☆゚.*・。゚ ℰ𝓋𝑒𝓇𝓎 𝓈𝓉𝒶𝓇 𝓂𝓊𝓈𝓉 𝒹𝒾𝑒 。゚・*.☆゚ ╱ ╱ one shot

𝓃𝑒𝓌 𝓈𝓉𝒶𝓇 𝒻𝑜𝓇𝓂𝒶𝓉𝒾𝑜𝓃
ˢᵗᵃʳ ᶤˢ ᵇᵒʳᶰ ᵃˢ ᵃ ʳᵉˢᵘˡᵗ ᵒᶠ ᵘᶰᶜᵒᶰᵗʳᵒˡˡᵉᵈ ᵖʰʸˢᶤᶜᵃˡ ʳᵉᵃᶜᵗᶤᵒᶰˢ
❛ ✦
Dawno temu, gdy nie było jeszcze Mistrza ani Doktora. Istnieli tylko Kochei i Theta Sigma.
Oba słońca Gallifrey rozpoczęły swoją codzienną, 30-godzinną wędrówkę po horyzoncie. Rozjaśniły bursztynowe niebo nad głowami setek rodzin sprawujących pieczę nad przyszłymi Władcami Czasu, starszyzną zasiadającą w radzie, a także młodymi adeptami zgłębiającymi tajemnice czasu i przestrzeni w znanej w całym wszechświecie, wspaniałej Akademii Władców Czasu.
Od inicjacji Mistrza minęło osiem lat. Wtedy, zmuszony spojrzeć w surową moc czasu, pierwszy raz usłyszał bębny. Przez cały ten czas jego szaleństwo się pogłębiało. Stopniowo ogarniało coraz większą część jego świadomości.
Bywały okresy, w których czuł się zwyczajnie. Uczęszczał wtedy na zajęcia, utrzymywał kontakty z rówieśnikami. Nie wykazywał morderczych skłonności, a nawet był wybitnym uczniem.
W końcu jednak zawsze chaos się u niego upominał, a wtedy, ogarniał go szał i niszczył wszystko co udało mu się dotychczas zbudować. Jedyną pomocą oferowaną mu przez starszyznę była izolacja na ten gorszy czas. Tym sposobem Mistrzowi zdarzało się spędzać całe tygodnie w zamknięciu, we własnym pokoju. Akademia dostarczała mu materiałów do przerobienia indywidualnie. Zawsze wysyłali też kogoś, kto miał za zadanie dopilnować żeby Mistrz oddawał się nauce w odosobnieniu.
To miała być pomoc. Rzekomo. Władca Czasu, choć wówczas bardzo młody, nie był głupcem i zdawał sobie sprawę z tego, że dla niego to nic innego jak kara. Jego izolacja mogła być pomocna jedynie w uchronieniu innych uczniów przed krzywdą z jego ręki. Nie uważaj żeby ktokolwiek na tej planecie chciał pomóc jemu. Dlatego nikomu nie opowiadał o ponurych myślach, które nawiedzały go podczas izolacji. Wyjątkiem była tylko jedną osoba.
━━ Szybko! Zbieraj się. Nie ma czasu. ━━ Chłopak w bordowym mundurku akademickim wpadł do sypialni Mistrza, nie czekając na zaproszenie, a następnie podbiegł do niego i niemal zwlekł zaskoczonego przyjaciela z łóżka.
━━ Theta. Co ty wprawiasz? Profesor Kepplyn pilnuje żebym nie wyściubił nosa z tego ohydnegi pokoju. Jak cię zobaczy to znowu naopowiada dyrekcji, że ściągam cię na złą drogę. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. ━━ Wyrwał rękę z uścisku chłopaka gdy znaleźli się na korytarzu.
Ten natomiast uśmiechnął się tajemniczo i skrzyżował ręce na piersi. Psotne iskierki przeskoczyły w jego ciemnych oczach gdy odpowiedział.
━━ Nie zobaczy nas, bo przypadkiem uwięziłem jej świadomość w przeszłości. Dzięki mnie myśli, że jest kilkuletnią dziewczynką. ━━ Z końca korytarza dobiegło ich niecierpliwe miauczenie i szmer czterech kończyn szybko przebierających po posadzce. Obaj zwrócili się w tamtym kierunku, gdy zza rogi wypadła rozeźlona pani profesor na czworakach.
━━ Mogłem pomylić jej dziecięce ja z ulubionym pupilem. Wiej! ━━ Dodał sprawca całego zamieszania, wyrzucając z siebie słowa z szybkością torpedy, po czym obaj chłopcy puścili się biegiem do wyjścia.
Biegli całą drogę. Przez plac akademicki, okoliczne uliczki Gallifreyańskiej stolicy, aż w końcu umknęli w rozległe, burgundowe pola otaczające całe miasto. Jedno z nich należało do ojca Mistrza. Od momentu inicjacji w Akademii nikt z nich nie utrzymywał kontaktu ze swoją rodziną. Wymykanie się w rodzinne strony też nie było dobrze przyjmowane, ale to nie przeszkadzało zarówno jemu, jak i jego nieodłącznemu kompanowi spędzać tutaj sporą część wolnego czasu.
Gdy Mistrz czuł się gorzej i choroba trawiła jego umysł, siejąc w nim zamęt i najmroczniejsze myśli, on i Theta wymykali się razem w pola. Biegali i krzyczeli w niebo, aż Mistrz poczuł się lepiej. Nie był pewny czy jego przyjaciel kiedykolwiek zdawał sobie sprawę z tego ile zmieniały te ich wspólne eskapady i ile razy uratowały Mistrza gdy bębny sprawiały mu ból tak dotkliwy, że myślał już o ukróceniu swoich cierpień.
Dlatego postanowił spróbować odnaleźć swoje remedium także tego dnia. Przystanął pośród pól i dobył z siebie okrzyk tak długi i silny, że przez chwilę przestał słyszeć bębny dudniące mu w uszach w rytm jego własnych serc, a nawet dziki wiatr mierzwiący bezkres bordowych traw wokół niego. Krzyczał dopóki starczyło mu tchu. Tuż pod koniec, gdy podniósł powieki zauważył zbliżającą się biegiem, znajomą postać i obaj padli na trawę.
Byli zbyt zdyszani by wydusić z siebie choć jedno słowo, a do tego upadek wyzwolił w nich lawinę śmiechu. Przez jakiś czas zwijali się na ziemi z rozbawienia, jeden obok drugiego, aż ich oddechy się uspokoiły. Nawet wtedy właściwie nie potrzebowali słów by wrazić swoje uczucia. Mistrz poczuł szczupłą dłoń przyjaciela w swojej. Po krótkiej chwili kąciki jego ust powędrowały do góry i zacisnął na niej palce.
━━ Kochei, myślisz, że profesor Kepplyn odzyska świadomość do jutrzejszych zajęć? ━━ Zapytał ciemnooki chłopak bardzo spokojnym, beztroskim głosem.
━━ Jeśli pamiętałeś żeby umieścić w jej umyśle słowo klucz żeby ją później wybudzić. ━━ Odpowiedział.
Na chwilę zapadła między nimi cisza i Mistrze nie musiał pytać żeby wiedzieć co się stało.
━━ Chyba będę potrzebował korepetycji z hipnozy. ━━ Odrzekł po chwili jego przyjaciel.
𝓈𝓊𝓅𝑒𝓇𝓃𝑜𝓋𝒶 𝑒𝓍𝓅𝓁𝑜𝓈𝒾𝑜𝓃
ˢᵗᵃʳ ᵈᵉˢᵗʳᵒʸˢ ᶤᵗˢᵉˡᶠ ᶤᶰ ᵃ ᵐᵃˢˢᶤᵛᵉ ᵉˣᵖˡᵒˢᶤᵒᶰ
❛ ✺
Smuga krwistej czerwieni rozlała się po ustach Władczyni Czasu, gdy czubkiem miękkiej szminki niespiesznie obrysowała ich kształt. Ten mały zabieg zawsze dawał jej przyjemność, którą chciała się nacieszyć. Nie zważając w najmniejszym stopniu na morze drobnych czerwonych plamek zdobiących białe mankiety jej koszuli, przesiąkające ciemny materiał śliwkowej spódnicy oraz pstrzących jedwabne koronki, spośród których sterczały czarne trzewiki, złożone na blacie niskiego stolika do kawy.
Prawdziwy potok czerwieni rozgrywał się za jej plecami. Ślady krwi na starym dywanie prowadziły do, po części tragicznej po części absurdalnej sceny, w której to na drogim fotelu leżał rozłożony pulchny mężczyzna z szeroko otwartymi oczami i twarzą zastygłą w wyrazie zdumienia. Dwie niewiasty próbowały desperacko wepchnąć narządy wypadające z szerokiego rozcięcia na jego brzuchu z powrotem na miejsce. Kobiety były przerażone. Pokój wypełniały na przemian okrzyki strachu i lament, gdy wnętrzności mężczyzny wyślizgiwały im się z rąk mokrych od krwi.
Missy nie musiała spoglądać za siebie żeby wiedzieć jak zabawnie to wyglądało. Jednak jej chwilę rozkoszy przerwał odgłos szybkich, znajomych kroków kogoś, kto kierował się w pośpiechu do tego właśnie pokoju.
Położenie, w którym znajdowała się Władczyni Czasu szczęśliwie sprawiło, że nie widziała wyrazu twarzy Doktora, gdy ten wpadł do środka. Słyszała tylko, że odgłos jego kroków nagle całkowicie ustały, jakby zmroził go widok, który zastał w pomieszczeniu.
━━ Co robicie? Przestańcie! ━━ Zawołał cały w nerwach podbiegając do łkających kobiet, które nadal wierzyły, że wepchnięcie wątroby i łańcucha jelit na miejsce naprawi wszystkie szkody. Doktor odsunął je od nieboszczyka jednocześnie ograniczając do minimum swój kontakt fizyczny z kobietami.
━━ Jest martwy! ━━ Jego głos zabrzmiał przedzierając się nad szlochy. Było w nim słychać nie tyle szok i wściekłość co ból, który sprawił, że końcówka ostatniego wyrazu uwięzła mu w gardle. Nagle lekka atmosfera groteski w pokoju zmieniła się na poważną i napiętą. Nawet przerażone kobiety umilkły, jakby ryk bezsilności Doktora zdjął im klapki z oczu.
━━ Tak, jest martwy. To samo mówiłam im jakiś kwadrans temu. ━━ Missy zamknęła szminkę z cichym kliknięciem i wstała z kanapy by stanąć naprzeciw Doktora.
Jego bystre spojrzenie od razu dostrzegło rozprysk krwi na ubraniu Missy. Wcale nie zamierzała się z tym kryć.
━━ Co zrobiłaś, Missy? ━━ Głos Doktora był gorzki i przesączony rozczarowaniem.
━━ Doktor Ferguson wyszedł ze śmiałym założeniem, że kobiety są zbyt tępe by wpuszczać je do akademii medycznej. Okazał się wyznawcą teorii, że tego typu stworzenia powinny raczej znaleźć sobie miejsce w kuchni, więc poszłam za jego wskazówkami. Znalazłam w kuchni nóż i wróciłam z garścią argumentów żeby przekonać go, że kobiety nie są wcale takie tępe, jak sądził. ━━ Tonem znudzonym jakby kazano jej to powtarzać dziesiątki razy, nakreśliła mu obraz sytuacji ze swojej perspektywy.
━━ Missy... ━━ Zaczął, zrezygnowany odwracając wzrok od swojej przyjaciółki skąpanej w czerwonych drobinach.
━━ Udowodniłam mu, że jego teoria jest błędna. Jak chciałeś. ━━ Próbowała się bronić nadal lekko rozbawiona.
━━ Słowami, Missy! Kazałem ci używać słów i dobrze o tym wiesz! Nie jesteś głupia, więc dlaczego to wszystko robisz? Dlaczego niszczysz wszystko, co ja staram się uratować? Nie możesz po prostu... ━━ Głos złamał mu się w połowie zdania, a Missy poczuła dziwny ucisk w klatce piersiowej. To było uczucie.
Strach? Nie... Żal? Skrucha.
Doświadczała już podobnych rzeczy od pewnego czasu, gdy jeszcze Doktor przetrzymywał ją w krypcie, w ramach kary. Te dziwaczne, nieprzyjemne emocje przychodziły do niej falami. Nie potrafiła nad nimi panować, co sprawiało że były jeszcze bardziej irytujące. Raz kończyło się na ściśniętym gardle i metafizycznym bólu przepełniającym jej wnętrze w taki sposób, że do niedawna nie uważałaby tego za możliwe. Innym razem to uczucie wyciskało z niej łzy.
━━ Żałuję. ━━ Odpowiedziała mu cicho, wbijając wzrok w poplamiony dywan.
━━ Nie żałujesz. Ty nie... ━━ Doktor chciał jej przerwać.
━━ Żałuję! Owszem, żal to dla mnie nowa sprawa, ale teraz to czuję. ━━ Weszła mu w słowo, niechętnie przenoząc spojrzenie mokrych niebieskich oczu na jego zdezorientowaną twarz. ━━ Żałuję i jest to okropne uczucie, więc zabierz mnie z powrotem do TARDIS i zacznijmy jeszcze raz, według twoich zasad. Albo zamknij mnie w krypcie. Wszystko mi jedno. Po prostu... spraw żeby to się skończyło.
Missy zamrugała, a z jej oka spadła ciężka łza. Wzdrygnęła się na to uczucie. Naprawdę nie cierpiała tego stanu. Nie mogła nawet swobodnie zaczerpnąć powietrza.
Wyciągnęła przed siebie dłonie i złączyła nadgarstki na wysokości rąk Doktora.
━━ Proszę. ━━ Jęknęła złamanym głosem, z trudem znosząc jego milczenie.
━━ Nie. Muszą być konsekwencje. ━━ Odpowiedział w końcu, po czym odwrócił się, zabrał z pokoju żonę i córkę zamordowanego mężczyzny i zostawił Missy samą sobie. Na pastwę jej własnego sumienia.
𝒷𝓁𝒶𝒸𝓀 𝒽𝑜𝓁𝑒 𝒸𝓇𝑒𝒶𝓉𝒾𝑜𝓃
ᵈʸᶤᶰᵍ ˢᵗᵃʳ ᵇᵉᶜᵒᵐᵉˢ ᵗʰᵉ ᵐᵒˢᵗ ᵐᵉˢᵐᵉʳᶤˢᶤᶰᵍ ᵃᶰᵈ ᵈᵉˢᵗʳᵘᶜᵗᶤᵛᵉ ᵒᵇʲᵉᶜᵗ ᶤᶰ ˢᵖᵃᶜᵉ
❛ ❂
Zguba Gallifrey ściągnięta na planetę z woli jej najbardziej wzgardzonego mieszkańca smakowała słodko, niczym korzeń cykuty. Po tym jak Mistrz dowiedział się, że odgłos bębnów w jego głowie nie był objawem szaleństwa, klątwą ani oznaką bycia wybrańcem losu, a zwykłym sygnałem wysłanym przez Radę Władców Czasu do ich własnych celów, nie miał już złudzeń. Ta planeta zasługiwała tylko na zniszczenie.
Z biegiem czasu odkrywał tylko więcej powodów by położyć kres istnieniu świata, który go stworzył, ukształtował a potem wypluł jak zużytą gumę. Czara goryczy przelała się gdy odkrył, że cały świat i rasa Władców Czasu została stworzona na fundamentach z kłamstwa. Tym fundamentem był Theta Sigma. Doktor. Wieczne Dziecko.
Wieki temu ktoś adoptował zagubioną sierotę. Przyjął je pod swoje skrzydła i odkrył tajemnicę jego nieśmiertelności, a następnie stworzył na bazie jego mocy całą rasę Władców Czasu. Dziecku odebrano wspomnienia by żyło zwyczajnym życiem pośród nowo założonej cywilizacji na Gallifrey. Tylko jego moc była naturalna, u wszystkich innych to jedynie wytwór nowoczesnej inżynierii genetycznej. Władcy Czasu byli sztuczni. On był.
Gdy to odkrył ogarnęła go wściekłość. Przez cały ten czas, setki lat życia, łudził się, że może być w nim coś wartościowego. Tymczasem gdyby nie Doktor, nigdy by się nie urodził i skoro teraz miał żyć wiedząc, że absolutnie wszystko co jest w nim wyjątkowe pochodziło od kogoś innego, może tamta opcja nie była wcale taka zła.
Oczywiście, spalił Gallifrey. Długo rozkoszował się potępieńczymi jękami swoich dogorywających ofiar. Na koniec zostawił sobie starszyznę, ale nikomu nie okazał litości. Po wszystkim zastawił pułapkę, stworzył portal do zgliszcz swojego świata i czekał aż zjawi się Doktor. Zawsze przychodził gdy Mistrz się go spodziewał. Wiedział, że jedyne co musiał zrobić to poczekać.
Kilka dni wyczekiwał aż Doktor przybędzie i w końcu Mistrze ujawni przed nim sekret ich dumnej rasy. Wpatrywał się w niespokojną powierzchnię przejścia między światami, myśląc o sposobach na pokazanie mu prawdy. Wiedział, że poczuje go gdy tylko zbliży się do bramy z drugiej strony.
Wtem zaskoczyła go postać wydobywająca się powiewającej jak tkanina na wietrze, przejrzystej zasłony. Początkowo nie rozpoznał przybysza. Był prawie pewny, że to człowiek, ale już po kilku sekundach uderzyło go niezmiernie nieprzyjemne uczucie bycia w pobliżu paradoksu czasowego. W tym samym momencie mężczyzna w długim, wojskowym płaszczu wyprostował się i zwrócił twarz w kierunku Mistrza.
━━ Poważnie, koleś. Czy ty w końcu sobie odpuścisz? ━━ Nieśmiertelny Jack Harkness, który za sprawą lekkomyślnych poczynań Doktora zyskał swoją moc, począł pewnym krokiem iść na spotkanie z Mistrzem. Postawa tego człowieka zawsze była pełna arogancji i młodzieńczego uroku. Szkoda, że nie mógł się naturalnie zestarzeć, bo Mistrz być ciekaw co by z niego zostało gdyby odarto go z tego niegasnącego zapału do figli.
━━ Kapitan Jack. Nie ciebie się spodziewałem. ━━ Sam przywdział fałszywy uśmiech i zrobił krok w jego stronę. ━━ Ale przecież o tym wiesz. Gdzie zatrzymałeś Doktora? Wyciągniesz go dla mnie spod swojego płaszcza, czy gdzie najbardziej lubisz go mieć?
━━ Och, nie chcesz wiedzieć gdzie najbardziej go lubię trzymać. ━━ Zaśmiał się niepokornie i stanął kilka metrów od Mistrza.
Wszędzie roztaczał ten swój frywolny urok, a Mistrz w tym wcieleniu miał wyjątkowo krótką cierpliwość, więc tylko poczuł jak jego palce zaciskają się na laserowej broni, którą automatycznie wycelował między oczy Jacka.
Tamten od razu podniósł ręce do góry i nieznacznie spoważniał.
━━ Wiesz, że nie mogę umrzeć. Jestem tutaj tylko żeby przekazać ci wiadomość. Dlatego grzecznie proszę żebyś dał już sobie spokój z wiecznym pastwieniem się nad Doktorem i znalazł sobie inne hobby. On, czy w nowej regeneracji ona, mają prawo do szczęścia i spokoju. ━━ Powiedział Jack najbardziej cierpliwym głosem, na jaki było go stać.
━━ Taki z ciebie dobry obywatel, Jack? ━━ Wypowiedział jego imię z przekąsem jakby ledwo mógł znieść je w swoich ustach. ━━ Obaj jesteśmy żołnierzami i obaj mamy krew na rękach. W czym niby jesteś lepszy ode mnie? Nie znasz Doktora nawet na tyle żeby wiedzieć, że spokój to ostatnie czego pragnie. Spójrzmy prawdzie w oczy, przyszedłeś tutaj zastąpić mnie w oczekiwaniu na spotkanie z nim. Powinieneś był lepiej to przemyśleć. Jesteś na mojej planecie. Być może mamy tu przepaść, w której pozbywamy się aberracji w czasie takich, jak ty, a ja być może wiem gdzie one się znajduje.
Mistrz okrążył Jacka z bronią ciągle wymierzoną w jego głowę. Przestrzeń między nimi była pusta. Po zniszczonej Gallifrey hulał tylko wiatr. Świstem wskazywał położenie głębokiej wyrwy w ziemi. Gdy Mistrz się zatrzymał, a Jack odwrócił się do niego przodem poczuł na plecach powiew wydobywający się z zamaskowanej holograficznie przepaścią i zrozumiał, że stoi tuż przed nią. Rysy jego twarzy stężały. Gdy się w końcu odezwał starannie cedził słowa.
━━ Doktor ci tego nie wybaczy. ━━ Odpowiedział.
━━ Tak myślisz? Ile może znaczyć twoje życie skoro ciągle wymykasz się śmierci? ━━ Odpowiedział pewny siebie i bez ostrzeżenia pociągnął za spust.
Wiązka lasera przeszyła czaszkę Kapitana Harknessa, a jego ciało bezwładnie opadło w tył, lądując jednak zwyczajnie na ziemi. Mistrz podszedł do skały nieopodal miejsca, w którym spoczął Jack i wyjął zza niego niewielkie urządzenie do tworzenia rozbudowanych hologramów. Przyniósł je ze sobą dla rozrywki. Nie musiał nawet używać wizualnych efektów by oszukać przyjaciela Doktora. Następnie podszedł do Jacka i nachylił się nad jego ciałem.
━━ Władcy Czasu nie mają żadnej przepaści na sprzątanie brudów po Doktorze, ale może przynajmniej zrobiłem ci wystarczająco dużą nadzieję na śmierć, żebyś za kilka chwil żałował, że się obudziłeś. ━━ Wyszeptał nad jego martwą twarzą, a następnie odsłonił brązową, skórzaną opaskę na nadgarstku mężczyzny. Był to manipulator wiru czasowego. Wprowadził całkiem dalekie współrzędne, a zaraz potem jego ciało zaczęło się rozpływać w powietrzu.
