━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀⠀⠀⠀⠀━━━━━━━━━━━
Uścisnęła wyciągniętą dłoń Shane’a, a po jego słowach parsknęła śmiechem. Wybrała dobre towarzystwo.
- Jak możesz tak mówić! Każdy zasługuje na szczęście, a Kate na pewno zasługuje na drugą młodość… - Zawahała się i zerknęła przez ramię na kobietę. Rozmawiała z bibliotekarką, starając się nie poprawiać zagięć na spódniczce, ale Jane dostrzegła ten nerwowy tik. – No dobrze, w jej przypadku możemy mówić już o co najmniej trzeciej młodości, ale nadal…
I znów się roześmiała, zagłuszając chichot kolejną porcją popcornu wrzuconą do ust.
- Nic się nie martw, żadna plotkara cię nie zaczepi. Dla części wyglądasz za poważnie i zbyt przerażająco, więc będą się bały. Część zaintrygowana przyszła z zazdrosnymi mężami, więc nie będą chciały przekroczyć granicę. Te stare są już za stare i zadowolą się obrobieniem ci tyłka, a te młodsze… No wiesz, dla nich to ty jesteś już za stary. No i nie zapominajmy, mój drogi, że ten niewielki procent, który nie wpisuje się w żadną z powyższych grup, to dewotki, dla których jestem podejrzaną wszelkiego zła numer jeden. – Wzruszyła ramionami, a po chwili zastanowienia skinęła głową, jakby zgodziła się ze swoim stwierdzeniem. Jej przypadłość była powszechnie znana wśród Mieszkańców i nie wszyscy tolerowali to z równą otwartością.
Nie pociągnęła jednak tematu, zostając przy swoim niefrasobliwym, odrobinę złośliwym, a trochę droczącym się tonie. Nie przejmowała się, czy jej nowy znajomy nadąży za jej komentarzami, zresztą odnosiła wrażenie, że Shane doskonale zrozumie ukryte przytyki względem Alpen Claire. A jednak – mimo swoich słów – naprawdę lubiła to miejsce, tych ludzi. I to właśnie pozwalało jej w pełni cieszyć się tym spokojnym dniem, gdy zapach prażonej kukurydzy roznosił się w powietrzu ze swoim słodkawym, maślanym śladem, a kwiczenie i śmiechy dzieci brzęczały w uszach jak bardzo dziwny rodzaj muzyki.
- Shane, Shane… - powtórzyła niespodziewanie jego imię, jakby szukała w pamięci jakiegoś skojarzenia. – Wychowałeś się tu, prawda? Nie lubię plotkar, ale słucham ich uważnie –wyjaśniła, z ponownym wzruszeniem ramion. Była jednak dość taktowna, by zdawać sobie sprawę z tego, że pytanie o dzieciństwo w TYM miejscu może rodzić pewne odpowiedzi, których nikt nie chce udzielać, a ona na pewno nie chce wysłuchiwać, gładko więc zmieniła temat: - Podobno przez długi czas to wesołe miasteczko nie działało. Nie wyobrażam sobie, co mogły robić w tym miasteczku dzieciaki bez takiej zabawy. Nie, żeby było tu mało rozrywek, ale… No, wybór bywa dość ograniczony. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że znam już wszystkie filmy puszczane w kinie na pamięć, czy kiedykolwiek zmienili repertuar?
To ostatnie było pytaniem właściwym, choć Jane nie obraziłaby się, gdyby na nie jednak nie odpowiadał. Jane się nie obrażała i rzadko kiedy miała coś komu za złe. Przez myśl by jej coś takiego nawet nie przeszło.
Zaś jeśli o chodzeniu mowa, w wejściu do parku zaczął się tworzyć jakiś ruch, jakby zbiorowisko po drugiej stronie bramy. Jeszcze nie wszyscy spoglądali w tamtym kierunku, ale z każdą chwilą osób, które orientowały się o tych ruchach było coraz więcej. W końcu przez zbiorowisko przeszedł niemrawy pomruk: „Zesłani”.
W istocie. Nie jeden i nie dwóch, ale cała grupa Zesłanych, którzy jednak nie przyszli się tu bawić. Sądząc po ich krzykach i coraz większemu zaniepokojeniu zebranych w wesołym miasteczku, sytuacja przy wrotach parku gęstniała.
━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀
