.

❛ IT ❜S ⠀JUST⠀ A⠀ LITTLE⠀ SCRATCH ❜
Co mogło pokierować ów duchem aż na sam dół? Sweeney nieczęsto szczycił obecnością w piekarni, zwłaszcza odkąd piec został przeniesiony do piwnicy w obawie przed zdradzeniem skrywanego przezeń sekretu, teraz jednak ciało bezsprzecznie kierowało się w daną stronę, jak gdyby będąc głuchym na sprzeczności. Pomimo letniej pogody, słońce z wolna poczęło niknąć gdzieś za horyzontem, co jedynie uwydatniło późna porę, która zalała tego dnia miasteczko. Było późno; prawdopodobnie właśnie dlatego pomieszczenie szybko skąpało się w lekkim półmroku, uwydatniwszy pochowane po kątach cienie, chociaż cyrulik okazał zdolność do płynnego poruszania w owych warunkach. Szedł jedynie przed siebie, jak gdyby w pamięci uchował układ pomieszczenia, a przecież bywał w nim tak rzadko. Piekarnia okazała się zbyt sprawnie oddzielona od części mieszkalnej, a mężczyzna zbyt zawzięcie przesiadywał we własnej samotności, aby swoją obecność w tym miejscu podkreślać. Właściwie przychodził tu tylko wtedy, gdy pani Lovett go o to prosiła, a i w tych przypadkach musiał być to powód, który wpierw jawił się uzasadnionym przezeń uznaniem.
❛ Panie T. chyba znowu mamy jakieś problemy z piecem. Ostatnio tak dziwnie charczy, mógłby pan zejść na dół i to sprawdzić? ❜
Słowa sąsiadki krążyły po zamyślonej głowie, tym samym w stronę schodów go popychając. Sweeney zszedł po wąskich stopniach, a znalazłszy się już na dole, pociągnął do siebie ciężkie, metalowe drzwi, które z wyglądu prędzej przywodziły klapę, gdyż pochylone były pod pewnym kątem, wypuściwszy w powietrze nieprzyjemny, zatęchły zapach. Smród wręcz. Nie. Nie idź. Nie schodź tam. Od tego miejsca wprost biło śmiercią, lecz zdrętwiałe nogi wraz kontynuowały schodzenie po schodach, jak gdyby głos przestrogi do niego nie docierał, aby następnie zasłonić połowę twarzy wolną ręką, tak by mężczyzna nie musiał wdychać zalegającego smrodu. Ciemno; znowu zapomniał zapalić światła. Włącznik, naciśnięty chwilę później, sprowokował żarówkę do zamrugania dwa razy, po czym żarówka zgasła, wywoławszy niezadowolony grymas na zwykle obojętnej twarzy. Sweeney syknął cicho, w powietrze posyłając kilka przekleństw, pod przymusem wracając się po latarkę. Schody, klapa, schody, szafka, druga szafka, kilka szuflad; gdzie ona do cholery jest... Latarka.
Latarka, schody, klapa, schody, piec. Cienka smuga pożółkłego światła niewiele dała, ledwo rozcinając ciemność, jednak nie miał innego wyboru, niż pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Chwilę później jasną wiązkę przerwał jakiś drobny punkt; czarny nieco, bynajmniej szybko się przemieszczający. Chyba mucha lub jakiś inny owad; a potem druga i jeszcze kolejna, tymczasem Todd pokierował latarką po żyjątkach, co pozwoliło mu odnaleźć źródło owej zbieraniny. W kącie pomieszczenia, tuż pod ścianą leżało kilka ciał częściowo z mięsa obskubanych, z wolna już gnijących, poukładanych jedno na drugim na kształt jakiegoś feralnego trofeum. Muchy zdążyły obsiąść je masowo, jak gdyby nurkując w wygryzionych przez siebie szczelinach, pełzając po gałkach ocznych lub do otwartych ust wchodząc; do nozdrzy. Golibroda skrzywił się w geście obrzydzenia, wraz odwróciwszy wzrok od tego widoku, aby skupić uwagę jedynie na żeliwnym piecu. Choć i jego dłonie jednako przyczyniły się do stanu tamtejszych ludzi, nie chciał ich jednak oglądać, odczuwając skrajne obrzydzenie.
Kucnął więc przy piecu, ówcześnie otworzył monstrualne drzwiczki wraz z szufladą, która za zadanie miała zbierać opadający weń popiół. Następnie spojrzał do środka, głowę głębiej wkładając, jednocześnie poczuł jak gdyby zaglądał do samego piekła. Miejsce to obnażał smród spalonego, ludzkiego mięsa; dotyk diabła, farsa, którą karmiono innych ludzi, lecz poza tym nie różniło się od żadnego innego pieca, wykorzystywanego w piekarniach czy restauracjach. Ni śladu nieprawidłowości. Nic. Winien obejrzeć go jeszcze kiedy będzie włączony, jednak już nie dzisiaj, nie teraz. Nieco poddenerwowany, golibroda wrócił na górę do piekarni, aby odłożyć latarkę na miejsce, po czym udać się z powrotem do salonu fryzjerskiego. Tak, był zły; zmarnował jedynie czas. Odgłos metalowych stopni pozwolił Sweeney'owi zasygnalizować swoją obecność, gdzie efektu dopełnił po chwili brzęk małego dzwoneczka, umieszczonego przy drzwiach. Wszedł do środka, do swojego azylu, który jako jedyny zdawał się go jeszcze uspokajać, poza panią Lovett naturalnie. Było już późno, a musiał jeszcze przygotować zakład na następny dzień, więc wspomnienie o problematycznym piecu zostało przezeń sprawnie wymazane, dzięki czemu cyrulik mógł skupić się na własnych obowiązkach.
Podszedł do toaletki ━━━ smukłe dłonie od razu pochwyciły jedną z siedmiu brzytew wraz z ostrzałką, dzięki czemu chwilę później pomieszczenie wypełnił systematyczny odgłos tarcia ostrza o metal; dla wielu tak nieprzyjemny, lecz tak zbawienny dla niego. Naostrzył trzy brzytwy, czwartą po drodze chwyciwszy i ledwo zdążył przeciągnąć nią po ostrzałce, ostrze ześlizgnęło się z narzędzia, przejeżdżając cyrulikowi po palcach. Jedynie charakter pozwolił mu nie krzyknąć, co ograniczyło reakcję mężczyzny do cichego syknięcia, kiedy tylko przyszło mu poczuć piekący ból, skutkujący upuszczeniem ostrzałki, która upadła na podłogę z głuchym łomotem. Sweeney uniósł dłoń do twarzy, szybko oceniwszy jej stan, przy czym już to dostatecznie wystarczyło, aby go przekonać iż bez szpitala się nie obejdzie. Nie. Nie, panie T., nie warto tracić czas na takie rzeczy. Głos w głowie podpowiadał różne rzeczy, jednak mężczyźnie nie przyszło zapominać, iż istniał również drugi głos, bardziej rozsądny ━━━ głos kobiety, z którą przyszło mu mieszkać, a która i tak uporem sprowokowałaby u niego pójście do lekarza.
Todd nie zamierzał grzeszyć nieporadnością, zapewne właśnie dlatego owinął krwawiącą dłoń w jedną ze szmatek, których używał podczas golenia. Wyszedł na dwór, na wieczorne powietrze, wyjątkowo odsączone od wzroku anonimowych gapiów, po czym skierował się w stronę szpitala, aby chwilę później butne ciało zjawiło się w budynku, spróbowawszy odnaleźć wzrokiem osobę, która tego wieczoru pełniła swój dyżur.
⊰ ✞ ⊱