Dzień jak każdy inny. Tak przynajmniej mu się wydawało. Nic nie zapowiadało, że wydarzy się coś niespotykanego czy po prostu ciekawego. Jedynie co zaprzątało jego myśli od rana, to fakt, że musi odwiedzić swoją byłą żonę. Nie lubił tych odwiedzin, bowiem widok Dianne przypominał mu o tym wszystkim co razem przeżyli. Czy żałował małżeństwa z nią? Nie. Nigdy nie przeszło mu to nawet przez myśl. Nadal miał ciepłe uczucia wobec byłej małżonki. Jedyne czego żałował to fakt jak ten związek się skończył. Że nie starali się tego naprawić. Że on nie zauważył, że Di odsuwa się od niego krok po kroku. Zmienił się. Wiedział to. Wojsko zrobiło swoje. Praca w policji tylko pogłębiała niektóre problemy. Jednak ciągle gdzieś tam były zapewnienia żony, że wszystko się ułoży, że przecież skoro chodzi na terapię to będzie tylko lepiej. Nie było. Najwyraźniej, cholera nie było skoro jego ukochana znalazła pocieszenie w ramionach innego. Głęboki wdech. Wydech. Nie mógł się denerwować. Nie, gdy w jego domu nadal był ukochany syn, którego musiał odwieźć do matki.
Spotkanie z byłą na szczęście przebiegło dość sprawnie. Wymienili uprzejmości jak zawsze. Di spytała, czy Xavier był grzeczny przez weekend i czy odrobił na pewno wszystkie lekcje. Z naciskiem na wszystkie, bowiem ostatnio Martinowi gdzieś umknął fakt, że jego latorośl miała zrobić projekt na biologię i ze szkoły następnego dnia przyniósł ocenę, która bardzo, ale to bardzo nie spodobała się jego matce, a która później przez dobrą godzinę nawijała do słuchawki byłemu mężowi jak bardzo jest nieodpowiedzialny. Collins jak zwykle dał się kobiecie wygadać, pozwolił jej sobie nawrzucać i po prostu przyjął fakt na klatę, że nie podobał misji.
Jak zwykle pierw swe kroki skierował do pobliskiej kawiarni i zakupił ulubioną czarną kawę na wynos, a dopiero później swe kroki skierował na komendę. - Co tam panowie? - Spojrzał na kolegów po fachu, którzy tylko wzruszyli ramionami. Nie było go tu tylko dwa dni, a miał wrażenie, że minęła wieczność. - Coś nowego? Ciekawego? - Specjalnie nałożył duży nacisk na drugie pytanie, o ile pytaniem można było to nazwać. Ostatnio miał wrażenie, że w mieście zrobiło się za cicho. A to nie oznaczało nic dobrego. To była cisza przed burzą. - Zaginął jakiś nastolatek. Matka przyszła wczoraj zgłosić zaginięcie. Była strasznie rozhisteryzowana. Satoshi Levine, czy jakoś tak. - Starszy brunet wzruszył ramionami i ugryzł pączka, który leżał na jego biurku. - Nic nowego. Młody pewnie gdzieś ćpa albo używa życia wraz z dziewczyną, a matka świruje. Niech podniesie rękę ten, który nigdy starym nie zniknął na kilka dni z domu. - Po raz kolejny wzruszył ramionami i odłożył papiery, które trzymał w dłoni. Jak na razie sprawa młodego mężczyzny trafiła na sam dół stosiku, bowiem póki nie minie czterdzieści osiem godzin od zaginięcia to nie ma co panikować, a matka nastolatka musiała wczoraj dać do zrozumienia policjantom, że wcale swego dziecka nie zna tak dobrze. Przecież nastolatkowie uwielbiali uciekać z domu na imprezy i tego typu podobne!
Martinowi jednak coś nie dawało spokoju dlatego wyciągnął teczkę z przyjęcia zgłoszenia o zaginięciu. Skądś znał te nazwisko, ale imię na cholerę mu nie pasowało. Już miał wpisać je w bazę danych, lecz dźwięki dochodzące z pomieszczenia obok nie dawały mu się skupić. Ktoś wrzeszczał jak szalony na policjanta, który przyjmował zgłoszenia i za cholerę nie dał się uspokoić. Collins warknął pod nosem i wstał, aby zrobić z tym porządek skoro nikt inny nie zamierzał nawet ruszyć swojej dupy ze stołka. - Co tu się do cholery jasnej dzieje, Adams? - Zwrócił się do młodego kolegi, który najwyraźniej nie radził sobie z jakimś mężczyzną, którego swoją drogą Martin skądś znał. Zacmokał z dezaprobatą. Jego kolega jeszcze wielu rzeczy musi się nauczyć. - Detektyw Collins, mogę w czymś pomóc? - Zwrócił się do awanturującego się i ruchem dłoni zaprosił go do pomieszczenia, w którym siedzieli starsi policjanci. Zaprowadziwszy mężczyznę do swojego biurka, wskazał mu krzesło, a sam zajął swój fotel.
