━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Przez tych wszystkich ochroniarzy, którzy znajdowali się na zielonej części posesji, jak i w budynku, zacząłem się zastanawiać, czy mężczyzna, aż tak bardzo się boi o swoje życie, że jakiś mięśniak idzie z nim nawet do kibla. Jeszcze inny w trybie incognito, wtopiony w ścianę podaje mu papier toaletowy. Jeszcze inny towarzyszy mu pod prysznicem trzymając słuchawkę, kolejny myłby mu plecy, a następny, tak na dokładkę, lizałby mu dupę, tak jakby w przeciągu całego dnia za mało mógł pańcio to poczuć. To ten trzeci specjalnie ślęczy uwiązany pod prysznicem będzie oddawał się czynności rimmingu, żeby aby na pewno zaspokoić potrzeby mężczyzny, który kiedyś budził grozę, a teraz sam trzęsie się jak galareta. W zasadzie, czy pobyt w jego domu mojej skromnej osoby i Scar nie jest wystarczająco dla niego upokarzające? Jakby nie było wydawał tyle kasy miesięcznie, na utrzymanie całej tej bandy imbecyli, tylko po to, by dwóch zabójców tak troszeczkę rozkręcić na dobry początek zabawy. W brew pozorom ilość rzadko kiedy odpowiada jakości. Z drugiej jednak strony, ma pieniądze by utrzymywać ochronę i dostarczyć nam rozrywkę, to chuj mu w dupę...Albo nie... Kaktus będzie lepszy, bo chujem to się jeszcze może podniecić.
Uśmieszek dziwnej satysfakcji zagościł na mojej, nieco umazanej od krwi, twarzy. Scena, którą zobaczyłem zaraz po wkroczeniu przez prawie wyważone drzwi, była nad wyraz satysfakcjonująca. Pan Trzęsąca Galareta leży, już prawie zlany w gacie, na gładziutko wypastowanej podłodze, a nad nim niczym nie wzruszona Perry. No może delikatnie zdziwiona, że postanowiłem wybrać nieco mniej konwencjonalny sposób otwierania drzwi. Za bardzo to lubię, więc przepraszać nie mam zamiaru. Widząc, że kobieta ma wszystko pod kontrolą, po prostu stałem sobie spokojnie tam, gdzie stałem i obserwowałem wszystko z boku ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej, ramionami. Cóż tu więcej mówić. Sytuacja wydawała się wygrana, pomijając drobne piski, które słyszałem w uszach. Efekt uboczny używania broni palnej w małych pomieszczeniach, gdzie dźwięk nie ma za bardzo jak się rozbiec. Nie zwróciłem na to większej uwagi, nie zapowiadało się bowiem na nic nagłego i niespodziewanego.
Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jak coś idzie za łatwo, to w pewnym momencie, na pewno się spieprzy gdzieś po drodze. Chyba nie sądziłem, że i dzisiaj nie będzie odstępstwa od tej dziwnej reguły. Pierwszą taką oznaką były słowa mężczyzny, które wypowiedziane dość cicho, to miałem wrażenie, że zostały mi wykrzyczane gdzieś we wnętrzu czaszki. On wiedział... On C O Ś wiedział i nie było w tym moich żadnych wątpliwości. W momencie wręcz przeniosłem spojrzenie z faceta na kobietę, jednak ta, puściła jego komentarz mimo uszu. Może to i dobrze? Czułem swego rodzaju respekt przez Scarlet, bo widziałem co robi i jak to robi. Przed ludźmi jej pokroju jedynie głupiec go nie czuje. Na swoje szczęście, nie należę do głupców, a raczej skończonych kretynów, co pozwala mi mieć tyle lat ile mam aktualnie i nabijać kolejne lata. Oczywiście o ile wszystko dobrze pójdzie. Ale standardowa procedura, po słowach tego gnoja wszystko zaczęło się jebać. Kolejnym znakiem było to, że Perry, ni z tego, ni z owego wstała i wycelowała broń prosto we mnie... O kurwa.
Zaraz potem padły trzy strzały. Szkoda, bo byłem bardzo ciekaw, czy kobieta, rzeczywiście włoży mu to w tyłek. Moje niedoczekanie. Poczułem przeszywający ból w ramieniu, na którym momentalnie wylądowała druga dłoń. Na szczęście to tylko niewielkie draśnięcie, pociska ledwo dotknął skóry. Gorzej było z moją towarzyszką. W momencie, jak odwracałem się, by zająć się niedobitkiem, ta leciała już jak długa na podłogę. Po tym, w zasadzie, moja reakcja była błyskawiczna. Wyciągnąłem broń i resztę magazynka wpakowałem w jego klatkę piersiową, ostatnią jednak kulę skierowałem w sam środek głowy przyszłego denata. Padł trupem, a ja podbiegłem do kobiety, nawet nie zwracając uwagi na zdruzgotanego mężczyznę, którym tym razem musiała się zająć postrzelona Perry. Dostała dwie kulki co z łatwością stwierdziłem, do jednej dziurze w materiale na klatce piersiowej i jednej wielkiej plamie krwi nad jej biodrem. No tak, kamizelka, innego wytłumaczenia nie mam. Zmieniłem magazynek w obu broniach. Tak na wszelki wypadek.
- Uciskaj ranę, zabieram cię stąd. - powiedziałem stanowczo biorąc kobietę na ręce. Wycofywanie się z pozornie wyczyszczonego budynku w cale nie było aż tak proste jakby się mogło wydawać. Szczególnie z kimś na rękach... Obu zranionych rękach. Mi to jeszcze brakuje, żebym wpadł pod samochód i po prostu byłby komplet... Musiałem zaglądnąć za każdy róg, bo pozornie pozbyłem się wszystkich, a w rzeczywistości jeden mógłby zabić nas oboje. Na całe szczęście w budynku i na zewnątrz nie było już żadnej żywej duszy poza nami. Jedynym co mi w tym momencie wyjątkowo przeszkadzało, to ciągłe dogadywanie Scar. W pewnym momencie miałem naprawdę, szczerą ochotę warknąć, żeby już w końcu się zamknęła. Jednak wybrałem mniejsze zło, że akurat mój samochód był w pobliżu, to wsadziłem ją na tylne siedzenie i wręcz wykręcając oczami, na wszelkie możliwe strony, zasiadłem za kółko. Ruszyłem i w dalszym ciągu nie odezwałem się ani jednym słowem. Co najwyżej posłałem jej na wpół mordercze spojrzenie w lusterku wstecznym.
Pojechałem na obrzeża miasta. W zasadzie jak się dobrze rozpędzić to w trzech krokach od płotu jest znak oznajmujący opuszczenie stolicy. Właśnie w tym miejscu znajduje się moja baza wypadowa, z której korzystam tylko w tedy, gdy potrzebuję czasu by się pozbierać po akcji... Albo to ja kogoś muszę złożyć do kupy. Z tym miejscem jednak wiążą się moje dość silne wspomnienia, więc jestem skory zawitać tu, tylko kiedy nie mam już innego wyjścia. A w tym momencie, po prostu zabrakło mi pomysłów. Ten dom ma jedynie taką przewagę, że nikt nas tu nie znajdzie. Zaparkowałem na podjeździe, wzdychając przy tym nieco ciężko. Z sekundowym opóźnieniem wyszedłem z samochodu. W zasadzie od tamtej nocy, nie byłem tu ani razu... Te Joel, wracaj mi tu na dobrą orbitę!... Po kilku chwilach byliśmy już w środku. Kobietę położyłem na kanapie w salonie, a sam udałem się po apteczkę i wszystkie inne potrzebne rzeczy. Jak dobrze, że co jakiś czas sąsiadka przychodzi tu sprzątać, bo przecież to wszystko popadłoby w ruinę.
- Nie mam znieczulenia - oznajmiłem jak gdyby nigdy nic. Nie miałem innego wyboru, musiałem zszyć dziewczynę na żywca. Podciągnąłem górną część jej garderoby odsłaniając ranę i kawałek kamizelki. No tak, osunęła się, pewnie jak walczyła w zaroślach z tym facetem. - Nie wiem jak ty możesz w tym pracować... - powiedziałem jakby do siebie sprawdzając, czy kula wyszła na wylot, dotykając palcami miejsca, w której kula powinna wyjść. Niestety dalej tam tkwi. Okręciłem butelkę whisky i bez ostrzeżenia oblałem ranę kobiety. Nie reagowałem na jej przekleństwa. Tylko klękając przy kanapie sięgnąłem po specjalne kombinerki, którymi bez większych problemów wyciągnąłem nabój. Był w całości. Ponownie oblałem ranę alkoholem i zacząłem ją zszywać, wcześniej jeszcze dezynfekując igłę, oraz swoje dłonie. Nie narzekam na swoje zdolności szycia, więc i ona nie powinna. Przy tym wszystkim myślami byłem połowicznie tutaj, przy niej i w tym domu. Druga połowa błądziła pomiędzy wspomnieniami z przed kwadransu, a tymi, które mają już dobre dwa lata.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━