🇵🇷🇿🇾🇯🇦🇨🇮🇪🇱🇺 🇲🇴́🇯﹐
🇳🇮🇪 🇼🇮🇪🇸🇿 🇯🇦🇰 🇹🇴 🇿🇦🇧🇴🇱🇦ł🇴﹐
🇩🇿🇮🇸🇮🇦🇯 🇸🇵ł🇦🇨🇦🇲 🇩ł🇺🇬﹐
🇨🇭🇴🇨🇮🇦ż 🇹🇴 🇮 🇹🇦🇰 🇿🇦 🇲🇦ł🇴.
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Różnego rodzaju myśli dosłownie bombardowały moją głowę, nie pozwalając zebrać jakichkolwiek wniosków. Byłem wrakiem człowieka i to dosłownie. Potrzebowałem adrenaliny, a spacery nocą po dachu własnego domu, od samego początku, nie pozwalają mi jej sobie dostarczyć nawet w najmniejszym stopniu. Potrzebowałem czegoś więcej i to zdecydowanie. Wystarczyłaby mi jakaś porządna bijatyka, albo chociaż jakiś wyścig na motorze czy samochodowy... Zlecenie byłoby spędzeniem marzeń i choć drobnym dowodem na to, że lider nie chce mnie skreślić z listy członków gangu, dając zadanie teoretycznie niemożliwe do wykonania. Może tak właśnie być i jest możliwość, że lider myślał już o tym od dawna, ale mając świadomość tego, jakie ja potrafiłem wykonać zlecenia w swojej karierze... Dlatego tak wiele czasu mu to zajmuje. Być może w tym momencie swojego życia jestem tak bardzo zdeterminowany, żeby wziąć każde zlecenie to nie każde może się potoczyć zgodnie z oczekiwaniami władzy. Aj ciężki mój los byłego postrachu Londynu... Aktualnej ofiary losu. Miałem dosłowną ochotę zniknąć i to dosłownie. Jestem już drugi raz w takim momencie swojego życia, że mam ochotę sięgnąć po broń, jednak tym razem wycelować ją w swoją skroń. Tyle, że dalej od tej decyzji powstrzymuje mnie brat, który w dalszym ciągu siedzi pod drzwiami mojego pokoju i opowiada różne rzeczy, jakby niewiele się zmieniło. Dalej obaj palimy papierosy, siedząc razem, z taką różnicą, że już nie w kuchni, a rozmowa Meza zmieniła się z dialogu w monolog. Wiedziałem, że się martwi, ale w dalszym ciągu nie potrafiłem mu spojrzeć w oczy. Bałem się... ale pierwszy raz w życiu, nie wiedziałem czego ten strach dotyczy.
Początkowo słowa kobiety tak jakby zupełnie do mnie nie dotarły. Jej stwierdzenie, że tam była, była dla mnie informacją tak bardzo niedorzeczną, że aż niewartą uwagi. Też reakcja kobiety nie wpłynęła na mnie jakoś znacznie. Zupełnie jakby nie chodziły do mnie żadne bodźce z zewnątrz, a w wielkiej przestrzenie pozostał tylko ja i kieliszek, którym cały czas się bawiłem, chociaż w tym momencie mogłem przypominać już maszynę, która powtarza zaprogramowane w niej ruchy. Dopiero jej kolejne słowa zaintrygowały mnie na tyle, żeby podnieść wzrok i zatopić go w jej oczach, który zaczęły przybierać nieco spanikowany i zestresowany wyraz. Kobietę coś gryzło, a do mnie dalej nie docierały jej słowa. Dopiero po dłuższej chwili coś jakby przeskoczyło w moim umyśle i zrozumiałem co kobieta próbowała mi przekazać. Wściekłem się. Kobieta dosłownie wkurwiła mnie zarówno swoim zachowaniem jak i słowami, które wręcz wyrzucała ze swoich ust, ujawniając tym samym swoje zdenerwowanie, stres i zwątpienie w samą siebie. Pokazała mi swoją słabość, tak jak ja pokazałem jej kiedyś swoją. Ciężko powiedzieć, czy wykorzystała nabytą wiedzę przeciwko mnie, czy jednak postanowiła zachować ją dla siebie, ale sam fakt... Wprowadzał mnie w tak duży stan poirytowania, że nie wytrzymałem. Wstałem szybko i z pewnością w kroku, wyszedłem za kobietą przed bar. Nie powiedziałem nic, jedynie wyciągając zza pleców nóż, powaliłem kobietę i zawisając nad nią, przystawiłem ostrze noża do jej szyi delikatnie nacinając cienką skórę. Moje oczy były wręcz czarne z wściekłości, a na ustach pojawił dość charakterystyczny dla mnie, cwany i pewny siebie uśmieszek. - Myślisz, że to że się nade mną zlitowałaś, teraz uratuje ci życie? Otóż jesteś w dużym błędzie. - powiedziałem swoim naturalnym głosem czując się jakbym był w jakimś transie. Nie widziałem w kobiecie godnego przeciwnika i doskonałego partnera w zbrodni. Widziałem tchórza, który wolał odwrócić się na pięcie i ocalić własną dupę, doskonale wiedząc, że w to co się wpakowałem, z góry jest skazane ka porażkę. Wystarczył jeden sprawny ruch nadgarstkiem... Ani jedna kropla krwi nie znalazła się ani na moim ubraniu, ani skórze. Ta wyuczona perfekcja była momentami naprawdę satysfakcjonująca.
A przynajmniej tak by było... A raczej powinienem powiedzieć, że to się właśnie stało. To jeden ze scenariuszy, które czasami nawiedzały moją głowę. Podniosłem spojrzenie z lekkim opóźnieniem, kierując je w stronę wyjścia z baru. Niewiele myśląc, rzuciłem banknot o dużym nominale na stolik i wyszedłem za kobietą, sięgając po własne pudełko z fajkami i zapalniczkę. Nie chciałem się na niej jakoś specjalnie odgrywać za to co kiedyś mi powiedziała, czy przez to czego się właśnie dowiedziałem. Byłem wręcz... obojętny i to było do mnie wręcz niepodobne. Ten Grenard, który zawsze bierze sprawy we własne ręce i często działa bez wiedzy gangu... zniknął. Pozostał tylko ten, który trwa, ale i ten chce zniknąć w ślady za swoim głównym wcieleniem. Wsunąłem papierowa między wargi i przez dłuższą chwilę nawet go nie odpalałem, jakbym zastanawiał się nad sensem swojego ruchu. Kiedyś coś dla mnie oczywistego stawało pod znakiem zapytania i najchętniej pozostało by bez odpowiedzi. - Masz rację... - zacząłem w końcu jednak decydując się na odpalenie papierosa. - Boję się, że stoczę się tak jak kiedyś. - odparłem zaciągając się dość porządną dawką nikotyny. Wtedy jakoś wróciło moje wspomnienie z ojcem dziewczyny, którą pokochałem, ale jak wielkim uczuciem ją darzyłem, tak wiele bólu jej sprawiłem. Na myśl o jej ojcu, wolna dłoń jakoś automatycznie powędrowała na mój bark, gdzie miałem ślad po zgaszonym papierosie. Chciałbym wrócić do czasów kiedy miałem te naście lat. Może i miałem tyle co nic, ale życie wydawało się łatwiejsze. Może wtedy dokonywałbym lepszych decyzji. Może moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.
- A wiesz dlaczego tak boli mnie fakt odsunięcia od wszelkich działań? - zapytałem po dłuższej chwili, ale nie czekałem na to aż kobieta się zastanowi i mi odpowie. Sam to zrobiłem. - Bo tylko to powstrzymywało mnie od powrotu starych nawyków. I uwierz... sam nie wiem co jest dla mnie lepsze w tym momencie. - odparłem zaciągając się po raz kolejny, a kiedy żar zapalonego papierosa zbliżał się do osmolonego filtra, rzuciłem niedopałek na bruk i zadeptałem podeszwą buta. Ktoś mógłby uznać, że jestem niepoważny. Jedynie robota i to dość paskudna powstrzymywała mnie od tego, żeby sięgnąć po narkotyki, a rodzony brat nic nie jest w stanie z tym zrobić? I to jest właśnie sedno tego wszystkiego. Już raz to zrobiłem... wolałem się odsunąć i podrzucać bratu pieniądze, samemu zaszywając się w kryjówce i ćpając do oporu. Wolałem, żeby brat miał ze mnie chociaż taki pożytek, że dawałbym mu kasę. Ja od samego początku miałem zachwianą zarówno moralność jak i hierarchię wartości... Wszystko u mnie było, jest i najpewniej będzie do śmierci zachwiane tak bardzo, że momentami nawet sam się w tym gubię. - Mylisz się jednak w tym, że Mezo poszedłby nawet pomimo mojego zakazu. To on pomógł mi odnaleźć tego faceta... Dalej wina pozostaje po mojej stronie, że nie upilnowałem wszystkiego i nie mów, że nie mogę brać wszystkiego na siebie... Jeśli chodzi o mojego brata wszystko jest inne Scar... nawet ja... - odparłem wzdychając cicho. Podniosłem głowę i wlepiłem swoje puste spojrzenie w gwiazdy. Lubiłem ten widok. Potrafił mnie bardzo szybko uspokoić w czasie, kiedy sobie nie radziłem. Teraz jednak wprawił mnie w nostalgię, która nie za bardzo mi pomagała w tym momencie. - Masz rację... Sam siebie niszczę, z resztą jak zawsze, więc... to dla mnie nic nowego. - Odparłem doskonale pamiętając akcję, która przyczyniła się do wystawienia za mną listu gończego. - Nie myśl jednak, że jesteś mi przez to cokolwiek winna. Byłaś po prostu w złym miejscu i złym czasie, albo to ja się znalazłem w tej niekomfortowej sytuacji... Nie mam ci tego za złe. Sam nie wiem jakbym się zachował będąc na twoim miejscu. Więc... decyzja o tym czy zostaniesz, czy odejdziesz... należy już tylko do ciebie. - odparłem przez cały ten czas, ani razu nie kierując spojrzenie na kobietę. Mówiąc w jej stronę ostatnie zdania, byłem ich pewny. Co więcej, nie zdziwiła by mnie jej decyzja o odejściu i zostawieniu mnie. Nie zrobiło by to na mnie wielkiego wrażenia, bo nie pierwszy raz przechodzę przez coś takiego. Przyjaciele, którzy wydawali się być tymi prawdziwymi, odchodzili, kiedy tylko sytuacja stawała się patowa, a ci nie chcieli być na straconej pozycji. Już nie raz zostałem mając przy sobie jedynie Cynthię i Meza... Chociaż w większości przypadków pozostawał mi jedynie brat. Więc jeśli Scarlet zniknie... Nie będzie to dla mnie nic nowego.



━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━