JustPaste.it

Kιedyś вyło ιɴαczej,
Zαpαмιęтαj doвre cнwιle.
Porαżĸαмι ѕιę ɴιe przejмυj,
Cнocιαż вyło ιcн тyle.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Stałem tak ze spuszczoną głową niczym skazaniec czekający w sądzie na swój wyrok, tak bardzo niepewny, jak jego domniemany czyn. Wskazówki zegara jakby się zatrzymały,  grając tym samym na mą niekorzyść. Czułem na sobie przeszywające, dominujące spojrzenie kobiety. Patrzyła na mnie nie jak na ofiarę losu, ale jak na ofiarę samego siebie i swojej psychiki. Nie musiałem na nią patrzeć. Po prostu to wiedziałem. Scarlet nie jest kobietą, spisującą na straty wszystkich, którym podwinęła się noga. Nie wiem czy było to spowodowane faktem, że była w wojsku i tak ją wyszkolono, czy powód jest tak prosty, że nie jestem w stanie go dostrzec. Albo nie chcę zobaczyć. W tym momencie chce się schować. Ukryć. Zapaść pod ziemię. Wiedziałem, że nie wytrzymam spojrzenia kobiety, więc nawet nie miałem zamiaru podnosić wzroku. Nawet jej słowa nie zmusiły mnie do tego. Chyba... Chyba niepotrzebnie się odzywałem. Może powinienem pozwolić jej odejść i sprawić, że w tedy, na podjeździe, w deszczu i w towarzystwie negatywnych emocji odbyło się nasze ostatnie spotkanie. W pewnym momencie poczułem na policzku jej ciepłą dłoń. Teraz już nie miałem wyboru, więc podniosłem głowę kierując twarz i zaraz spojrzenie w kierunku kobiety.

Jej spojrzenie, tak jak podejrzewałem, nie było surowe. Było wręcz matczyne. Już nie pierwszy raz spotykam się, że kobieta patrzy na mnie właśnie w taki sposób. W zasadzie mogłaby nią być, choć trochę głupio mieć dzieci w wieku piętnastu lat, bo właśnie tyle nas dzieli. Gest kobiety zupełnie mnie zdziwił, przez co przez pierwszą sekundę stałem jak wryty. Dopiero jak do mnie dotarło, co się dzieje, odwzajemniłem uścisk, a kiedy dostałem całusa, zamknąłem oczy. Może tego potrzebowałem. Odrobiny nie współczucia, a zrozumienia i wsparcia od kogoś w zasadzie mi obcego. Niby ciągle są przy mnie Mezo i Cynthia, ale to jest moja rodzina. Scarlet to ktoś kto ci konstruktywnie wpierdoli i jeszcze raz powtórzy, że masz zbierać dupsko z podłogi i się ogarnąć. Chyba właśnie tego potrzebowałem.

W końcu się od siebie oderwaliśmy. Na stwierdzenie kobiety skinąłem głową na znak zrozumienia i podzięki. Naprawdę nie miałem potrzeby opowiadać jej tego, szczególnie teraz. Na jej stwierdzenie uniosłem lekko brew w geście zdziwienia. Dziwnie było słyszeć rozkaz tego typu. To zarazem miła odmiana od ciągłego 'zapierdalaj do roboty'. Już nic nie powiedziałem jedynie wędrując za kobietą spojrzeniem. To chyba jej charyzma dawała mi siłę, żeby jeszcze raz dziś wejść na ring i się z kimś zmierzyć, z kimś, kto nie ma w naturze oszczędzenia nikogo, kogoś kto wie, jak zniszczyć fizycznie, by człowiek mógł podnieść się psychicznie. Wszedłem na ring, gdzie już razem z kobietą przygotowaliśmy się do walki. Zawiązałem owijki na rękach, a do ust wsunąłem ochraniacz. Kiedy i kobieta była gotowa, zaczęliśmy.

* * *

Całą mordę miałem umazaną we krwi. Oczywiście swojej, bo w tym wszystkim nabiłem Scarlet może kilka siniaków, kiedy to ona robiła sobie ze mnie pełnoprawny worek treningowy, który w dodatku chodzi i jak się go bije to nie boli. Jedynym minusem było to, że dość często trzeba było go doprowadzać do względnej pozycji wyprostowanej, bo tyle razy ile wylądowałem na macie ringu przez tą jedną walkę, nie wylądowałem jeszcze nigdy w swojej karierze. Nawet moje początki wyglądały lepiej. A dzisiaj? Miałem wrażenie, że Scarlet mogłaby mną rzucać na prawi o lewo jak Hulk Loki'ego w pierwszej części Avengers'ów. Ja pierdole, muszę się ogarnąć, bo mnie baba bije... Nic tak chyba nie działa na faceta... Faceta, nie gościa z pizdą między nogami, że go płeć piękna bije. Już byłem na energetycznym wyczerpaniu, ale wykorzystałem to należycie. Przez kilka ostatnich minut widocznie się poprawiłem, broniłem i równie dobrze atakowałem. Uchyliłem się przed prawym prostym kobiety, chwyciłem za rękę, szybko się odwróciłem i przerzuciłem Scar przez swoje ramię. Zaraz po głuchym dźwięku jej upadku, dał się słyszeć drugi. To ja. Upadłem na kolana, a zaraz potem usiadłem wspierając się dłońmi na macie. - Umrę... - mruknąłem zaczynając marzyć nie o prysznicu, a o butelce wody, która czeka na mnie w torbie i kochanym łóżeczku, jak zawsze niepościelonym w moim pokoju.

 

bb47e3523145b85f24759b171092406f.jpg     30d88a43abb425e0bc751517f4c6ec40.jpg     146e3b5ea4f1c54aeef88356302d9b9a.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━