JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Spojrzenie, którym ojciec obdarza swoją córkę, jest bardzo specyficzne. Różni się ono od tego, które kieruje do swojego syna, to się zmienia, wraz jak on rośnie. Córka jest dla ojca oczkiem w głowie, księżniczką, nigdy nie skalaną, idealną, nie zależnie co będzie robić, ani mówić. Ojciec będzie płakał razem z nią, śmiać się, pić udawaną herbatkę na dywanie, przy niewielkim, plastikowym, różowym stoliczku, w przebraniu księżniczki, z pomalowanymi na różowo paznokciami i ustami tylko dlatego, że ich księżniczka ich o to ładnie poprosiła. Kupi wielkie lody, choć wie, że i tak ich nie zje. Zabierze na basen, mimo, że jeszcze nie potrafi pływać. Nauczy jeździć konno i pojedzie tylko po to na drugą stronę wyspy. Właśnie tak patrzyła Michael na swoją córkę. Było widać, że dla niej i dla jej bezpieczeństwa jest poświęcić zupełnie wszystko. Zupełnie inaczej patrzy ojciec na swojego syna. Jak tylko zacznie chodzić i coś więcej rozumieć, rodzic szkoli go na posadę głowy rodziny, albo tak jak w moim przypadku gnoi i wmawia, że jest się nikim do momentu, aż dziecko uwierzy w to do tego stopnia, że będzie chciało ze sobą skończyć, by zrobić na tym cholernym świecie miejsce, dla kogoś lepszego od nich. Ze staniu lekkiego letargu i zamyślenia wyrwał mnie głos Michaela, przyjmującego moją propozycję. Pokiwałem głową i wyszedłem z jego gabinetu. Zanim jeszcze się rozdzieliliśmy, szybko rozejrzałem się po korytarzu sprawdzając ustawienie kamer. Standardowe, bez większego problemu je obejdę. W końcu się rozdzieliliśmy. Michael z córką poszli w stronę wind, ja natomiast w przeciwną, w stronę schodów. W mgnieniu oka znalazłem się na ostatnim piętrze budynku. Lekko bajerując jedną z pracownic, namówiłem ją na wpuszczenie mnie na dach. Pretekstem oczywiście była potrzeba zapalenia. Później wszystko poszło gładko. Ominąłem jeszcze strażników, którzy na moje szczęście zajmowali się nad wyraz narwanym jegomościem. Po drodze odpaliłem papierosa, a idąc swoimi ścieżkami, niczym kot, w mgnieniu oka znalazłem się przy samochodzie. Oparłem się o niego i pozostało mi jedynie czekać. Zbyt wiele to nie potrwało. Widząc ich z daleka mocno się zaciągnąłem kończąc papierosa. Rzuciłem niedopałek na asfalt i zgniotłem go butem. Chwile później mała przylepa, już przytulała się do moich nóg, patrząc na mnie wielkimi, kocimi oczami. - Nie, dosłownie chwilę. - odparłem, po czym bez większych trudów wziąłem małą na ręce i posadziłem na tylnym siedzeniu samochodu. Posłałem jej lekki uśmiech i zamknąłem drzwi.

W końcu ruszyłem, jechałem zgodnie z instrukcjami mężczyzny, chociaż nie było mi to zbytnio potrzebne. Doskonale wiedziałem, gdzie mieszka. W końcu już nie raz robiłem Peterowi za kierowcę. Na wskazanie domu jedynie skinąłem głową i zaparkowałem na podjeździe. Oczywiście skorzystałem też z zaproszenia do środka. Nie liczyłem na konfrontację z jego siostrą, ale bardziej na coś, co pomoże mi ja poskromić i przemówić w jakiś sposób do rozsądku. Niestety, chodzący wrzód na dupie postanowił pojawić się na parterze. Włosy momentalnie zjeżyły mi się na karku, a kiedy dotknęła mojego karku chłodnymi opuszkami palców, mięśnie mi się napięły, jakby już chciały zaatakować. Lauren jednak burknęła coś pod nosem i zniknęła na piętrze. Dopiero w tedy dałem sobie na wstrzymanie. Choć było to dość trudne, ale stwierdziłem, że nie będę robił Michaelowi niepotrzebnego bałaganu w domu. Ostatecznie po paru minutach byliśmy ponownie w samochodzie. Tym razem by zrobić tak błahą rzecz, że aż w pewnym stopniu nawet nienaturalną, czyli wypicie drinka...albo zalanie się w trzy dupy, tak, że nie wie się jak brzmi własne imię. Co kto lubi, tylko cholera jestem samochodem. Nie przemyślałem tego. A tam, pieprzyć. Bez prawa jazdy też można jeździć. I tak prowadzę takie życie jak prowadzę, więc jedno takie wykroczenie w tą, czy w tą większej różnicy mi nie zrobi. Zaparkowałem pod jednym z moich ulubionych barów, a po chwili siedzieliśmy już przy blacie i czekaliśmy na swoje drinki. Kiedy się w końcu ich doczekaliśmy z radością upiłem porządny haust cieczy, o krystalicznie miodowym zabarwieniu.Oczywiście cała ta sytuacja nie mogła obyć się bez rozmowy. Na szczęście jej trudniejsza część, mogła trochę poczekać, niestety nie za długo. - Ja tam nie wiem. Nie znam się na 'guście do facetów' - odparłem z tonem żartującego, choć na mojej twarzy pojawił się ledwie zaczątek uśmiechu. - I mieli rację. Mam teraz sceptyczne podejście do życia. Wystarczy, że dostanę na kogoś zlecenie, patrzę na nazwisko, do kogo mam strzelać i cenę, czy mi się w ogóle opłaca strzelać. Nie zadaję pytań. - wzruszyłem ramionami. - Więc, jak następnym razem mnie zobaczysz jak będę szedł w twoją stronę to się zastanów dwa razy, czy nie warto by było zacząć uciekać. - posłałem mu krzywy uśmiech i upiłem kolejny łyk mocnego trunku.

Słuchałem o czym mówił i jak to mówił. Zacząłem się źle czuć z powodu, że ja znam powód ich wiecznych sprzeczek, ja - przyjaciel, a Michael - członek rodziny, nie. - Najpierw kłócili się przeze mnie. Lauren oskarżała go, że woli spędzać czas ze mną niż z nią. Kiedy postanowiłem zniknąć z ich życia, a konkretniej z jej, zaczęła coś podejrzewać. Pewnej nocy podsłuchała naszą rozmowę telefoniczną i od tego czasu kłócili się o to. - odparłem, a po chwili westchnąłem i dodałem. - Mam wrażenie, że rujnuję życie większej ilości osób niżbym chciał i niż by to było potrzebne. - wypiłem zawartość szklanki do końca. Raczej byłem oszczędny w słowach, więc jeśli chciałby dowiedzieć się ode mnie czegoś więcej, będzie musiał pytać. Inaczej, nie dowie się wszystkiego. Wracając. To było coś więcej niż od takie wrażenie. Ja byłem tego w pełni świadomy, a co gorsza nic sobie z tego nie robiłem. Wszyscy ci, którym zależało na mnie, a mi na nich już od dawna nie żyją, albo ich czas jest już policzony i bezustannie przyspiesza, aż w najmniej oczekiwanym momencie się zatrzyma. A tej osobie w oczach wyryje się moja twarz, jako tego winnego końca ich egzystencji. Dlatego boje się o brata i to cholernie. Gdyby ktoś chciał mnie podejść wystarczy, że zastraszą Meza, puszczą nieprawdziwą plotkę, że jest porwany, wystarczy cokolwiek, bym całkowicie przestał myśleć realnie. Mój mózg się wyłącza i zaczynam działać impulsywnie, a w tedy staję się łatwym celem. Zupełnie jak ten facet w cyrku przyczepiony do ogromnej tarczy. Z tą różnicą, że on co raz wychodzi z tego bez szwanku, mnie musieliby znosić. Albo zostawiliby, bym zgnił. Dla nich nie byłaby to jakaś większa różnica. - Pod koniec tego wszystkiego ponownie się pokłócili, tym razem o to, że zaczął zachowywać się dziwnie, inaczej niż zwykle. Pamiętam, jak opowiadał mi, jak wyszedł z waszego domu i trzasnął drzwiami. Cholernie tego żałował. - przed oczami stanęła mi jego twarz. Niestety była zamazana. Nie pamiętam już zbyt dokładnie jego twarzy. Wiem, że miał jasnobrązowe włosy, bladą cerę, nie jestem pewny tylko koloru jego oczu, pamiętam jedynie, że potrafiły przekonać mnie do wszystkiego. I to było moim przekleństwem. - W ostatnią noc kazałem mu pójść do Lauren, przeprosić ją, zacząć wszystko od nowa i nie pieprzyć się w gangsterskie życie tak jak ja, bo w przeciwieństwie do mnie ten cep miał wybór. Oczywiście nie posłuchał...wiesz co było dalej. Po akcji wszyscy udaliśmy się do swoich kryjówek. Laurem zapłakana znalazła mnie zakrwawionego w mojej i Petera. Pamiętam, że płakała przy mnie, krzyczała, ale mój mózg nie zakodował już wiele z tamtej nocy. - w końcu spojrzałem na swojego towarzysza, który w przeciwieństwie do mnie, wbijał w moją twarz lustrujące spojrzenie. - Gdybym wiedział, że zginie, przykułbym go do kaloryfera w bazie, cokolwiek. Ba, nie rozpocząłbym tej akcji. A tak to zginęło wielu świetnych ludzi. Chociaż dla opinii publicznej to i tak były ścierwa z marginesu społecznego. - westchnąłem na koniec swojego wywodu, ciągle bawiąc się pustą szklanką. - Ja nie uczę pokory, Michael. Uważaj o co prosisz i na co komu pozwalasz. Nie chcę skrzywdzić Twojej siostry i mało mi na tym zależy. Chce, żeby się odwaliła, bo nachodzi mnie ochota nakierować pocisk w jej, zamiast w głowę celu. Więc albo ją zabiję, albo wyślę do szpitala. - zamilkłem. Aż dziwne, że stałem się taki gadatliwy. Ehh...przydałoby się w końcu przymknąć.

Jak zawsze kiedy jestem w barze ktoś musi się do mnie przypieprzyć. Głównie to trochę pobajerowałem, najwyżej postawiłem drinka, a potem przedstawicielka płci pięknej, która widziała, że jednak nie jestem skry do szybkich numerków, czy czegokolwiek innego po prostu odchodziła. To był przypadek z ładną dziewczyną i z taką, która nie wygląda jakby właśnie wpieprzyła się w świeżo pomalowaną na pomarańczowo ścianę. Ten przypadek zdecydowanie należał do tej drugiej grupy. Jak więc charakter i może miała ładny, ale z twarzy...to robota dla wiedźmina. Jednak skoro Michael wziął się za konwersację, ja jedynie raz po raz upijałem kolejne łyki drinka. Zobaczymy jak sobie poradzi sam. Zignorowałem jego proszące spojrzenie wypijając resztę zawartości ciężkiej szklanki. To był błąd. Kiedy zaczął mówić, na spokojnie przysłuchiwałem się jego słowom...do czasu. W jednym momencie z barmanem zakrztusiłem się własną śliną. No oczywiście, jeszcze mnie wrabiaj koleś. Kiedy na mnie spojrzał usta powstrzymywały śmiech, ale spojrzenie mówiło 'zabiję cię za to kiedyś'. - Oczywiście kochanie. - odwróciłem dłoń splatając nasze palce. Nie raz grałem geja, bi, a i nawet dominatora w swoich akcjach, więc co mi tam. Wprawę mam. Każdy gej mi to mówi. Chociaż nie wiem czy nie powinienem zacząć obawiać się o woje tyły, kiedy każdy homo do mnie zarywał. Ba, nawet nawróciłem kilka homo dziewczyn. Czekaj, czekaj, że co kurwa? Jaki bóg? Te Michael, ja nie wiem co ty tam bierzesz w tym szpitali po godzinach, ale weź mi trochę odpal. Mam różne dziwne pomysły, ale na to, to bym za cholerę nie wpadł. Dobra koleś, punkt dla ciebie. Nawet przekabaciłeś barmana. Nieźle. Skinieniem głowy, z szerokim uśmiechem podziękowałem barmanowi za kolejkę. Podniosłem nieznacznie kieliszek, żeby wznieść niewielki toast. - Za boga Planeoida i za bzykanko. - zaśmiałem się stukając o kieliszek mężczyzny. Przechyliłem go wypijając na raz całą zawartość. Sądziłem, że na tym skończą się dziwne sytuacje i będziemy już mogli na spokojnie porozmawiać. W tym stanie niewiedzy spędziłem jeszcze dobrą godzinę, zanim do baru nie weszli dwaj mundurowi, tylko nie w cywilu. Usiedli przy nas, jakby na starcie chcieli powiedzieć, że nie możemy uciec. Nie ze mną te numery Bruner. Jeszcze się przekonamy. 

Początkowo jakby nie zwracali na nas uwagi. Jedynie zamówili po piwie, bo niby już kończą służbę, jednak giwery w pochwach odbezpieczone i odpięte. Zastukałem palcami o blat przy pustej szklance. Na ten znak w momencie pojawił się przy mnie znajomy barman. - W czym mogę pomóc? Czegoś dolewamy? - zapytał, a ja skierowałem dyskretnie spojrzenie na policjanta siedzącego przy mnie. - W zasadzie to tak. - odparłem po chwili dodałem przesuwając szklankę w stronę barmana. - Whisky Macallan, najlepiej rocznik 25, dostanę może? - zapytałem lekko przy tym kiwając głową. - Niestety nie, mało kto chciałby pić takie trunki w tym barze. Nawet na zapleczu nie mam. - powiedział kręcąc głową. - Więc dwa razy to samo, poproszę. - powiedziałem tym razem kierując spojrzenie na Michaela, który zdecydowanie był zdezorientowany tą wymianą zdań. Nie dziwię się, mało kto zna rozmowy-szyfry niektórych duetów. Barman zabrał nasze szklaki, a po uzupełnieniu ich odstawił łącznie z jasnymi serwetkami. Dyskretnie tyrpnąłem mężczyznę siedzącego koło mnie i nieznacznym ruchem głowy na szklankę, a konkretniej na serwetkę pod nią. Zrozumiał o co mi chodzi. Podniósł szklankę i przeczytał co jest napisane na serwetce. 'Nie ruszaj się', jego pytające spojrzenie mówiło jedno. Nie wiedział co się dziej. Sam nie wiem, czy to dobrze czy źle, jak na razie bardziej przejmuję się dwoma glinami siedzącymi przy nas. Przeciągnąłem się jakby od niechcenia zaplatając ręce za plecami. Ostrożnie wysunąłem nóż i odbezpieczyłem broń, tak na wszelki wypadek. - To co Brain, my się będziemy zmywać. - powiedziałem w stronę Michaela. Udając, że wyciągam pieniądze z kieszeni i rzucam je na blat, zwinnie wbiłem nóż w mankiet koszuli policjanta, który siedział najbliżej mnie. Tak jak się spodziewałem sięgnął po broń, ja jednak byłem szybszy. Lewą ręką puściłem nóż i wyjąłem jego broń z kabury, w tym samym czasie prawą odsunąłem Michaela razem z krzesłem. Od tamtego momentu wszystko działo się bardzo szybko. Nikt nie ucierpiał...no chyba, że mowa o tych dwóch policjantach leżących na podłodze z chwilowym brakiem świadomości. Szybko wrócą do siebie. Oby nie za szybko. Zabrałem to co moje i schowałem. Potem zapłaciłem za nasze drinki. - Możemy? - zapytałem na wpół retorycznie ruchem głowy wskazując drzwi wyjściowe do lokalu, a spojrzeniem lustrując zmieszanego mężczyznę całą tą sytuacją. W końcu wyszliśmy z baru, a pierwsze co zrobiłem to odpaliłem papierosa. - Jak widać ciągle mnie szukają. - odparłem zaciągając się dymem z papierosa. Spojrzałem na zegarek. Było już grubo po północy. - Podrzucić cię do domu? Bo tej nocy, już raczej nie będzie bezpiecznie na mieście. - zaproponowałem zatrzymując się przy barierkach nieopodal wejścia do lokalu.

62210a48d6f0f7df138810892bea63f0.png     bb5391f249ff0deadb311b2a0394a323.jpg     900b0972316a220591e6cc9c6a63b6fc.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━