𝐈𝐍𝐓𝐎 𝐓𝐇𝐄 𝐔𝐍𝐊𝐍𝐎𝐖𝐍
𝐏𝐀𝐑𝐓 𝐈𝐈𝐈
Klacz o ciemnym umaszczeniu wolnym kopytem przekroczyła wrota Czarnego Zamku. Skrzekot rozległ się po ceglastych murach przyozdobionych cienką warstwą śniegu, przykuwając uwagę odzianych w czerń braci. Przeszywający na wskroś mróz w nieszczęśliwym połączeniu z długą podróżą odcisnąłby piętno na każdej żywej istocie. Pochodzącemu z Wyspy Niedźwiedziej rycerzowi, wichry Północy nie były obce. Rodzima ziemia znajdowała się w Zatoce Lodowej. Pamiętał obrastające ją sękate dęby, dzikie mchy, kwitnące ciernie oraz stromość wzgórz i strumieni. Wygnanie przyzwyczaiło mężczyznę do ciepłodajnych, złocistych promieni słońca, karmiących Pentos każdego poranka. Rycerz nie uchodził za człowieka głęboko religijnego. Wiara w starych bogów sięgała początków Ery Świtu, gdy jeszcze żadna z ludzkich istot nie stąpała po ówczesnej ziemi. Dzieci lasu oddawały cześć bezimiennym bogom - niezliczonym władcom leśnych potoków, drzew i kamieni. Wierzono w rzeźbienie twarzy w czardrzewach o czerwonych liściach. W tenże sposób dzieci ofiarowywały swym bogom oczy, aby mogli ujrzeć tych, którzy oddawali im cześć. Tkwiąc pośrodku skutego lodem placu, pośród odzianych w nocną czerń braci, Jorah modlił się do starych bogów o pomyślność.
—— Szukamy schronienia. Jesteśmy wygnańcami z dalekich stron. Nie przysporzymy wam kłopotów. —— zapewnił, dostrzegając podejrzliwy wzrok młodego mężczyzny lustrujący niewiastę. Zapewne uznał rycerza za porywacza bądź gwałciciela. Lord Dowódca zbliżył się ku dziewczynie, na co ten poruszył się niespokojnie. Nerwy samoistnie zagrały na czubkach otępiałych palców, zaś brwi zmarszczył podejrzliwie, zauważając oniemiałość bękarta. Czyżby wieść o ostatniej żyjącej z Targaryenów dotarła aż pod sam Mur? Nie, to niemożliwe. Priorytetem Nocnej Straży była warta, nie gry o tron. Jorah nie mylił się, jednak poczucie obawy pozostało. Zdałby na utratę głowy zarówno khaleesi, jak i samego siebie.
Cienka chusta przysłaniająca twarz Daenerys tańczyła niespokojnie pośród mroźnego wichru, ukazując niespotykany kolor jej jasnofioletowych tęczówek. Sztywno wyprostowana, wolno przesunęła spojrzeniem, na wprost twarzy nieznajomego. Okazał się wysokim młodzieńcem. Zważając na stanowisko Lorda Dowódcy, spodziewała się napiętnowanego wiekiem starca. Jego dolna warga zadrżała, gdy nawiązali kontakt wzrokowy. Nie umknęło to uwadze dziewczyny. Osłabiona, nie potrafiła wykrzesać z siebie iskry reakcji. Fiołkowe oczy przyozdobione gęstym puklem rzęs zdawały się tonąć w martwej otchłani uczuć. Po raz kolejny wybór został podjęty za nią. Ser Jorah uprowadził ją z ramion khalasaru, wykorzystując jeden z najgorszych księżyców jej krótkiego życia. Była zbyt wystraszona i zmęczona, by podjąć się walki czy chociażby próby ucieczki. Nieprzytomna, nie miała na to szans, zaś po przebudzeniu znajdowała się pośrodku Zatoki Fok, pozostając na drodze bez wyjścia. Nie potrafiła kłamać, lecz w tymże momencie strach zamarzł pod osłoną północnego wichru.
Życie Dany nigdy nie było usłane pąkami wielokolorowych róż, obawiała się śmierci. Zwykła śnić o wspaniałej przyszłości, krocząc w jedwabistej sukni, wyszywanej czystym srebrem, a jej długie krańce zbierały za sobą żniwa w postaci przepięknej kwiecistości, błogosławiąc hojnością pozostawione za nią ścieżki. Śniła o wyzwalaniu skutych nieprawym łańcuchem ludzi. Pogrążonych w żałobie wdów oraz niewinnych dzieci, których usta nigdy nie zaznały smaku chleba. Tworzyła wizję, w których to staję się kobietą silną, wyzwoloną z pragnień i rozkazów innych. Godną samodzielnych wyborów. W rzeczywistości samotność zdawała się przynosić Daenerys upragniony spokój, którego nadejście zdawało się graniczyć z cudem. Sztywniała pod wpływem ludzkiego dotyku, bowiem nigdy nie czyniono tego z szacunkiem.
Północny wiatr przybrał na sile. Czarni bracia pozostali niewzruszeni, zaś Dany czuła jak kostnieje. Jakoby lód w swawolnych krokach ognistego tańca, gasił tlący się w niej płomień życia. Ostrza mrozu przestały boleśnie ciąć zaróżowione policzki, zaczynając tworzyć zgrany duet w odmętach chłodu. Obraz przed oczyma długowłosej drgnął niespokojnie, a ona wyczuła jedynie dłonie przytrzymujące jej zziębnięte ciało. Pod wpływem obcego dotyku zesztywniała jeszcze bardziej. Warga niespokojnie zadrżała, zaś powieki przymknęła mimo swej woli, powierzając los w nieufnych dłoniach rycerza oraz bękarta.
—— Dziękujemy, Lordzie Dowódco. Twa dobroć nie zostanie obojętna w oczach starych bogów. —— odrzekł Jorah, zsiadając z końskiego grzbietu, uchylił głowę w kierunku dowódcy. Przemilczał kwestię nieistniejącego małżeństwa, bardziej zamartwiał go stan dziewczyny. Oddał jedynie miecz w dłonie jednego z braci i posłał konie na spoczynek do tutejszej stajni, ostatecznie zaś udał się za dowódcą Nocnej Straży, przytrzymując w talii drobne ciało kobiety.
Przeznaczona dla dwójki wędrowców komnata opływała upragnionym ciepłem, a każda z zapalonych świec rzucała złocisty blask, rozświetlając zaciemnione zakamarki. Łoże wykonane z ciemnego drewna starannie okryte grubym futrem, ozdabiało środek pomieszczenia. Gorąca strawa oraz rozpalony w niewielkim kominku ogień oczekiwał na tajemniczych przybyszy. Para unosząca się znad zupy wypełniała komnatę domowym zapachem.
Podczas, gdy długowłosa ogrzewała stopy w kuble gorącej wody, opatulona grubą ilością wełny, mężczyzna zajął się posłaniem własnego miejsca spoczynku na podłodze. Choć łoże sporych rozmiarów pomieściłoby domniemane małżeństwo, nie potrzebowano dodatkowych słów, by Jorah wiedział, że żaden rodzaj bliskości pomiędzy nimi nie był dopuszczalny.
—— Pozwól, że sprawdzę czyś nie odmroziła sobie palców. —— rzekł, odkładając okrycie wierzchnie i ostrożnie podszedł bliżej niewiasty. Obdarzyła go wycieńczonym spojrzeniem, a drobne ramiona przestały drżeć. Ciepłe jadło oraz para unosząca się sponad wody dostarczyła niegdyś srebrnowłosej nowy oddech życia. Jednak, gdy powracała myślami do spławionego w słońcu Pentos, niewielki płomień zagrzewał miejsca nawet w jej jasnych tęczówkach. Nie posiadała miejsca, które mogłaby nazwać domem, a z pewnością nie było nim jedno z najludniejszych Wolnych Miast. Tęskniła jedynie za baśniowymi widokami; za morską bryzą przynoszącą jej poczucie złudnej wolności. Delikatnym ruchem głowy, wyraziła zgodę na prośbę Joraha. W tym czasie pozwoliła sobie na zatracenie spojrzenia w ogniu; iskrach tańczących pośród zwęglonego drewna, hipnotyzowały ją. Przyrównała je do ptasiego pierza, unoszącego się pośród liściastych drzew, komponującego się z powiewem ciepłego wiatru. W podzięce zamyśleniu nie zwróciła uwagi na powolną utratę czucia w stopach. Nigdy bowiem nie miała do czynienia z odmrożeniem. Jasnowłosy wiedział jednak, że pęcherz wypełniony krwistym płynem oraz bladosiny kolor skóry nie wróży niczego dobrego. Ostatecznie owinął je w cienki materiał, nie chcąc przysporzyć zmartwień dziewczynie. Strach w jej oczach wyrażał więcej, niż pragnął wiedzieć. Zbliżała się ciemność, a wraz z nią śnieżna zamieć, dlatego postanowił poprosić o radę następnego dnia.
Rycerz spędził ów noc na drewnianych deskach. Opatulony wełnianymi kocami, nie śmiał narzekać. Darzył Daenerys szacunkiem i nie chciał naruszać jej prywatności. Nie śmiałby, zważając na bujną przeszłość. Długowłosa odpoczywała do wczesnego południa. Sen pomógł w zebraniu sił oraz rozgrzaniu wciąż zdrętwiałych kończyn. Tuż po przebudzeniu dostrzegła towarzysza przy jednym z kamiennych okien. Styl budowy oraz wystrój wnętrza był smętny i zimny jak Północ. Nie przypadł do gustu Daenerys. W jej oczach wszystko dookoła zatracało życie, jakby Mur dokonywał żniw w postaci ostatnich tchnień. Kryła jednak w sobie wdzięczność, jednocześnie podziw ku ludziom Północy, w szczególności ku braciom Nocnej Straży. Samodzielnie nie przetrwałaby nocy. Uniosła ciało ku górze, odczuwając nieprzyjemne drętwienie w okolicach dolnych kończyn. Ostatecznie postanowiła je zignorować. Wykrzywiła jedynie usta w niewielkim grymasie, wysłuchując słów Mormonta.
—— Śnieżne wichry nie ustępują, khaleesi. —— spostrzegł, przenosząc spojrzenie na sztucznie przyciemnione kosmyki jej długich włosów. Za kilka dni srebrzystość weźmie siłę nad czernią. —— Będę zmuszony poprosić o schron na jeszcze jedną noc... Jestem pewien, że Baratheon polecił wysłannika po twą głowę do Essos. Wścieknie się, jeśli jej nie dostanie. —— pokręcił głową, przypominając sobie z jaką pogardą oraz niełaską w głosie mówił o Targaryenach. Pluł z jadem i niesmakiem. —— Nie możesz odzywać się do nikogo poza mną, zrozumiano? Jeśli chcesz przetrwać musisz mnie słuchać, dziewczyno. —— posłusznie przytaknęła głową. W końcu nie miała innego wyjścia.
—— Gdzie skrzynia? Co z nią zrobiłeś? —— odezwała się nagle, tonem słabszym niż przypuszczała. Niespokojnie zsunęła nogi z okutego ciemnym drewnem łóżka. Znajdujące się w cedrowej skrzyni skamieniałe, smocze jaja uznawała za najcenniejszy dar swego życia. Przeczuwała, że ów ślubny podarek posiadał wyjątkową wartość, a co najważniejsze przypominał jej o utęsknionym cieple. Obawiała się, że skamielina zamarznie pod wpływem tutejszych wiatrów. Wszystko potrzebowało ciepła, by przeżyć. Gwałtowny ruch przyniósł dziewczynie przeszywający ból, pulsujący, tuż nad kostkami u nóg, których stopy owinięte były w cienki, jasny materiał, teraz gdzieniegdzie przesiąknięty krwią dziewczyny.
—— W stajni wraz z końmi. Udam się po nią. —— po tych słowach, opuścił wnętrze komnaty napotykając w progu Lorda Dowódcę. Zapewne zainteresowało go ich przybycie. Wierzył jednak, że khaleesi zna cenę każdego, nieostrożnego ruchu.
—— Lordzie. —— skinął głową w jego kierunku. —— Darzymy ciebie oraz twoich braci dozgonną wdzięcznością. Zbłądziliśmy. Nie przetrwalibyśmy nocy w czasie takiej zawieruchy. —— wyznał szczerze. —— Nie znam się na lecznictwie, lecz stan mej towarzyszki nie jest najlepszy... W zapłacie mogę ofiarować miedziaki. —— dodał, odwracając przelotnie wzrok w stronę dziewczyny. —— Pozwól, Lordzie, że zejdę do waszych stajni po jedną z rzeczy, z którą przybyliśmy. —— opuścił ponownie swą głowę na odejście, osamotniając długowłosą w komnacie. Daenerys pozostawiła wzrok opuszczony, obawiając się, że mężczyzna zdoła wyczytać strach kryjący się w jasnofioletowych tęczówkach. Podobnie, jak niemalże uczynił to dnia wcześniejszego. Choć kłamstwo wpajano jej przez większość życia, nigdy nie nauczyła się nim posługiwać. Brzydziła się fałszem, który niegdyś zdawał się być jedyną i najżałośniejszą bronią Viserysa. Karmił się łgarstwem, a potęgę starał się wybudować na obłudzie popędzanej ludzką krzywdą. Przełknęła wolno ślinę, niespokojnie poruszając się, przez co ciemne kosmyki włosów przysłoniły jej twarz. Powinna się skłonić? Podziękować? Co, jeśli tkwiła o krok od czyhającej na nią śmierci? Serce nerwowo przyspieszyło swe bicie.
—— Lordzie... —— przemówiła, osuwając owinięte stopy ku chłodnej posadzce. Stłumiony dźwięk bólu opuścił usta niewiasty, zaś równie szybko uchwyciła się drewnianej poręczy łoża, nie pozwalając na upadek. Ciasno zacisnęła dłoń, przez chwilę otępiale wpatrując się w iskry ognia. Mróz pozbawił jej czucia, wykrzywiając w bok posiniaczone kostki, tym samym nie pozwalając na podniesienie się z miejsca. Obdarzyła przybyłego pokornym spojrzeniem, łudząc się, iż nie umniejsza swą postawą jego tytułowi.
