Nocą tαńczą demonч,
cαłując sıę ɯ αgonıı.
Pαtrzą nα mnıe jαk nα zdobчcz.
Wokół krążą αnıołч,
ɯırując jαk nαrkotчk.
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Sytuacja, w której się znalazłem nie była dla mnie w żadnym aspekcie komfortowa. Nieprzyjemne wspomnienia przeszłości, przeplatane z ostatnimi wydarzeniami, jak i z tą jedną, jedyną nocą, której skutki odczuję już niedługo. Byłem tego wręcz pewny. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek spotkam osobę, której jedną cząstkę rodziny pozbawię życia, bez mrugnięcia okiem, bez żadnego zawahania, czy myśli niepewności. Sądziłem, że jakimś dziwnym trafem będę tym, którego nigdy nie dopadną demony przeszłości w postaci żywego człowieka, któremu pomogę w ucieczce przed zbirami z baru, przyjmę kulkę, pomogę zlikwidować tego, który chciał zabić nas oboje, a przy okazji da zlecenie, które przekaże mi lider. Doskonale pamiętam tamtą sytuację...
Trzymałem wzrok wlepiony w jedno miejsce przed sobą. Gdzieś daleko, gdzie akurat znalazł coś ciekawego i przy okazji związanego z drogą. Milczałem. W samochodzie też wyjątkowo panowała cisza, choć zwykle słuchałem radia. Dzisiaj nic... Pomimo, że siedziała przy mnie jeszcze jedna osoba, żaden z nas nie odezwał się do drugiego słowem. To lider. Ten, w przeciwieństwie do mnie, miał wzrok utkwiony w papierach, choć światło jedynie diody na desce rozdzielczej, to ten usilnie wpatrywał się z zapisane kartki papieru. Dopiero jak wyjechaliśmy za miasto spojrzał przed siebie. Dalej, to on wyznaczał mi trasę. Zgodnie z poleceniem zjechałem na boczną drogę i znacznie przyspieszyłem. Ewidentnie kogoś szukamy. Po około trzech kilometrach kręta droga i samochód przede mną zmusiły mnie, bym zmniejszył prędkość. - Zlikwiduj. - usłyszałem w pewnym momencie pewny głos lidera. Kątem oka dostrzegłem, jak mężczyzna kieruje na mnie swoje spojrzenie i wpatruje w twarz oczekując reakcji, której jednak nie otrzymał. Wyprzedziłem samochód na pierwszym, dłuższym odcinku prostej drogi i zajechałem mu ją. Nie miał mi już jak uciec. Wysiadłem wyjmując broń, z której strzeliłem kilkukrotnie w stronę nadjeżdżającego pojazdu. W momencie jak samochód się zatrzymał, podszedłem od strony kierowcy, otworzyłem drzwi i wyciągnąłem z maszyny przestraszonego i trochę rannego mężczyznę. Uderzyłem nim o ziemię, kilka razy wymierzyłem silne ciosy prosto w twarz, a na koniec, strzeliłem w głowę. Po wszystkim wróciłem, jak gdyby nigdy nic do swojego samochodu i odjechałem.
Miałem totalny mętlik w głowie, przez który nawet nie zdałem sobie sprawy, że kobieta wyszła z domu, a co dopiero, że się do mnie zwraca. Chciałem zniknąć, albo nie... chciałem się pozbyć tych wszystkich obrazów ze swojej głowy. Ryan... Peter... Daniel... Chloe... I wielu, wielu innych poniosło śmierć z mojej ręki, z mojej jednej zbyt pochopnej decyzji, czy rozkazu z góry...
Nie byłem w stanie się odezwać i jedynie zmuszony jej ręką, podniosłem głowę i skierowałem na nią swoje spojrzenie. Moje oczy zdradzały jaki wielki smutek odczuwam przez to wszystko, przez te wszystkie wspomnienia, a ona jeszcze postanowiła mi dołożyć jeszcze trochę, tak, żebym za szybko się nie pozbierał.
Słuchałem kobiety w milczeniu, starając się, analizować każdy, nawet najdrobniejszy skurcz mięśnia jej twarzy, niespokojne mrugnięcie, czy jeszcze coś innego. Starałem się... Na niewiele zdały się te moje starania, bo najzwyczajniej w świecie nie dałem rady dodać dwa do dwóch, żeby wyszło mi cztery, ciągle wychodziła mi jedynie sprzeczność.
Nie chciałem tego słuchać, ale nawet nie miałem na tyle mentalnej siły, by się odezwać, przerwać jej, zaprzeczyć, cokolwiek. Mogłem jedynie milcząc, ze spokojem i jedynie oczami zdradzającymi co tak naprawdę czuję, przyjmować jej każde następne słowa, chociaż każde kolejne, bolało jeszcze bardziej niż poprzednie. Scarlet miała rację. Właśnie teraz powinna dobyć broni i zabić mnie na miejscu. Ulżyłoby jej, a sporo osób, chodź nieświadomie, zawdzięczałoby jej życie. Jednak nie zrobiła tego. Postanowiła użyć słów, które do mnie trafią, pomimo tego, że doskonale zdawałem sobie sprawę, że właśnie taki koniec był mi pisany od samego początku. Jednak przez to, że usłyszałem to od niej, czułem się, jakbym właśnie się o tym dowiedział. Słowa kobiety, kiedy mówiła, że zostanę sam, chyba najbardziej do mnie trafiły. Tego właśnie bałem się najbardziej. Zostać samemu na świecie, bez choćby jednej osoby, która czuła do mnie coś więcej niż tylko respekt, czy strach, a powoli właśnie tak się dzieje. Poza bratem i partnerką, która pewnie chce bym był martwy, nie mam już nikogo. Cała reszta, którą miałem, garstka przyjaciół... Wszyscy nie żyją... I to z mojej winy.
Na siarczysty policzek zareagowałem jedynie odwróceniem głowy na bok, nawet nie chciałem się bronić, czy rozmasować nieprzyjemnie piekący i pulsujący fragment ciała. - Ja już jestem martwy... - powiedziałem cicho do siebie, kiedy kobieta zaczęła się oddalać. Pobiegłbym za nią, ale moje nogi i umysł skutecznie odmawiały mi posłuszeństwa. Stałem jak kołek w deszczu przyglądając się oddalającej się Scarlet, która nic nie robi sobie z tego, że do centrum jest daleko. Mogła zabrać przynajmniej mój samochód, w tym momencie, było mi jednak naprawdę wszystko jedno. Kiedy kobieta zniknęła za rogiem, zacisnąłem mocno powieki i palce na swoich włosach, nie byłem już w stanie dłużej wytrzymać, przez co głośny krzyk opuścił moje usta, a zaraz potem upadłem na kolana.
Nie byłem już w stanie wytrzymać dłużej w tym przeklętym miejscu. Wbiegłem do garażu, z którego wziąłem duży kanister z benzyną. Wszedłem na piętro, gdzie zacząłem oblewać łatwopalną cieczą wszystko po kolei. W tym domu nie było nic wartościowego. Puste ściany i kilka mebli, zniszczone łóżka, przesiąknięta krwią kanapa, jako taka kuchnia i wiele bolesnych wspomnień. Przechodząc tak z pokoju do pokoju w mojej głowie pojawiały się coraz to nowe wspomnienia z okresu, jak budowałem ten przeklęty dom wraz z przyjacielem z dziecięcych lat. W końcu wyszedłem z budynku, wziąłem paczkę zapałek i odpaliłem kilka z nich. Przez moment obserwowałem jak ogień trawi niewielkie strzępki drewna, aż w końcu rzuciłem je na benzynę, która momentalnie się podpaliła. Wszystko co tylko dotknęła, zajmowało się ogniem. Zmoknięty już doszczętnie, wsiadłem do samochodu i odjechałem. Przez dobrą godzinę bezczynnie krążyłem po mieście starając się uspokoić, niewiele to jednak dawało. Czy zaczynam wariować?...

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━