━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Zasnąłem. Totalnie nie wiem, w którym momencie odleciałem, zatapiając swój umysł w spokojnych, sennych myślach. Może coś prawdy było w słowach Scarlet sprzed kilku dni. Stosunek pozytywnych i negatywnych kwestii mojej pracy jest tak kuriozalny, że nawet szkoda wspominać. Spokojny sen przytrafiał mi się stosunkowo rzadko, głównie przez taki, a nie inny tryb życia, natarczywe myśli dotyczące przeszłości, czy ostatnich zleceń, które w szczególnym stopniu zapadły mi w pamięci. Ostatnio też niewiele spałem. Zlecenia nie wybierają czasu, w którym muszą zostać wykonane, dlatego przywykłem do nocnych wypadów. Siedemdziesiąt parę godzin bez snu w pewnym momencie przestało być dla mnie czymś niezwykłym. Od taka zwykła część mojej pracy. Nawet zmęczenie drastycznie malało, by znów szybko wzrosnąć wprost proporcjonalnie do chęci życia. Na dłuższą metę stawało się to jednak męczące. Ciągłe niewyspanie i roztargnienie sprawiały, że nie mogłem wystarczająco szybko zebrać jakichkolwiek myśli. Byłem rozdrażniony i senny zarazem.
W końcu zacząłem się przebudzać. Nieprzyjemny chłód okalał górną część moich pleców co skutecznie sprowokowało mnie do leniwego rozchylenia powiek i pogodzenia się z faktem, że pora wkroczyć w nowy dzień. Mruknąłem coś pod nosem, co nawet dla mnie brzmiało nader niezrozumiale. Leżałem na brzuchu z twarzą wręcz wciśniętą w poduszkę. Odwróciłem się tak, by skierować swoje spojrzenie ku drugiej części łóżka, gdzie spodziewałem się ostrzec roznegliżowaną kobietę. Ku mojemu zdziwieniu i lekkim zawodzie przedstawicielki płci pięknej nie było obok. Westchnąłem ciężko wręcz ze zrezygnowaniem. Czułem się wykorzystany? Olany? Senny... Przetarłem zmęczoną twarz, a po chwili wstałem. Od razu skierowałem swoje kroki ku łazience, gdzie zamierzałem wziąć szybki, lodowaty prysznic, który zawsze pomaga mi się rozbudzić. Postrzelony ostatniej nocy bark ciągle dawał mi się we znaki, tyle, że ból nie był aż tak nieznośny jak początkowo. Jednak nie zmieniało to faktu, że ciągle mi doskwierał.
Wróciłem do głównego pokoju już ubrany. Rozglądnąłem się po nim dostrzegając jedynie swoje rzeczy porozrzucane w artystycznym nieładzie. Dostrzegłem jednak coś jeszcze. Broń? Podszedłem bliżej szafki nocnej, a na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. Czekoladowa spluwa. Przy niej leżała niewielka karteczka, którą w momencie podniosłem, by przeczytać dwa słowa, konkretniej personalia jednego mężczyzny. Danny Wheldon...Zacisnąłem zęby i aż włosy zjeżyły mi się na karku. Znałem to nazwisko. Kilkukrotnie obiło mi się o uszy zapisując niechlubną renomę w mojej pamięci w stosunku do tego delikwenta. Jednak nie sądziłem, że znowu się pojawi, kiedy to postanowił zniknąć z ust wszystkich, jakieś kilka miesięcy temu. Jeżeli Scarlet udała się po niego, szczególnie sama, to robi się problem. I to dość spory...Sięgnąłem po telefon wybierając od razu numer swojego informatyka. Zadanie dla niego było proste. Zdobyć adres Wheldon'a zanim ja zdążę się odpowiednio uzbroić.
Zacząłem pakować swoje rzeczy, a po około 10 minutach, załatwiając wcześniej wszystkie formalności, udałem się do domu. Trochę mi to zajęło, bo musiałem cholernie uważać, by w tak zwanym między czasie nikt nie postanowił mnie kropnąć i zrobić to nad wyraz skutecznie. W końcu dotarłem i bez zastanowienia rzuciłem plecak na półkę w przedpokoju udając się do salonu, gdzie mieściła się jedna z wielu moich skrytek na broń. Taka różnica, że ta akurat była największa z nich wszystkich. Wymieniłem zużyte magazynki, zostawiając je do uzupełnienia. Teraz nie mam na to czasu. Wyposażyłem się też w noże, może się przydać. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to na posesji mężczyzny, aż roi się od ochroniarzy uzbrojonych po zęby, którzy nie pytają, tylko od razu strzelają do wszystkiego co się rusza. Dziwne, że sami siebie nie są w stanie wymordować przy takim morderczym nastawieniu.
W momencie jak ubierałem skórzaną kurtkę i sięgałem po kluczyki do samochodu odezwał się mój telefon. W treści SMS'a był zapisany dokładny adres, pod którym znajdę poszukiwanego mężczyznę. Na moich ustach momentalnie pojawił się złowieszczy uśmieszek, tak dla mnie charakterystyczny w takich sytuacjach. Już nie zostało mi nic innego, jak udać się pod wskazany adres. Byłem tam dosłownie po dziesięciu minutach. To trochę przerażające jak blisko siebie mieszkamy. Zaparkowałem centralnie, wręcz lekceważąco, po drugiej stronie ulicy. Posiadłość była otoczona dość gęstą zielenią, więc domu nie można było przez nią dostrzec. Z drugiej strony i tak jest spory kawałem pomiędzy budynkiem, a pasem drzew. Z cichym westchnięciem wysiadłem z samochodu i skierowałem się ku posiadłości. Początkowo szedłem normalnie, jak człowiek, po brukowanej drodze, jednak po kilkunastu metrach wszedłem w zarośla. To było bardziej prawdopodobne spotkać Scar w krzakach niż na otwartej linii strzału.
O dziwo przez kilka minut jak chodziłem pomiędzy drzewami nie spotkałem żadnego strażnika, jednak do moich uszu dobiegły odgłosy szamotaniny. Zabijcie mnie jeżeli się mylę. Początkowo zbytnio nie wychylałem się zza gęstych drzew. Zrobiłem to dopiero w tedy, gdy byłem w większym stopniu pewny, że wpadnę na kobietę bawiącą się w 'kto kogo pierwszy zapierdoli', a nie bandy ochroniarzy w trakcie gry 'kto komu pierwszy wpierdoli'. Na moje szczęście wersja numer jeden okazała się być w stu procentach trafna, więc jak tylko wyszedłem zza linii drzew kobieta wycelowała we mnie z broni. Ja, jak to ja, z bliżej nieokreślonym spojrzeniem odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się dymem. Skoro i tak już trzyma mu przysłowiowo nóż przy gardle to co mam się wyrywać i zgrywać jebanego bohatera, którym i tak nie jestem.
- Ustalaliśmy już to - odparłem jak gdyby nigdy nic wzruszając przy tym ramionami. Ahh to moje lekceważące podejdzie zapędzi kiedyś moje szanowne cztery lidery w srogie tarapaty. - Dobre wyczucie to dobre wejście, proste. - dodałem z parszywym uśmieszkiem na ustach. Wykonałem też niemu rozkaz kobiety przylegając plecami do muru. Aż zazdrościłem, że nie zabrałem swojego sprzętu. Jeśli miałbym wybierać czy mam uczestniczyć na pierwszej linii, czy kogoś osłaniać, to oczywiście, że wybrałbym bramkę numer jeden, jednak do obserwacji i zdjęcia mniej dostępnych celów, zdecydowanie lepsza jest snajperka niż człowiek. Chociaż w takich przypadkach zawsze myli się tylko raz. Trochę tak jak saper, tyle, że śmierć nie koniecznie musi należeć o tych szybkich i w zasadzie bezbolesnych.
Wychyliłem głowę zza murku i rozglądnąłem się po okolicy dostrzegając od razu kilku ochroniarzy, którzy właściwie dopiero teraz pojawili się w naszym zasięgu wzroku. Reszta kryje się pewnie w budynku i po okolicznych krzakach. - Dobra. - odparłem ciągle patrząc w stronę terenu, przez który musimy przejść. - Wkraczaj, jak ich odciągnę. - powiedziałem spoglądając na kobietę. Widząc jej pytające spojrzenie, uśmiechnąłem się jedynie tajemniczo i puściłem oczko prostując swoją posturę. Wyszedłem zza murku i skierowałem swoje kroki w stronę budynku karygodnie wręcz starając się skradać. Na reakcję nie musiałem czekać długo.
Dosłownie w jednej chwili usłyszałem krzyki kierowane w moją stronę z towarzyszącymi im strzałami. Niewiele myśląc puściłem się biegiem prosto przed siebie rozglądając na około i co jakiś czas zerkając sobie za ramie. Aż dziwne ilu strażników pojawiło się nie stąd ni z owąt na pasie trawy miedzy zielenią, a budynkiem, gdzie siedzi niczego nie spodziewający się Danny. Jestem ciekaw, czy zdziwi się moim zmartwychwstaniem, czy nie. Mniejsza. My tu gadu gadu, a tu banda goryli mnie godzi. Czuję się jak ten co ucieka z piłą przed drużyną przeciwną w football'u amerykańskim. Dziwne uczucie. Wbiegłem w las po drugiej stronie budynku i tam zatrzymałem się za jednym z drzew. Nie zdążyłem uspokoić oddechu, bo zaraz za mną wpadła tam banda uzbrojonych ochroniarzy. Jednym słowem, mam przejebane.
Osiemnaście wystrzelonych kul, czyli jeden magazynek i minus trzy pociski w drugim. Minus jeden nóż z trzech plus zakrwawione ręce od krwi ofiar i mojej z popękanych kostek...a ja ciągle będę mówił, że kastet jest dla ciot. Dwadzieścia cztery trupy, jeden gdzieś tam dogorewa. Plus zakrwawione ostrze, plus jeden trup. Wyszedłem znów na trawę i ruszyłem w stronę domu. Miałem szczerą nadzieję, że kobieta jest już w środku i choć trochę zbliża się do celu. Wyważyłem drzwi mocnym kopnięciem i wparadowałem do środka z bronią wycelowaną prosto przed siebie. Szedłem pewnie przed siebie likwidując każdego ochroniarza na swojej drodze przy okazji szukając kobiety i mężczyzny. Cóż, byłoby śmiesznie gdyby ta jednak ciągle siedziała za tym pieprzonym murkiem. W końcu dotarłem do pomieszczenia, na którego końcu były duże, czerwone i do tego dwuskrzydłowe drzwi. Albo tam, albo nigdzie, zamyślałem pewnie wchodząc do pomieszczenia. Niestety drogę zagrodził mi rosły mężczyzna. Westchnąłem mrucząc przekleństwo pod nosem. W żadnym wypadku nie miałem zamiaru wchodzić w nim większą konfrontacje. Po prostu przyspieszyłem kroku, strzeliłem mu w głowę, a silny kopniak w jego cielsko spowodował, że kulturalnie otworzyłem sobie nim drzwi. Moje poprzednie wejście się jej 'spodobało', to co powie na to?

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━