Oɴᴀ ᴊᴇsᴛ ᴘɪęᴋɴᴀ﹐ ᴏɴ ᴊᴇsᴛ ᴊᴀᴋ ʙᴇsᴛɪᴀ
Nɪᴇʙᴏ ɪ ᴘɪᴇᴋłᴏ﹐ ᴘɪęᴋɴᴀ ɪ ʙᴇsᴛɪᴀ
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Stojąc tak przy kobiecie z papierosem między palcami, z którego końcówki co jakiś czas odrywał się kolejny fragment popiołu, czułem jak coś cholernie zaczyna mi ciążyć na barkach i sercu. Miałem wrażenie, jakby dosłownie diabeł we własnej osobie zarzucił na mnie gruby sznur i jednostajnie ciągnął mnie w dół, żebym się stoczył jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Żebym zatracił się całkowicie w tym dziwnym uczuciu... Już sam nie wiem czego konkretnie, bo nie czułem już nawet obojętności. Teraz w mojej głowie panowała całkowita nicość, która nie pozwalała dotrzeć do mojego mózgu jakimkolwiek bodźcom. O dziwo ciepła, lekka dłoń kobiety wyrwała mnie z tego dziwnego letargu i spojrzałem na nią chyba zbyt gwałtownie... A jej spojrzenie sprawiło, że aż przeszły mi nieprzyjemne ciarki po plecach. Nic nie powiedziała, a niewiele później każde ruszyło we własnym kierunku pozostawiając niezakończoną sprawę między nami, ale tak szczerze? Miałem dziwne przeczucie, że już dawno ją straciłem, a wszystko to co zaszło między nami dzisiejszego dnia, było zaledwie iluzją... Wymysłem mojego umysłu, który do zwykłej czynności od razu nadpisuje jakąś niestworzoną teorię, dla tylko jemu znajomych powodów. Dla mnie to wszystko stało się bezsensowne i niepotrzebne. Tak jak ja i moja egzystencja. Cóż... Może właśnie to przez takie myśli zgięcia moich łokci ponownie są oznaczone niewielkimi nakłuciami po igłach, a w kieszeni noszę awaryjną działkę... A może właśnie to przez to moja głowa jest bombardowana takimi myślami?
»»————- ★ ————-««
Zdziwił mnie nieco telefon od Scarlet. Bardziej spodziewałbym się telefonu nawet od samego prezydenta Stanów Zjednoczonych albo angielskiej królowej, ale Scarlet? Odebrałem, a słowa jakie padły z jej ust... Tym bardziej mnie zdziwiły, no ale skoro tak bardzo chciała się ze mną spotkać, to w końcu co mi szkodzi? O odpowiedniej godzinie stawiłem się w hangarze. Wyłaniając się zza dziwnej kotary, dostrzegłem praktycznie puste pomieszczenia, gdzie na jego środku stała kobieta wpatrująca się we mnie bliżej nieokreślonym wzrokiem. Zlustrowałem ją wzrokiem, zaraz kierując w jej stronę swoje leniwe kroki. Szczerze nie wiedziałem po jakiego chuja mnie tutaj ściągnęła i miałem zamiar się tego dowiedzieć, ale kobieta mnie ubiegła. Zatrzymał mnie jej ton... - Jaki w tym sens? - zapytałem od niechcenia chowając dłonie w przednie kieszenie spodni, ale to był mój błąd. Z kolejnym pytaniem pięść kobiety spotkała się dość boleśnie z moją twarzą. Momentalnie poczułem jak moje usta wypełniają się mazią o metalicznym posmaku, a każdy ruch szczęką, sprawia mi ból. To jednak w dalszym ciągu nie zmieniło mojego nastawienia, a jak tylko podniosłem głowę, od razu wlepiłem w nią swoje beznamiętne spojrzenie... Z goła inne niż miałem kiedyś, ale jednak. Dlaczego mnie okłada? I dlaczego zadaje mi pytanie, na które sama zna odpowiedź, ostatecznie to ona zadzwoniła do mnie i ściągnęła mnie tutaj. Jaki jest tego wszystkiego sens, poza tym, że niewielki?
Mimo wszystko starałem się bronić, chociaż jej ciosy stawały się coraz silniejsze i coraz celniejsze. Coś mi mówi, że grubo pożałuję dzisiejszą noc, a kolejne dni będą dla mnie dosłownym koszmarem. Po kolejnym mocnym i wyjątkowo celnym ciosie, odskoczyłem od niej spluwając na bok krwią, a wraz z nią poleciał ząb, którego jakimś cudem mi wybiła. Krew zalewała mi oczy i ledwo trzymałem się na nogach, z czego to ostatnie było raczej spowodowane narkotykami w organiźmie, aniżeli ciosami kobiety. Początkowo mój mózg nie zarejestrował obecności drugiego głosu odbijającego się od pustych ścian hangaru. Dopiero po chwili coś jakby zaczęło mi świtać... Mezo... Podniosłem gwałtownie głowę ścierając krew z twarzy, żeby móc cokolwiek zobaczyć. - Mezo... - powiedziałem słabo czując nagle na sobie jego dłonie, pomagające mi utrzymać pion, jednak nie na długo. Rozwścieczona kobieta oderwała ode mnie brata, a we mnie... Nagle jakby coś pękło i roztrzaskało się na kawałki. Ciężar na barkach i ucisk na sercu jakby nagle zniknęły, a w głowie zapaliła czerwona lampka... Ktoś śmiał dotknąć twojego brata... Dziwny głos odbijał się po mojej głowie, a zaraz - Strzał... Momentalnie mój wzrok powędrował w stronę ściany, gdzie... Bezwładne ciało mojego brata osunęło się na podłogę. - Mezo!... - krzyknąłem i momentalnie znalazłem się przy bracie zatrzaskując jego bezwładne ciało w swoich ramionach. - Mezo... nie, nie, nie... Nie zamykaj oczu, błagam... Patrz na mnie... Nic ci nie będzie, tak?... Mezo... - mówiłem w amoku zaczesując jego włoski do tyłu, ścierając kropelki potu ze skroni i stróżkę krwi, która wypłynęła z kącika jego ust. Jednak... Po chwili jakby wszystko do mnie wróciło, a zarazem dotarło. - Braciszku... - szepnąłem przyciągając do siebie ciało brata i w rozpaczy je przytuliłem. - Wybacz mi... - szepnąłem odsuwając się delikatnie i kładąc jego ciało na ziemi, zamknąłem jego oczy, które w dalszym ciągu miał delikatnie otwarte. I właśnie w tym momencie nie wytrzymałem... A po moich policzkach spłynęło kilka pojedynczych łez, które jednak szybko starłem zakrwawioną ręką.
- To był twój błąd... - powiedziałem beznamiętnie podnosząc się z kolan, a w moich oczach gościła chęć mordu. Wręcz cały się trząsłem, a głos w mojej głowie tylko powtarzał jakieś stare regułki, które powtarzałem na samym swoim początku. Odwróciłem się w stronę kobiety i niewiele myśląc rzuciłem się na nią. Nagle wszystko to co było między nami przestało mieć znaczenie. Ona zabiła mojego brata, jedyną osobę, dla której znajdowałem pretekst, żeby wstać z łóżka, żeby nie pociągnąć za spust pistoletu, którego lufa jest skierowana w moja skroń... Ona odebrała mi ten jeden konkretny powód do życia... Więc ja teraz odbiorę życie jej... Odgłosy walki mieszały się z naszymi ciężkimi krokami, dyszeniem i krzykami, które sprawiały, że tak bardzo nie hamowałem się jak przy potyczkach sparingowych... Teraz walczyłem, żeby zabić... Odebrać życie i móc pomścić śmierć brata... Kobieta nigdy nie widziała mnie w takim wydaniu, ba... Nikt mnie takiego nie widział, bo jeszcze nigdy nikt nie doprowadził mnie do takiego stanu i chociaż już kiedyś można było mnie nazwać maszyną stworzoną do zabijania... W tym momencie targał mną model zdecydowanie wyższej generacji. Bardzo szybko sprowadziłem kobietę do parteru uniemożliwiając jej jakiekolwiek ruchy i spojrzałem prosto w oczy swoim beznamiętnym, pustym, pełnym chęci mordu spojrzeniem. - Nie zabiję cię tylko dlatego, że on nie chciałby widzieć jak staję się potworem... A teraz żyj skoro miałaś na to wystarczająco odwagi, ale pamiętaj... Znajdę cię... I zapierdolę jak psa... - Mówiłem cicho trzymając twarz bardzo blisko jej twarzy, dzięki czemu mogła wręcz poczuć mój oddech na policzkach. - Chciałaś, żebym wrócił... Masz co chciałaś... - odparłem i podniosłem się już bez słowa podchodząc do ciała brata.



━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━