JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

6c5bf13f5f7f1d7f46d93695b8608135.jpg     f25c6dcd3b3cdaf8d541d60741ecc9c5.jpg     2ff36a22557104a8b65d08ad55faa515.jpg

Zastygłem w bezruchu wpatrując się w przestrzeń tuż za szpitalnym oknem. Pokój znajdował się, na którymś tam piętrze, więc większość życia Londynu mogłem obserwować z góry. Pomimo prawie że mojego krzyku podczas rozmowy z mężczyzną, mogłem zarejestrować gwałtowną zmianę dźwięku urządzeń podpiętych do ciała Michaela. Byłem jednak zbyt bliski wybuchu, żebym mógł jakkolwiek na to zareagować. Po prostu przyjąłem do wiadomości, że urządzenia zaczęły gwałtownie wydawać dźwięki, a zaraz później wróciły do normalnej pracy. Tylko tyle i aż tyle. Zacisnąłem mocno palce na telefonie, a zaplatając przed sobą ręce oparłem o niego brodę. Starałem się coś wymyślić, ale po mojej głowie ciągle obijał się pisk wystraszonej dziewczynki, która jest w bliżej nieznanym mi miejscu i jest narażona na niebezpieczeństwo, a to wszystko to moja wina. 

Usłyszałem głuchy zgrzyt sprężyn w materacu, a zaraz potem coś we mnie uderzyło. Butelka napełniona może w jednej trzeciej swojej pierwotnej objętości upadła na podłogę, tuż przy mojej nodze i przeturlała się kawałem. Podniosłem wzrok od razu natrafiając na mordercze, chociaż nieco nieobecne spojrzenie mężczyzny uporczywie starającego się wstać z łóżka. - Nie radzę Michael. - odparłem starając się brzmieć spokojnie, by jeszcze niepotrzebnie nie denerwować mężczyzny. Nic to jednak nie dało, bo tu ni z gruchy i z pietruchy, oberwałem drążkiem od kroplówki. No co jak co, ale tego to ja się nie spodziewałem. - Wracaj lepiej do łóżka. - przyjąłem bardziej rozkazujący ton, jednak to i tak nie dało zamierzonego przeze mnie skutku. Widziałem w jego oczach coś, co ostatnimi czasy widywałem zdecydowanie za często w swoim życiu. Nienawiść, smutek, zawód... Nie lubiłem widzieć tego spojrzenia u ludzi, którzy zaufali mi, chociaż doskonale wiedzieli jaki jestem i jak wygląda moje życie.

Spojrzenie Michaela jednak dotknęło mnie mocniej niż mogłem się tego spodziewać. Jednak nie do końca byłem świadomy, czym to mogło być spowodowane. Być może tym, że i ja mocno zaufałem jemu i wkroczyłem bez uprzedzenia w jego mniej czy bardziej ułożone życie, robiąc tylko bajzel. Jego słowa, jedynie upewniły mnie w tym fakcie. - A po jaką cholerę miałbym ją niby porywać, co? - zapytałem częściowo retorycznie, niestety podnosząc przy tym niepotrzebnie głos. - Zastanów się, mam brat i tylko on mi został na tym pierdolonym świecie, a Alex jest oczkiem w twojej głowie. Dasz się za nią pochlastać tak jak ja za Meza. - przerwałem na chwilę starając się pozbierać myśli, a przede wszystkim uspokoić. - Nie mam potrzeby okłamywać cię. Wszystko co ci powiedziałem, wszystko, jest prawdą. - jego kolejne słowa zabolały mnie jeszcze bardziej. Zawiodłem wielu ludzi, ale nawet gdy na sam koniec, kiedy już darliśmy ze sobą koty, tuż przed tym jak każdy poszedł w swoją stronę, żaden nie powiedział mi, że widział we mnie przyjaciela. 

- Dobrze wiedziałem kim jestem, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy. Na pewno byłeś świadomy, że jeśli za bardzo się do mnie zbliżysz, i zaczniesz nazywać przyjacielem, to to się źle skończy. Nie obwiniam cie o to, ale na pewno byłeś tego świadomy. - zamilkłem starając się zrozumieć jego sens myślenia. W sumie, gdyby coś groziło mojemu bratu, też nie myślałbym zbyt trzeźwo i robił wszystko na chybił trafił, tylko po to, by ten nie był już dłużej przeze mnie narażony. - Zrozum, nie mam z tym nic wspólnego, byłem na drugim końcu miasta, Alex żyje, a ja nie dostałem, a tym bardziej nie dostanę za nią nawet złamanego centa. - gwałtownie zaschło mi w gardle, że co kurwa? - Więc ciesz się, że nie wykonałeś zlecenia, bo twoja córka zostałaby sierotą. - wypowiedziałem już w dość sporym gniewie. Oj, to się raczej dla naszej dwójki dobrze nie skończy. 

Poczułem jak wibruje mi telefon, ciągle szczelnie zaciśnięty w mojej dłoni. Nie odczytałem wiadomości, to był zdecydowanie najgorszy moment w całej tej sytuacji. Poczekałem jeszcze, co Michael ma mi jeszcze do powiedzenia. - Że co?! - burknąłem wręcz oburzony jego słowami. Czy ja ci kurwa wyglądam na handlarza żywym towarem? Hello, ja zabijam judzi, a nie zrzucam ich na samo dno łańcucha pokarmowego. A to jest dość spora różnica. Michael się zamachnął chcąc wykonać cios, ja jednak szybko się uchyliłem, chociaż to nie było do końca potrzebne. Mężczyzna jedynie się zatoczył. Było mi szczerze jego żal. Z drugiej strony współczułem mu znajomości ze mną samym. To nigdy nie kończyło się dobrze dla osób, które mnie zbytnio poznały tak twarzą w twarz. Wyszedłem z sami starając się na do widzenia nie trzasnąć drzwiami. Wychodząc poinformowałem pielęgniarkę, że Michael odzyskał świadomość. Wyszedłem ze szpitala.

49114cc109a0ad550ab5ea97f5c419f6.gif

Nieopodal wejścia czekał na mnie chłopak, który specjalnie przywiózł mi motor. Podszedłem do niego, a sugerując po jego wyrazie twarzy, na mojej malowała się chęć mordu dokonanego na każdym, kto tylko ośmieliłby stanąć mi na drodze. - Co planujesz? - zapytał, a po jego głosie wywnioskowałem, że robi to strasznie niepewnie. - Chcę zrobić to, co powinienem już trochę temu. - burknąłem w odpowiedzi i ubrałem kask. - Nie siedź tutaj. - kazałem wsiadając na motor. - Lepiej, żeby nikt się tutaj nie kręcił. Po niego nie przyjdą. - odpaliłem maszynę i już bez słowa ruszyłem. Nie miałem zbyt wiele czasu do namysłu, więc pierwsze miejsce, które w tamtym momencie przyszło mi do głowy, będąc zarazem najlepszym wyborem, był mój dom. Miałem jeszcze nadzieję, że zastanę w nim brata. Droga na miejsce zajęła mi niespełna kwadrans. Prawie, że zeskoczyłem z motocykla i tak tornado wparowałem do budynku. - Mez! - krzyknąłem od progu, wcześniej jedynie zamykając za sobą drzwi. W odpowiedzi jedynie usłyszałem radosne szczekanie psów, a po chwili pojawiły się przy mnie. Nie dobrze. 

Dałem psom jeść, żeby mieć kilka minut spokoju. Potem nie zostało mi za wiele czasu. Pierwsze co zrobiłem to odebrałem wiadomość, która do mnie doszła, jak jeszcze byłem w szpitalu. Zamarłem na widok związanej i zakneblowanej dziewczynki. Była zupełnie naga, a poza w jaką ustawili jej drobne ciałko, była raczej jednoznaczna. Nad nią był napis: jeszcze jedna śmierć, tylko czyja? Wyczułem podstęp. Zdjęcie było zrobione pod takim kontem, bym bez większego problemu mógł rozpoznać tamto miejsce. Stary hangar za miastem, gdzie niejednokrotnie były wykonywane egzekucje. Od lat jednak stoi pusty, ale plotka o jego ścianach spływających krwią przeszły już do historii miasta. Dziewczynka miała zasłonięte oczy, ale jej ust wykrzywione w specyficznym wyrazie, mówiły mi, że płacze. Stara się zakryć jak tylko może, ale więzy jej na to nie pozwalają. Trzeba działać.

Odłożyłem telefon na blat stołu, nie blokując go nawet. Zaraz potem sięgnąłem po kartkę papieru i długopis. I teraz ta rozterka, jak przekazać własnemu bratu, że dzisiejszego ranka widzieli się po raz ostatni? Sam nie wiedziałem, więc po prostu zacząłem pisać na kartce streszczenie ostatnich kilkunastu godzin. Gdybym miał nieco więcej czasu, nakreśliłbym mu całą tą sytuację bardziej szczegółowo, ale mam nadzieję, że po tym zdawkowanym opisie, będzie wiedział o co chodzi. I najważniejsze, co ma zrobić. Zostawiłem kartkę na stole, tuż przy paczce papierosów, nie ma możliwości, żeby to przeoczył. Zacząłem się pakować, a raczej zacząłem ubierać na siebie potrzebną broń. Pistolety krótkie na udach, podwieszane przy rękach, na lędźwiach i za paskiem. Noże poupychane w każdym możliwym miejscu. Zero magazynków, zero dodatkowej amunicji. Jedynie kilka egzemplarzy broni krótkiej, broni białej i własne umiejętności. 

Już miałem kierować się w stronę wyjście, kiedy moją czujność jeszcze bardziej wzmógł szczęk klamki od drzwi frontowych. Wyszedłem na korytarz, a kiedy tylko dostrzegłem w nim brata, bez słowa mocno go przytuliłem. Był zdziwiony, ale odwzajemnił uścisk, również w milczeniu. - Uważaj na siebie, braciszku. - wyszeptałem opierając swoje czoło o jego. Zawsze tak robię, gdy się martwię, albo jestem zdenerwowany. To pomaga się się uspokoić. - W kuchni coś na ciebie czeka. - pocałowałem go w skroń i wręczyłem pistolet, który i tak trzymałem w dłoni. Mi nie będzie potrzebny, ale jemu już tak. Widziałem po jego oczach, że nie wie co się właściwie dzieje, ani o czym ja mówię. Uśmiechnąłem się jedynie smutno mierzwiąc mu włosy. Wyszedłem już bez słowa zamykając za sobą drzwi. Wsiadłem na motor i ruszyłem w odpowiednią stronę. Samobójcza śmierci, szykuj się, bo w końcu zawitam u twoich progów.

34e2682cc42c6dffd3884a7593253447.gif

Droga na obrzeża miasta zajęła mi kilka minut, na szczęście motor należy do szybkich i zwinnych środków transportu, więc nie przejmowałem się zbyt dużym ruchem na autostradzie. Po paru kilometrach zjechałem na poboczną drogę, aż w końcu dotarłem do tej, której szukałem. Była to wąska, leśna droga. Po jej wyglądzie mogłem bez problemu stwierdzić, że nie była za często używana, bowiem koleiny zdążyły już zarosnąć. Było jednak widać wygniecione ślady od opon. Czyli dobrze trafiłem. Znacznie zwolniłem uważnie rozglądając się w koło siebie i starając się wypatrzeć ewentualne niebezpieczeństwo. Albo ci ludzie są tacy głupi, że dają mi wjechać na ich teren, albo tacy mądrzy, że właśnie wprowadzają mnie w pułapkę. Czy tak, czy tak nie zbyt świetliście widzę nadchodzące wydarzenia.

W hangarze byłem jedynie raz. Na samym początku swojej kariery. Było to niejakie wprowadzenie na rewir. Może źle się wyraziłem, nazywając to coś hangarem, bowiem aktualnie wyglądało to na obrośnięty zielenią bunkier za czasów pierwszej wojny światowej. Około trzech metrów wysokości, siedemdziesiąt szerokości i dziewięćdziesiąt długości. Na te ponad sześć tysięcy metrów kwadratowych składało się skupisko pomieszczeń i wielka plątanina korytarzy. To był istny labirynt nawet dla konstruktorów. Zatrzymałem się niedaleko za linią drzew i szybko zgasiłem maszynę. Równie dobrze pewnie mogłem podjechać pod sam budynek, ale to byłoby trochę za oczywiste. A ja nie lubię postępować zgodnie z jakimiś tam schematami. Podszedłem kawałek na nogach przyglądając się budynkowi. Kilku uzbrojonych mężczyzn chodziło po dachu, pięciu było pod ścianami, z czego tylko jeden pilnował wejścia. Było też tutaj coś nowego. Wieżyczka, przypominająca do złudzenia te, które znajdują się wokół wiezienia. To był mój pierwszy cel.

Była zabudowana, a dzięki temu strażnicy z dołu, nie za bardzo mogli zobaczyć co tam się dzieje. Wspiąłem się na nią i bez problemu załatwiłem tego, który na niej stał. Skręciłem mu kark i odłożyłem na drewnianej podłodze. Przyszedł czas, na tych z dachu. Wziąłem karabin nieboszczyka. Sprawdziłem magazynek. Wziąłem głęboki oddech. Akcję czas zacząć. Wychyliłem się zza drewnianego obicia wieżyczki i pierwszych zdjąłem strażników chodzących po dachu. Ci z ziemi szybko zareagowali i zaczęli strzelać. Nie minęło może dziesięć sekund, kiedy całe pole było czyste. Zaczekałem jeszcze przez chwilę czekając, gdyby napatoczył się tu jeszcze jakiś ochotnik do odstrzału. Kiedy nic się nie działo, ruszyłem dalej. Zeskoczyłem z drewnianej konstrukcji i wszedłem do środka. Czekało już na mnie kilku oprychów. Część z nich zdjąłem za pomocą karabina, drugą część natomiast pokonałem w ręcz. 

Szedłem dalej likwidując po kolei następnych ludzi, którzy napataczali mi się pod broń, rękę, czy nóż. Przechlapane było walczyć w takich wąskich korytarza, czy pustych pomieszczeniach, w porywach wypełnionymi starymi kartonami. Nie było gdzie się ukryć. Na pewno mnie trafili, albo kule przynajmniej ocierały się o moją skórę. Nie czułem tego jednak, przez zbyt duże stężenie adrenaliny we krwi. W końcu dotarłem przed drzwi prowadzące do ostatniego z pomieszczeń. Na krótką chwilę zamarłem w bezruchu nasłuchując względnej ciszy. Od ścian odbijał się echem mój oddech, gdzieś tam świszczał wiatr dostający się do budynku przez nieszczelne okno. Za drzwiami przede mną słyszałem zaś zdławione głosy. Jeśli jej tam nie będzie, to nie wiem co zrobię. Spojrzałem jeszcze za siebie dostrzegając jedynie podłogę równo usłaną zakrwawionymi trupami. Trzeba będzie zasłonić dziewczynce oczy.

64484fe34205ad318b4b6e2d84f7ed7a.gif

Zdyszany i umazany krwią wszedłem do ostatniego pomieszczenia. Czekał tam na mnie z Alex i jakimś chłopakiem, do którego celował z broni. - I co, tego chciałeś? - zapytałem zaczepnie. - Patrzeć jak twoi ludzie są zarzynani, tylko dlatego, że zachciało ci się zarobić większą kasę. Cel nie żyje, Bruner, nie żyje, twoi ludzie nie żyją. Ty też nie żyjesz. Ale jeszcze o tym nie wiesz. - powiedziałem wręcz psychopatycznie i ruszyłem w jego stronę zmieniając pusty już magazynek. Mężczyzna przyciągnął do siebie chłopaka i przycisnął mu lufę do skroni. - Ani kroku, bo pożegnasz się z bratem. - odparł pewnie, a ja zacząłem się śmiać jak jakiś wariat. Szybko jednak się uspokoiłem. - Strzelaj, co mi tak. Nawet to kurwa nie jest mój brat. Jest bezpieczny i nie uda wam się go zaleźć. - prychnąłem. - Ale ona jest jak najbardziej prawdziwa. - chłopaka odepchnął i tym razem wycelował w dziewczynę. Jednak nie zdążył zrobić sobie z niej żywej tarczy. Wystrzeliłem do niego trzykrotnie. Wszystkie kule trafiły w brzuch. Mężczyzna upadł trzymając się za krwawiący bebech. Podszedłem do niego, cały czas trzymając jego łysy łeb na muszce. Odsunąłem Alex odgradzając ją od niego. Przyklęknąłem i przycisnąłem lufę pistoletu do skroni faceta. - Wiesz jaka jest różnica między nami Bruner? - pociągnąłem za spust. Kula przeszła na wylot, a bezwładne ciało opadło na beton. - Że ja się nie waham w kluczowym momencie. - dokończyłem prostując się. - Alex, kochana, wszystko w porządku? - odwróciłem się momentalnie w jej stronę.

Przyległa do moich nóg, a ja ponownie przyklęknąłem i przytuliłem ją mocno. - Cii, nie płacz, już jesteś bezpieczna. - pocieszałem ją gładząc jej główkę dłonią, to za duże przeżycie jak na jej młodziutki wiek. - Aa co ze mną? - zapytał głos za nami. No tak, pozostała jeszcze kiczowata podróbka Meza... Odwróciłem głowę w jego stronę. I co ja mam z tobą począć... W końcu z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem kluczyki do samochodu, które zabrałem jednemu z ochroniarzy. - Zaraz przed wejściem stoi granatowy samochód, zabierz go i wyjedź jak najdalej stąd. Zacznij od nowa. Inaczej cię znajdę i uznam za współwinnego...- warknąłem i znów odwróciłem głowę w stronę dziewczynki, która cicho łkała w moje ramię. Wyszedł. - Chodź Maleńka, twój tata wystarczająco się o ciebie martwi. - wstałem biorąc ją na ręce. I na nas już jest pora, bo pewnie już ktoś zdążył zawiadomić odpowiednie służby. Wyszedłem z dziewczynką na rękach i udałem się w stronę, gdzie zaparkowałem swój motocykl. Może to nie jest najbezpieczniejszy środek transportu, ale na takie zagrania, najszybszy.

Postawiłem Alex przy maszynie. - Posłuchaj. Zaraz pojedziemy bardzo szybko i może być trochę głośno. Po prostu trzymaj się mocno, a jak będziesz się bać zamknij oczka. Lada moment będziemy na miejscu. - pocałowałem ją w czoło i pogładziłem po głowie. - Byłaś dzisiaj bardzo dzielna... - uśmiechnąłem się nieznacznie i zacząłem ją ubierać. Oddałem jej swój kask, trochę go podregulowałem, żeby chociaż trochę pasował i pomogłem ubrać jej swoją skórzaną, o wiele na nią za dużą, kurtkę. Usiadłem na motor, sadzając ją przed sobą, tak będzie bezpiecznie. Odpaliłem maszynę i jak ruszyłem jadąc jak najszybciej tylko mogłem, by zabrać ją z tego miejsca. Na leśnej drodze minąłem samochód, w którym uciekał 'Mezo'. Dalej wyjechałem na boczną drogę, by zaraz potem znaleźć się na drodze szybkiego ruchu. Daleko nie miałem do domu Michaela, więc zjechałem na pierwszym zjeździe. Jeszcze kilka minut i byliśmy na miejscu.

W szarawym świetle wieczora dostrzegłem Michaela nerwowo chodzącego po podjeździe w tę i z powrotem oraz o dziwo Meza, który tylko stał z założonymi rękami. Nie podjechałem zbyt daleko. Zatrzymałem się tuż za bramą. Postawiłem dziewczynkę na ziemi i zdjąłem kask. - Leć do taty - odparłem lekko się uśmiechając. Alex, w mojej za dużej kurtce, wbiegła w ramiona taty i bardzo mocno go przytuliła. Nie zsiadłem z motoru. Nie chciałem przeszkadzać, nie oczekiwałem również niczego w zamian. Nie chciałem usłyszeć podziękowań, ani nic z tych rzeczy. To przeze mnie porwano jego córkę i to ja powinienem ją odbić tak też zrobiłem. Kiedy Michael witał się z córką podszedł do mnie Mezo. - Wyglądasz strasznie. Jesteś ranny? - powiedział, ale mimo wszystko przytulił mnie mocno. - Dobrze, że żyjesz. - powiedział, a ja równie mocno odwzajemniłem uścisk. - To nie moja krew - 'chyba' dodałem w myślach. - Wracany już...mam serdecznie dość tego dnia... - odparłem podając bratu kask.

b1df0c0334385af2286e8d9dd6727e28.jpg     c7ea9303ff289cd0f8dd162e531c4464.jpg     351e72411d400b6bc4ed9aebf503a5ce.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━