_________________________________________________________________
— Jak ja tego nienawidzę... — wysoki brunet o charakterystycznej wojskowej fryzurze, wymruczał owe zdanie praktycznie pod nosem tak, by nie usłyszał go nikt inny poza nim samym. Upalna pogoda dawała mu się we znaki, szczególnie słońce, które uporczywie swymi gorącymi promieniami przypiekało mu bezustannie kark. Warstwy ciemnej garderoby tylko pogarszały jego obecne stanowisko, a lekki wiaterek niestety nie radził sobie z zapewnieniem choć minimalnego źródła chłodu. Shane nie lubił nadmiernego harmidru związanego z tłocznością ciał ludzkich, gdzie wszędzie roiło się od wrzasków, nie tylko tych dziecięcych, a także idiotycznych, sąsiedzkich plotek, bo przecież Kate ubrała zbyt krótką sukienkę, przez co ukazała prawie całej społeczności Alpen Claire kolana. W jej wieku przecież nie wypada! Toż to zgorszenie! Aż Reidowi przeszło przez myśl, że powinna panoszyć się w jakimś pieprzonym kombinezonie, byleby być zasłoniętą od kostek po szyję. Darował sobie jednakże tego typu komentarze wypowiedziane na głos, a tylko z pewną dozą dezaprobaty oraz bezradności pokręcił lekko głową. W miasteczku od samego rana było gwarno, a to za sprawą kolejnych wiosennych (prawie, że letnich, zważywszy na temperatury) targów. Ulice zapełniały się prowizorycznymi, zbudowanymi z kawałków drewna straganami, gdzie to najbardziej wytrwałe gospodynie wystawiały swoje d z i e ł a. W niektórych kuchniach już od kilku dni pachniało kulinarnymi rarytasami, czy też słodkimi wypiekami, aczkolwiek nie wszyscy napełniali brzuchy chętnym członkom tejże społeczności, a przynosili także jakieś pieprzone robótki, czy inne wyroby, które Shane'a kompletnie nie interesowały. W takowych momentach, kiedy to Alpen Claire huczało od różnorodnych wydarzeń, dzięki czemu na pozór sprawiało wrażenie zwyczajnej mieściny, to on zamykał się szczelnie pośród czterech ścian, ani myśląc wychylić głowę choćby na milimetr za drzwi. Unikał przecież ludzi i jedynie podczas godzin pracy przewijał się pośród ich roztrzepanych osóbek, a teraz dziarsko maszerował w rozemocjonowanym tłumie, co poczęło wywoływać u niego nawet lekkie mdłości, jakie związane były ze stanem nadmiernej nerwowości, a może i szoku... Obiecał jednakże siostrzeńcowi, iż zabierze go na targi, albo raczej do małego wesołego miasteczka, które swe ponowne otwarcie po latach miało właśnie w dniu dzisiejszym. Diabelski młyn został odrestaurowany, czego od miesięcy wyczekiwały dzieciaki. Prawdziwa atrakcja Alpen Claire, bo co można tu było robić, poza ganianiem się po lesie, czy graniem w hokeja, gdy to rzeka dostatecznie zamarzła. Matka i siostra zajęte były prezentowaniem swych wypieków, więc na niego spadła rola opiekuna nad zbyt aktywnym dziesięciolatkiem, który coraz częściej pod osłoną nocy wymykał się z domu. Shane w jego wieku był praktycznie taki sam, z tą minimalną różnicą, że dość regularnie wdawał się w bójki z irytującymi dzieciakami sąsiadów. Na szczęście, Lucas nie powielał jego błędów z młodości i poza żądzą przygód nie wykazywał się niczym niewłaściwym. Z niebywałą ulgą odetchnął w momencie, gdy udało mu się uwolnić spod władzy starych plotkar, które tylko szeptały, kto z kim, gdzie i kiedy. Z siostrzeńcem właśnie wyminęli ostatnie ze stoisk kulinarnych, po czym wtargnęli na teren wesołego miasteczka. Tu wcale nie było lepiej, jeśli mowa o rozrzedzonym tłumie, aczkolwiek, głowę przestało mu zalewać świergotanie starych dewot, gdyż zostało one zastąpione przez narastające krzyki młodszych przedstawicieli miasteczkowej społeczności. Kolejka na diabelski młyn zdawała się nie mieć końca, a parzące wręcz słońce nie zniechęcało do wyczekiwania swych pięciu minut na wysokościach. Reida to nie rajcowało, choć lubił adrenalinę, poza tym występował tu w roli niańki, by dzieciak przypadkiem nie wpakował się w kłopoty. Do jego nozdrzy dotarł zapach waty cukrowej a także prażonej kukurydzy. Pamiętał te smakołyki z dzieciństwa, gdy lunapark jeszcze w miarę prosperował. Po śmierci wcześniejszego właściciela jednak wszystko zarosło, w dosłownym tego słowna znaczeniu, a opuszczony teren stał się siedliskiem Zesłanych, którzy przesiadywali tu nocą. Teraz jednak punkt rozrywkowy na nowo nabrał sprawności, kolorów, a także wypełnił się szczelnie młodocianymi wrzaskami.
— Idziemy na diabelski młyn? — ciemnowłosy chłopiec pociągnął lekko za materiał czarnej koszuli byłego już porucznika i niemalże podskakując w miejscu, palcami wskazywał na największą atrakcję.
— Pakuj się w kolejkę, a ja poczekam na Ciebie gdzieś z boku.
— Boisz się? — bystre i nieco wyzywające spojrzenie Lucasa spoczęło dokładnie na twarzy wuja, na co ten aż wywrócił swymi oczami.
— Nie, ale to nie dla mnie. Po prostu jestem za stary na tego typu zabawy.
— No tak.
Odpowiedź była na tyle wystarczająca, iż Shane parsknął cicho śmiechem pod nosem, następnie też odprowadzając tego małego urwisa wzrokiem, dopóki ten nie zajął miejsca w kolejce. Sam zaś zakupił średnio schłodzony, jak na obecne pogodowe realia napój gazowany i odnalazłszy dogodne stanowisko obserwatorskie tuż pod dużym, starym drzewem, zapewniającym kojące zacienienie, oparł się o nie kolejno plecami. Począł się też rozglądać po okolicy, a także zgromadzonych, ostatecznie spojrzenie swe zatrzymując na znanej mu już kelnerce z Club Diner. Z grzeczności kiwnął w jej kierunku głową, bo przecież ta mieścina była mała, więc każdy każdego znał, a ponadto, czasami wpadał tam na obiad, gdy nie chciało mu się krzątać po kuchni, szczególnie po ciężkim dniu pracy.
_________________________________________________________________