A ʟɪᴛᴛʟᴇ ʙɪᴛ ᴏʟᴅᴇʀ﹐ ᴀ ʙʟᴀᴄᴋ ʟᴇᴀᴛʜᴇʀ ᴊᴀᴄᴋᴇᴛ
A ʙᴀᴅ ʀᴇᴘᴜᴛᴀᴛɪᴏɴ﹐ ɪɴsᴀᴛɪᴀʙʟᴇ ʜᴀʙɪᴛs
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Idąc w stronę ciała brata, coraz bardziej uświadamiając sobie co się stało, jak bardzo go zawiodłem... Uświadamiając się, że już nigdy nie przywita mnie żadnym przekleństwem, będę miał ciągle tyle samo fajek w paczce... Jak ten dom będzie pusty bez niego. Te wszystkie myśli dopiero teraz do mnie docierały, a moje serce jakby rozkruszyło się na kawałki. Wściekłość zniknęła całkowicie zastąpiona przez rozpacz, która przejęła nade mną kontrolę. Szedłem coraz słabiej, moja twarz traciła wyraz pewności na rzecz płaczu niecierpliwie cisnących się łez do oczu i ust wygiętych w geście rozpaczy. W końcu padłem na kolana będąc w zupełnej rozsypce, pozwalając sobie na chwilę słabości, w której łzy zaczęły opuszczać kąciki moich oczu. Wziąłem w swoje wątłe, drżące ramiona ciało brata i mocno przytuliłem przytrzymując jego bezwładną głowę przy swoim ramieniu. Nie pamiętam kiedy płakałem aż tak po raz ostatni, ale to była rozpacz w czystym tego słowa znaczeniu. - Braciszku... tak bardzo cię kurwa przepraszam... zjebałem... i zawiodłem cię... kolejny raz... a ty przypłaciłeś to życiem... - mówiłem cicho, szeptem... Tak cholernie złamanym głosem jak chyba jeszcze nigdy w życiu, ale co się dziwić skoro straciłem już jedyny powód do życia?
»»————- ★ ————-««
Ciało Meza spoczęło w bazie. Nie został pochowany przez kilka dni, chociaż dowództwo stwierdziło, że tą kwestię ściągnął z moich barków, nie wiedząc, że wróciłem. Boss początkowo tak jak ja nie mógł uwierzyć w śmierć mojego brata, ale kiedy już to do niego dotarło i zobaczył w moich oczach wersję mnie, która płonęła wręcz żywym ogniem... Zrozumiał, że powrócił ten Grenard, którego nikt nie chciałby spotkać na swojej drodze, nawet jeśli znalazłby się tam przez zupełny przypadek. Dni po tej pieprzonej nocy w hangarze spędzałem bardzo różnie. Pierwszego dnia zaraz po przekroczeniu brogi i zamknięciu drzwi, zsunąłem się po nich i przytuliłem Grenarie, która momentalnie się przy mnie pojawiła zaalarmowana cichym łkaniem. Lizała mnie po twarzy i delikatnie szturchała pyszczkiem w pierś jakby prosząc o wytłumaczenie, którego jednak ja nie byłem w stanie jej dać. Drugiego dnia wróciła wściekłość i doszczętnie zniszczyłem swój pokój nie mogąc się również powstrzymać przed wywaleniem szuflady przez zamknięte okno. Kolejne dni były dla mnie praktycznie takie same. Budziłem się w randomowym miejscu w domu, przenosiłem się do kuchni, gdzie robiłem sobie kawę, a w moich dłoniach lądowała paczka fajek, której zawartość najpierw musiałem policzyć, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłem. Liczyłem kilka razy jakby dla pewności, że żaden z papierosów nie opuścił swojego miejsca... A kiedy okazało się, że liczby się zgadzają, odkładałem paczkę na bok nie ujmując jej zawartości.
Dalej ćpałem, ale zacząłem też pić, żeby móc bardziej uspokajać swoje myśli, jednak zamiast tego otrzymywałem jeszcze mocniejszy policzek. Widywałem brata. Wchodził jak zawsze w towarzystwie psów do kuchni, rozsiadał się przeciwko mnie i raz brał fajki z paczki, a raz prosto z moich ust z zadowolonym uśmiechem wsuwając go do swoich. Ciągle tak było, jednak z każdym kolejnym razem jego twarz i głos się zatracały, bo po prostu zacząłem zapominać te wszystkie szczegóły, chociaż kiedyś myślałem, że nigdy coś takiego się nie stanie, a jednak. Zatracałem się w tym powoli, ale po jakiś dwóch tygodniach usłyszałem trzask otwierających się drzwi wejściowych, na co nawet się nie wzdrygnąłem, bo ciągle słyszałem odgłosy żyjącej to jeszcze jednej osoby. - Joel? - dopiero słysząc cholernie wyraźny głos brata podniosłem zwieszoną głowę, lustrując zamglonym spojrzeniem zdecydowanie zbyt wyraźną sylwetkę chłopaka. - O czym mi dzisiaj opowiesz braciszku? - odparłem słabym głosem przez przypadek przewracając szklankę napełnioną gdzieś do jednej trzeciej objętości wódką, której zasadniczo nie lubię, ale była pod ręką. - Kurwa... - warknąłem spoglądając na wylaną ciecz, ale jakoś nie specjalnie się tym przejąłem, tylko przeniosłem spojrzenie na chłopaka, który w dalszym ciągu stał w przejściu. Tak patrzyliśmy na siebie, aż to on nie wykonał pierwszego kroku. - Co ty odwalasz brat? Ej, spójrz na mnie. - powiedział momentalnie pojawiając się przede mną i ujmując moją twarz w dłonie, którą podniósł, bo ja nie miałem na to siły. Zmuszony spojrzałem na niego, a po policzkach przeszły mi ciarki. Jego dłonie były tak cholernie gorące. Moje oczy zaświeciły wręcz od dziwnego uczucia, które mnie rozpierało, a serce zaczęło szybciej bić. - Umarłem? - zapytałem jakby niepewnie kierując swoją dłoń na pierś brata pod którą poczułem jego serce. - Żywy czy nie, pierdole... - momentalnie zerwałem się z krzesła i zamknąłem chłopaka w szczelnym uścisku, chociaż słabym przez upojenie alkoholowe. - Mezo... - szepnąłem niemrawo, a moich uszu doszło jeszcze jego cichuteńkie - Przepraszam, braciszku...
»»————- ★ ————-««
Odnalezienie kobiety odpowiedzialnej za śmierć, sfingowaną ale jednak, śmierć mojego brata, nie należało do trudnych zadań. Nawet w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że była wojskowa specjalnie pozostawia za sobą ślady, wręcz błagając, żebym ją odnalazł. Być może robiłem to specjalnie, że pojawiałem się pod jej domem kilka nocy z rzędu i obserwowałem zza przyciemnionych szyb samochodu. Może po prostu sam nie wiedziałem, co miałbym jej powiedzieć i to właśnie dlatego zwlekałem tak długo z pojawieniem się z powrotem w jej życiu. To było bardzo dziwne uczucie, które wbijało mi pojedyncze igły w klatkę piersiowa wprowadzając mnie w stan niepewności. Tego jednak wyzbyłem się dość szybko. W końcu postanowiłem i wysiadłem z samochodu wyznaczając sobie po kolei trasę do odpowiedniego pokoju. Bynajmniej chciałem wchodzić głównym wejściem. Gdzie w tym wszystkim byłaby moja uciecha? Dość sprawnie omijając jej wszelkie zabezpieczenia, ostatecznie wtargnąłem do salonu przez okno balkonowe, bardzo kulturalnie je za sobą zamykając. Dopiero wtedy usłyszałem szum lejącej się wody w łazience, tykanie zegara zawieszonego na przeciwległej mi ścianie. Poza tymi dwoma dźwiękami i moim cichym oddechem nie słyszałem nic. Ale w końcu i szum wody ustał. Kobieta już wie, że ktoś znajduje się w jej domu i być może domyśla się, że tą osobą jestem ja. Brak zaskoczenia na jej twarzy bardzo dobrze powiedział mi o tym, że się mnie wręcz spodziewała. Mi jednak coś innego bardziej wyraźnie rzuciło w oczy. Jej reakcja na mnie była... Tak bardzo nijaka. Jakby się mnie spodziewała i wiedziała, że w końcu po nitce, którą zostawiła, trafię do niej i co dalej? Dokończę to co obiecałem w hangarze? Nie... Oczywiście, że nie. W końcu trzeba mieć odrobinę zawodowego honoru względem siebie. Światło księżyca bardzo wyraźnie oświetlało działo starszej ode mnie kobiety, sprawiając że jej wilgotna skóra błyszczała. Ja byłem jednak zbyt zimny, żeby na to reagować.
- Użyłem. - odparłem głosem beznamiętnym. Ostatecznie jakby nie było to użyłem drzwi, drzwi balkonowych ale drzwi, więc nie czepiajmy się słówek. Spojrzałem na nią swoich nieprzeniknionym spojrzeniem, gdy ta świdrowała mnie swoim usilnie starając się w mroku dostrzec moją twarz. Osobiście twierdzę, że niewiele się w niej zmieniło od ostatniego razu i jest nie mniej nudna niż zwykle. Żadnej krwi, żadnych malunków, nawet się ogoliłem na tą specjalną okazje 'spotkania po latach', chociaż w rzeczywistości minął raptem miesiąc. Nie ruszyłem się ani o krok, żeby ułatwić jej zadanie dostrzeżenia szczegółów mojego ciała, co więcej, jak tylko ręcznik zawieszony na jej ciele, zsunął się z niej z cichym szumem lądując na podłodze, odwróciłem się do niej plecami i sięgnąłem po karafkę pełną złocistego trunku. Nalałem tą samą ilość do dwóch szklanek i czekając aż ta się ubierze, wziąłem je do rąk, jedną z nich wystawiając, żeby podać kobiecie kiedy do mnie podejdzie. - Nie zabiję cię. - odparłem, gdy znalazła się przy mnie odbierając ciężką szklankę z trunkiem. - Nie myśl tylko, że poczułem wdzięczność względem ciebie. Po postu spodobał mi się twój dywan i nie chciałbym go ubrudzić. - odparłem beznamiętnie upijając dwa spore łyki wysokoalkoholowego, ulubionego trunku kobiety. Będąc szczerym mój plan na spotkanie skończył się z chwilą jak przeszedłem przez drzwi balkonowe i teraz, już sam nie wiedziałem co miałbym zrobić. Nawet nie mogłem spojrzeć na nią kątem oka, bo akurat tego kąta w polu widzenia mi brakuje. Sine oko i blizna na skroni i policzku - jedyna pamiątka, która została mi po tamtym dniu, gdzie oboje w pewnym stopniu zawaliliśmy. - A tak szczerze... - zacząłem opróżniając szklankę, która zaraz potem wylądowała na blacie. - Dziękuję ci... Mimo wszystko, chociaż cholernie naraziłaś mojego brata, przez co jestem na ciebie wściekły, ale... Gdybyś tego nie zrobiła... Możliwe, że ocknąłbym się dopiero kiedy ktoś zrobiłby to naprawdę. Tylko tyle chciałem ci powiedzieć... Żegnaj... Scarlet... - odparłem i chociaż po początkowej niechęci, ostatecznie się ruszyłem w stronę drzwi.



━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━