie uciążliwe. Jak nie liderka Camorry chce się mnie pozbyć, to znowu ktoś inny chce bym zabijał kogo popadnie, kiedy ten sobie tylko to ubzdura. Z taką też myślą poszedłem do łóżka, w niedługo potem odpłynąłem.

1ce4df2548bdb0becf1d755b92495a93.gif

»»————- ★ ————-««

'Uwaga! Wiadomość z ostatniej chwili. Straszliwa masakra niedaleko stolicy. Wczorajszy dzień, może zostać najkrwawszym w ostatnim dziesięcioleciu. Stary hangar 8 kilometrów od południowo-wschodniej granicy miasta skrył kilkadziesiąt ciał leżących na wąskich korytarzach budynku. Tego przerażającego odkrycia dokonał 74 letni mieszkaniec stolicy, który jak zawsze, dla zdrowia, spaceruje po lesie. Hangar, o którym mowa, przez wielu okolicznych mieszkańców, jak i wszystkich, którzy o nim wiedzieli, był uważany za opuszczony i to od lat 70 ubiegłego wieku. Od samego początku jego istnienia nie był również ogrodzony, a jedynym zabezpieczeniem, były wybudowane z drewna, prowizoryczne wieżyczki, przypominające, te do obserwacji zwierzyny. Z najnowszych oględzin wynika jednak, że od ponad roku, był ponownie w użyciu jednego z dłużej szukanych głów, światowej siatki przestępczej. 54 letni mężczyzna, szerzej znany po pseudonimem 'Boss', został znaleziony w ostatnim pomieszczeniu, do którego można się było dostać, jedynie pokonując cały długi korytarz, łączący i przechodzący przez wiele pomieszczeń. Jeden z policjantów zajmujących się tą sprawą, oświadczył, że cała masakra musiała byś zorganizowana i wykonana w bardzo umiejętny sposób. Analitycy określili, że pośród ciał nie znajduje się nikt obcy. To znaczy, że wszystkie zwłoki należą do ludzi, którzy byli podwładnymi Boss'a. Specjaliści uważają, że jest to prawie niemożliwie, by przy takiej ilości, dobrze uzbrojonych i wprawionych w boju ludzi, nie zabiliby, żadnego przeciwnika. Łącznie śmierć poniosło około 75 osób, ale dokładne informacje zostaną podane, dopiero w momencie przewiezienia ciał i zliczenia w laboratorium policyjnym. Wiele osób, które przyszły po usłyszeniu syren służb porządkowych wiedziało o przejęciu budynku, jednak nikt nie sądził, że w rzeczywistości został nielegalnie przejęty, przez ludzi ze świata przestępczego. Policjanci spotkali się jeszcze z jedną, bardzo ciekawą koncepcją, usłyszaną właśnie od ludzi zgromadzonych przypadkiem na miejscu zbrodni. Dwudziestoparoletnia mieszkanka wsi pod Londynem porównała wczorajszą masakrę, do dziwnych morderstw pozornie przypadkowych osób, z świadka przestępczego, policji, jak i służb federalnych, które miało miejsce ponad rok temu. Policjant, który udzielał nam podstawowych informacji, odmówił odpowiedzi co sądzi o tym pomyśle. Natomiast komendant, jednoznacznie stwierdził, że nie należy łączyć tych dwóch spraw. Specjaliści twierdzą, że za najnowszą masakrą stoi zorganizowana grupa, natomiast morderstwa sprzed roku, są przypisywane jednemu człowiekowi - członkowi jednego z londyńskich gangów.'

Właśnie taka audycja radiowa zaszczyciła mnie kiedy tylko następnego dnia rano wsiadłem do niego i odpaliłem silnik. Uśmiechnąłem się jedynie pod nosem i z częstotliwości informacyjnej, przełączyłem na muzyczną. Wczorajszy dzień, był taki, że miałem sobie wziąć przymusowe wolne od pracy, ale niestety nie zdążyłem. Ledwie dzisiaj otworzyłem oczy, a mój telefon zaczął wydzwaniać irytującą melodyjkę. - Joel, mam dla ciebie nową robótkę. - usłyszałem w słuchawce głos znanych mi już biznesmenów. Już kilkukrotnie miałem przyjemność dla niego pracować. Konkretny facet, nie zadaje zbędnych pytań, płaci tak jak należy, a wymagania ma jak każdy inny. Tym razem jednak coś było inaczej. - Słucham więc. - odparłem wyczekując na ujawnienie jakiś większych szczegółów. - Wszystko zostanie ci już dostarczone po spotkaniu z moim wysłannikiem. Nie będę ukrywał, że nieco mi śpieszno, więc cieszyłbym się, gdybyś załatwił to szybko. - powiedział nieco zdenerwowanym głosem. - Nie mogę tego obiecać, to wszystko zależy od jednostki. Odezwę się. - odczekałem jeszcze chwilę, w której przedstawił mi resztę informacji i przerwałem połączenie. Czemu tak dziwnie się zachowywał? Nie wiem. Z tamtej rozmowy dowiedziałem się jedynie gdzie mam się spotkać z wysłannikiem i o której godzinie. Cała reszta informacji jak zawsze zostanie mi przedstawiona przez osobą, z którą się spotkam, albo, tak jak jest najczęściej, dowiem się dopiero po przeczytaniu akt. Ale dlaczego z wysłannikiem? Zawsze spotykałem się z nim twarzą w twarz, osobiście mi wszystko przedstawiał i mówił co ode mnie oczekuje. Cała ta sytuacja zaczęła mi się nie podobać.

W ustalonym miejscu pojawiłem się jak zawsze z zapasem kilku minut. Jednak wysłannik jednego z moich ulubionych pracodawców już na mnie czekał niecierpliwie, lub nawet ze zdenerwowanie, uderzając palcami o maskę samochodu. Zaparkowałem nieopodal i wyszedłem mu na spotkanie. Już na pierwszy rzut oka, mogłem stwierdzić, że on jak i jego przełożony zachowuje się wyjątkowo dziwnie jak na kogoś, kto nie po raz pierwszy wystawia na kogoś zlecenie. Cała ta sytuacja w ogóle była bardzo dziwna. Mężczyzna jakby się mnie bał, ciągle się jąkał i zadawał takie pytania albo jakby był pierwszy raz na takim spotkaniu, albo został porządnie zastraszony. Szczerze? Nie wykluczam ani opcji numer jedne, ani numer dwa. W tym świecie jest to takie normalne, jak dla sporej części tradycyjnej Anglii filiżanka herbaty punkt siedemnasta. Jednak w przeciwieństwie do herbatki five o'clock, zastraszenie i zmuszenie do czegoś jest zdecydowanie bardziej problematyczne. Po całym tym spotkaniu już sam nie wiedziałem co miałem myśleć. Nie dostałem totalnie żadnej wskazówki dotyczącej zlecenia jakie mam wykonać. Wiem jedynie, że teczka ma jeszcze dzisiaj, o porze wcześnie popołudniowej, do mnie dotrzeć. Tyle, ale godzina zmarnowana. Chyba mnie znowu sprawdzają, tylko po jaką cholerę tym razem?

403216f4eebe0bbeaba022795bc1f5db.gif

»»————- ★ ————-««

Zacząłem przygotowywać się do kolejnego spotkania z dziewczynką, córką Michaela. Początkowo myślałem, że to może za szybko. Jakby nie było to jednak ciągle dziecko i nie wiem jak może zareagować na wieść, że jej książę z bajki jest dla niej za stary i dodatkowo ma inną. Ehh, dzieci. Już prawie zapomniałem jak ostrożnie trzeba się z nimi obchodzić. Ostatecznie Mez od lat nie jest małym dzieckiem. Ubrałem cały strój, w którym tak właściwie powinienem jeździć zawsze, ale jakoś nie koniecznie przywiązuję do tego wagi. Jeżeli ktoś jeździ umiejętnie i jeździć potrafi, to nic mu się nie stanie. Nawet jeśli zagrożenie dla jego osoby będzie płynęło z zewnątrz. Choć teraz sam mogę zrobić wyjątek. Czego się w końcu nie robi, by uszczęśliwić dziecko? Ubrałem biało czarny strój, razem ze wszystkimi ochraniaczami i wzmocnieniami, by to się jakkolwiek prezentowało. Odpowiednio wcześniej oczywiście skołowałem mniejszy kask, specjalnie dla Alex. Nie będziemy jeździć po żadnych wertepach, czy jakoś przesadnie przekraczać prędkości, jednak wolę, bo Michael nie dostał zawału. Z drugiej strony już wystarczająco sobie u niego nagrabiłem. Zgarnąłem oba kaski i zszedłem na dół. W przelocie pojawił się Mezo, który momentalnie zastygnął w miejscu na mój widok... i zaczął się śmiać. - Ha ha ha, bardzo śmieszne. Zobaczymy jak ty będziesz wyglądał jak wcisnę cię w różowe rurki. - zaśmiałem się mierzwiąc chłopakowi włosy. Wyszedłem z domu. Ubrałem kask, drugi zawiesiłem na przedramieniu, usiadłem na motor... Ruszyłem.

Nie jechałem szybko, bo też nigdzie się nie spieszyłem. Można się wręcz pokusić, że delektowałem się jazdą. Co w sumie było prawdą, szczególnie, że ostatnia taka przejażdżka była zarazem moją pierwszą... A to było kilka dobrych lat tamu. Świeciło słońce i było dość ciepło, szczególnie w całym takim umundurowaniu. Jednak po jakimś czasie przestało mi to doskwierać w większym stopniu. Przekręciłem manetkę dodając gazu. Po godzinie jeżdżenia bez celu po mieście w końcu podjechałem pod ten właściwy adres. Brama jak zawsze była otwarta szeroko. Żmija zwana siostrą Michaela pewnie pojechała, albo on sam bawi się na dworze z córką. Wjechałem na posesję mężczyzny i zaparkowałem na podjeździe. Nie usłyszałem nigdzie głosów dochodzących z zewnątrz, więc podszedłem do drzwi frontowych domu i zadzwoniłem. Po wnętrzu rozbrzmiał się dzwonek, a po dłuższej chwili wychylił się Michael w fartuchu ubrudzonym od mąki i kolorowych barwników do ciasta. Uśmiechnąłem się na przywitanie. - Widzę, że ledwo wróciliście, a córka wzięła cię w obroty. - zaśmiałem się cicho słysząc we wnętrzu domu śmiech dziewczynki. - Jak się trzymasz? - zapytałem w końcu z powagą w głosie. Czułem się winny tego, co spotkało tą dwójkę. Gdyby nie ja to najpewniej byśmy się nie poznali. Jednak nic nie może być pewne tak w stu procentach. Mężczyzna zaprosił mnie do środka, ale ja i tak wszedłem tylko do przedpokoju, żeby poczekać na roześmianą Alex. - Cześć, szkrabie. - przywitałem się od razu biorąc ją na ręce. - Ukradnę cię na chwilę tacie, co? Pojeździmy trochę i będziesz mogła wrócić do pomagania. - posłałem jej szeroki uśmiech.

W końcu ponownie usiałem na maszynie sadzając przed sobą dziewczynkę, która wręcz podskakiwała z radości. Jak niewiele potrzeba, żeby rozbudzić w dziecku pasję do czegoś. Pewnie za parę lat nawet nie dotknie manetki, nie mówiąc już o jakiejkolwiek jeździe, ale przynajmniej poczuje taką drobną namiastkę tego, jak czuje się ktoś, kto prowadzi maszynę, choć najlepsza zabawa i tak jest kiedy znacznie przekracza się prędkość i łamie inne zasady ruchu drogowego. Dziś przez wzgląd na dziewczynkę i żeby dać jej dobry przykład, jechałem przepisowo i to aż do bólu. Manetka wręcz błagała o to by ją dokręcić, choć odrobinę, a ja jak ten osioł uparcie przy swoim. Ten jeden, jedyny raz. Jako punkt docelowy wybrałem skarpę, gdzie zrobili toś na wzór tarasu widokowego. Bardzo ładnie było stąd widać cały Londyn, jak i skrawek jego okolic. Alex, jak to ona, zmieniała co chwilę obiekt swojego zainteresowania. A to podobały jej się ruchome uchwyty w kierownicy motoru, tutaj kolorowy motyl, który postanowił wybrać się na wycieczkę. Widok zdecydowanie jej nie zachwycił... Ehh, żyły sobie możesz wypruć, a i tak bardziej interesujący okaże się motyl, który dzień wcześniej był zwykłą gąsienicą. 

 

2d3cd4c0660bfaddcf921780c4b5a3a0.gif     3edadd5e5c9b84c73436e5226f412564.jpg

»»————- ★ ————-««

Cytat z jednego, z filmów, który każdy miłośnik kina akcji powinien znać brzmi: Licencja na zabijanie, nie daje pozwolenia na zabijanie każdego kogo padnie, czy jakoś tak. Natomiast ci, co bardziej zaczytują się w literaturze kryminalnej muszą kojarzyć cytat: James Bond ma licencję na zabijanie, a my na kłamanie. Tylko dla niepoznaki nazywamy ją dyplomem ukończenia studiów prawniczych. To taka mała dygresja w odniesieniu co robię na co dzień od dobrych kilku lat. Zabijam, odbieram życie, przecinam nić życia, prowadzę kogoś na prostą. Zwał jak chciał jeśli o mnie chodzi. Jednak nie chodzi tu o nazewnictwo, które ostatecznie i tak nada sobie każdy takie, jakie mu akurat będzie pasować. Ja pozostanę przy określaniu siebie jako płatnego zabójcę. Ma to jakieś swoje przesłanie, budzący szacunek zwrot, szczególnie w odniesieniu, do stosunkowo młodej osoby, którą bez dwóch zdań jestem. Ostatecznie nie skończyłem nawet trzydziestki. Co i tak w porównaniu do najmłodszego zabójcy, to jestem starym dziadkiem z balkonikiem. Miał bowiem zaledwie 15 lat, kiedy ja będąc w tym wieku opiekowałem się ośmioletnim bratem. On jednak wpadł niedługo po wykonaniu zlecenia za marne grosze. Ja zarabiam swoje, robię swoje, nie zostawiam śladów, a co najważniejsze jestem nieuchwytny i skuteczny do bólu. Nie ma zlecenia, którego bym nie zrobił, jeśli chodzi o sposób. Jednak żeby nie było, nie wykonuję każdego ze zleceń. A to było jedno z tych, nad którymi miałem silną rozterkę.

Po powrocie do domu, w zasadzie nie robiłem nic nadzwyczajnego. Zjadłem coś, a potem przysiadłem do tak bardzo znienawidzonej przeze mnie papierkowej roboty. Zlecenia lecą, czas leci, a kupka białych teczek rozwalonych na biurku zamiast znikać, w bardzo dziwnym tempie pojawiają się i to w podwojonej liczbie niż były dzień wcześniej. Jednak moje rozbiegane myśli gwałtownie wróciły na swoje miejsce, kiedy ciszę w pokoju rozerwał dzwonek mojego telefonu. Odebrałem nawet nie patrząc na wyświetlacz. - Grenard. - mruknąłem wsuwając długopis za ucho. - Akta zostaną ci dostarczone przez kuriera za piętnaście minut. Zwykle tego nie robię, ale masz na wszystko czterdzieści osiem godzin. - rozłączył się. Jego głos tym razem znów był inny. Bardziej pewny, co wzbudziło moje jeszcze większe zaniepokojenie. Co się do cholery dzieje z tymi wszystkimi ludźmi. Zamiast się za tym rozwodzić, wróciłem do uzupełniania protokołów i raportów z akcji.

Mężczyzna nie pomylił się. Przesyłka z kartoteką została mi dostarczona po niecały kwadransie od momentu zakończenia połączenia. Udałem się do salonu i otworzyłem kopertę. Wyciągnąłem ze środka teczkę, na której wierzchu widniało dobrze znane mi nazwisko. Początkowo nie chciałem wierzyć, że nie jest przypadek. Dopiero kiedy otworzyłem teczkę i zobaczyłem zdjęcie mężczyzny, którego muszę sprzątnąć...zamurowało mnie. Nie wiele myśląc wziąłem papiery, wsiadłem do samochodu i ruszyłem do jego domu. Był już wieczór, więc pewnie zastanę go w domu. Zaparkowałem na podjeździe, jest w domu. Wypadłem więc z samochodu i zapukałem do drzwi niecierpliwie uderzając palcami o udo. W końcu otworzył, a widząc moją minę wpuścił mnie bez słowa. Wszedłem do salonu i rzuciłem na stół teczkę z jego kartoteką. - Mamy problem i to kurwa poważny. - opadłem na najbliższy fotel - Obawiam się, że za porwaniem Alex nie stał facet, którego w tedy zabiłem. Machael, coś ty kurwa odpierdoliłeś, albo w jakie gówno się wpakowałeś, że koleś chce cię sprzątnąć za taką kasę...

 

1262fbca44c42e110d6b4e5f0e1d226f.jpg     aeb0127d2cb74febf65a72244d5e0aa4.jpg     ce898ce4183fde11b56847be09de5986.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━