JustPaste.it

Wyobraź sobie, że budzisz się, jest rano piękny dzień, słońce świeci, ptaszki śpiewają, a twoja ukochana poduszka ci przeszkadza. Poprawiasz ją i  jest okej. Potem przeszkadzają ci trzaskające się, niedomknięte drzwi. To jeszcze da się zignorować. Leżysz sobie wygodnie dalej i....szlag cie jasny trafia i krew zalewa. Mucha wleciała do pokoju. Są czasami takie dni, kiedy człowiek się budzi i denerwuje się nawet na czystą szklankę, bo okazała się być zbyt czysta. No okej, może trochę przekoloryzowałem, ale tak jest. Jeden z takich dni, w którego trakcie lepiej ze mną nie zaczynać, nic do mnie nie mówić, nie patrzeć, a najlepiej omijać szerokim łukiem, bo grozi to natychmiastową śmiercią w męczarniach i wylądowaniem w najgłębszej części piekła...przypada właśnie dziś. 

Wstałem. Najbardziej zwalony dzień czas zacząć. Otworzyłem okno, żeby do pokoju wpadło trochę porannego powietrza i od razu skierowałem się do łazienki. Głośnym trzaśnięciem drzwiami ostrzegłem pokojówkę o moim nastroju. Przez te cztery lata już zdołała się nauczyć o co w tedy chodzi. Wziąłem szybki zimny prysznic, ubrałem się i zszedłem na parter zjeść jakieś szybkie śniadanie. Przechodząc koło zegara spojrzałem na ustawienie jego wskazówek, pokazywały niecały kwadrans przed dziesiątą. Zrobiłem sobie kanapki i w mgnieniu oka zniknęły z talerza. Nie miałem nastroju, żeby po sobie posprzątać jak to miałem robić w zwyczaju, więc pozostawiając wszystko na blacie wróciłem do pokoju. Pozabierałem swoje rzeczy. Ponownie wychodząc sięgnąłem jeszcze po broń, berettę 92. Zszedłem po schodach przeładowując ją, a pożegnałem się standardowym trzaśnięciem drzwiami. Postanowiłem pójść na strzelnice, nic tak nie poprawia humoru jak podziurawiony manekin czy tarcza. Założyłem słuchawki ustawiając głośno muzykę i jak postanowiłem tak zrobiłem. Wsiadłem na ścigacza i nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na ograniczenia prędkości, czy znaki, pojechałem do najbliższej strzelnicy. Pięćdziesiąt kilometrów od mojego domu. Pomijam już zupełnie fakt, że najbliższa ze strzelnic jest w mieście. To jest na prawdę drobny szczegół. 

Na miejscu byłem po jedenastej. Wystrzelałem kilkanaście magazynków prawie rozrywając tarczę. Kiedy mi przeszło strzelanie, zapłaciłem i odjechałem w jakiśkolwiek kierunek bliżej nieokreślony. Na pewno nie byłem na drodze powrotnej, wręcz przeciwnie. Zbliżała się czternasta. Brzuch odgrywając swoją pieśń godową wielorybów przypomniał mi o swoim istnieniu, tak też wylądowałem w przydrożnej karczmie na obiedzie. Po dość smacznym posiłku postanowiłem wracać mając już w głowie jakiś plan spędzenia dzisiejszego wieczoru. Dość twórczy plan. 

Wróciłem, w domu byłem gdzieś po czwartej. Zasygnalizowałem swój powrót tradycyjnym jebnięciem drzwiami wejściowymi. Rzuciłem swoje rzeczy gdzieś w kąt i udałem się do salonu, otworzyłem wielki barek...wpadłem w dylemat. Drinka z Jackiem Danielsem, a może z tradycyjną wódką...może jednak coś bardziej wykwintnego. Stwierdziłem, że ostatecznie to i tak mam to gdzieś, więc kolejność nie gra jakiejś wielkiej roli. Zacząłem delikatnie, Daniels z colą, pół na pół, trochę lodu. Usiadłem wygodnie w foteli i powoli zacząłem sączyć drinka. Idealnie. Łyk za łykiem, drink za drinkiem i flaszka za flaszką. Co jakiś czas zakrętki i dobre wychowanie poszło spać a ja leciałem z gwinta. Jak tak zacząłem w okolicach dwudziestej się rozkręcać, tak skończyłem w okolicach trzeciej. Ja wie, nie powinno pić się samemu, jestem tego doskonale świadomy. No ale kurwa czasami się nie da. 

Kiedy zbliżała się północ, rozglądnąłem się po pomieszczeniu, nalewając resztę wódki do szklanki i zalewając ją colą. Butelek było niewiele, ale cały batalion mógłby się z ich łączną zawartością zaprzyjaźnić. (Od razu mówię, że większość butelek nie była pełna, tylko parę, reszta nie miała nawet połowy swojej objętości. Łaskawie je dokończył.) Zbliżała się ta trzecia w nocy, ja już nie do końca kontaktujący ze światem i totalnie nie ogarniający o co biega miałem dwa cele. Pierwszy, dojść do łóżka i się nie zrzygać, drugi-nie mieć kaca. Z tym drugim mógłby być problem, ale pomarzyć można. Zataczając się wszedłem po schodach prawie przelatując przez ich barierkę. W końcu jednak dotarłem i zwycięsko, ściągnąłem koszulkę, spodnie, owinąłem się kołdrą i tak zasnąłem. 

Zasnąłem od razu, a spało mi się dobrze, że mogłem nie budzić się przez wieczność. Jednak ja znałem swoje szczęście. Ten błogi stan nie może trwać nigdy zbyt długo, bym się nie przyzwyczajał. Tak też, z samego rana, ze snu wyrwał mnie huk zamykanych wejściowych drzwi...