JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

W moim życiu brakowało sporo osób. Poczynając od wzorca mężczyzny w postaci dobrego ojca. Nie za dobrze pamiętam też swoją matkę, która zmarła niewiele po narodzinach mojego młodszego brata. O reszcie rodziny nawet nie jest warto wspominać, bo wszyscy raczej zapomnieli o tym konkretnym odłamie Grenardów. Zaledwie garstkę tych ludzi spotkałem raz w życiu w jednej z najsmutniejszych chwil jakie kiedykolwiek miałem nieszczęście przeżyć. Pamiętam pogrzeb matki. Pamiętam zniesmaczone spojrzenia i szepty za moimi plecami kobiet, które przyszły na cmentarz tylko po to by pochwalić się nową sukienką, płaszczem, albo by dwóm małym chłopcom nie było przykro, bo przecież zawsze ta czy taka ciocia przychodziła w odwiedziny. Meza utrzymywało to na duchu, świadomość, że jeszcze ktoś poza nami pamiętał tę kobietę, której ciało powoli jest transportowane półtora metra w głąb ziemi.

Ja jednak znałem prawdę. Nikogo nie obchodziło kto leży w drewnianej trumnie, jak ta osoba wyglądała, czy kim była, dla dwóch chłopców, sierot pozostawionych na pastwę losu. Matka będzie gnić w ziemi, aż jakiś bogaty biznesmen mający za dużo czasu i pieniędzy nie postanowi pierdolnąć w tym miejscu fabryki, bo czemu by nie. A ojciec? Największa szuja rodu też tam jest. Stoi na uboczu pochłonięty alkoholową modlitwą nad tym, że nikt nie będzie chciał mu dawać dupy. Patrzyłem na niego przez wymuszone łzy. Czekałem na jakąkolwiek reakcję, ten jednak był zbyt pochłonięty butelką wódki, by zauważyć wyczekujące spojrzenie własnego syna. 

Dlaczego zasłoniłem Scarlet własnym ciałem? Z jednego prostego powodu, chociaż dla części mógłby się on wydać prozaiczny. Otóż przy naszym pierwszym spotkaniu to ona, w pewnym sensie mnie ochroniła, potem dostałem zjebę, przeżyłem gadkę umoralniającą i dała mi dobitnie znać, że wymaga ode mnie, bym zmienił swoją złą drogę życia, na lepszą. A kto tak robi? No właśnie tak, matka. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, że Scarlet na potrzebę bycia dla kogoś matką, a ona pewnie wyczuła mój niedosyt w związku z brakiem matki. Nigdy nie uważałem i nigdy pewnie tak nie będzie, że to los, fatum, proroctwo, zwał jak chciał, rządzi ludzkim życiem, ale raczej nie przypadek, że spotkaliśmy się w tedy i stało się to co się stało. 

Kiedy mnie usadowiła na krześle i tak nie miałem nic do roboty to zastygłem w bezruchu z zaciśniętą ręką na nieustannie krwawiącym ramieniu. Obserwowałem poczynania kobiety. Wojskowa, stwierdziłem dość szybko. Zawsze gotowa na każdą ewentualność i gotowa do podjęcia niezbędnych działań, by rozwiązać sprawę. Lubię takich ludzi, z nimi bardzo dobrze się pracuje, bo sami dobrze wiedzą co oczekują i co potrafią, a nie plotą farmazonów na temat, jacy to oni nie są wspaniali. Wybujałe ego to jedno, ale zawalenie zlecenia, to to już jest grubsza sprawa. 

W odpowiedzi na jej pytanie ciągle milczałem tkwiąc w całkowitym bezruchu. Niby co jej miałem powiedzieć? Że chcę ją lepiej poznać, potrzebuję jakiś informacji, przysługi, czy cholera jedna wie co jeszcze? Jak mam być szczery to sam nie wiem jak powinienem odpowiedzieć jej na to pytanie. Po prostu wiedziałem, że powinienem to zrobić, zamiast siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż sprawa sama się rozwiąże. Ale się nie rozwiąże. Nic w życiu nie robi się samo. Zawsze musiał całą reakcję łańcuchową reakcję wywołać impuls, który nieumyślnie nadał człowiek. - Lubisz sobie dopowiadać, co? - odparłem szybko kontynuując myśl. - Po prostu nie lubię siedzieć z założonymi rękami. Do tego wydajesz mi się taką osobą, za którą warto przyjąć kulkę. - powiedziałem szczerze, chociaż ze swoim charakterystycznym, wyprutym z emocji głosem.

- Obiecuję, że następnym razem nawet tego nie zauważysz. - zrobiłem niewielką przerwę po chwili dodając. - Bo jak będzie trzeba, to zajmę się tym osobiście. - uśmiechnąłem się nieznacznie na gest kobiety. A nie mówiłem, że mogła by robić za matkę? A może życie jej się tak potoczyło, że zrezygnowała z rodziny. Bądź co gorsza, jej rodziny już nie ma. Na tę myśl uśmiech dość szybko zszedł mi z twarzy. Cóż, ja jeszcze mam przy sobie brata i nikogo więcej. A oboje prowadzimy taki tryb życia, że szczerze nie wiemy, czy spotkamy się następnego dnia, czy wieczór podczas którego wspólnie palimy papierosy, nie będzie zarazem ostatnim. Nie chciałbym tego dla Meza, tak jak i pewnie od dla mnie. Nie chciałem jej pytać o powody, to zdecydowanie nie był na to czas. - Jasne - powiedziałem w końcu.

W końcu po dłuższej chwili Scar była gotowa. Jeszcze podeszła do mnie sprawdzić co mi jest. Właściwie to czułem, że zaczyna mi się robić powoli słabo. Czego tu się dziwić, skoro dość spora cześć mojej krwi zamiast płynąć tam gdzie ma płynąć to wsiąknęła w materiał podkoszulki. Na szczęście byłem w stu procentach świadomy co się dzieje. Z pomocą kobiety opuściłem budynek. Zupełnie dałem jej się poprowadzić, aktualnie nie za bardzo uśmiecha mi się konkurowanie z nią na tle doświadczenia w zawodzie, bo najpewniej przegrałbym na starcie. Przeszliśmy jeszcze koło mojego samochodu, z którego wyciągnąłem swój plecak, również wyładowany po same brzegi najpotrzebniejszymi rzeczami. Chociaż stary komandos i tak uznał część tych rzeczy na zupełnie nie przydatne i zbędne do czegokolwiek. 

»»————- ★ ————-««

Szczerze zacząłem czuć się jak w wojsku. Szybkie, krótkie i twardo wypowiedziane komendy to jedyne vo mogłem usłyszeć od kobiety od momentu opuszczenia jej mieszkania. Brakowało mi jedynie maszerowania na wznak, a tak to byłby już komplet. Ponownie posłusznie wykonałem jej polecenie, chociaż stało się to dla mnie dosyć męczące zważywszy na to, że mało kto i mało kiedy ma okazję mi rozkazywać. Dziwne to uczucie. Mruknąłem w geście protestu i w sumie też trochę bólu, jednak zacisnąłem zęby i tylko odchyliłem głowę szczelnie zamykając oczy. Odebrałem od kobiety pełną butelkę i upiłem kilka większych łyków. Chuj, że krew w tym momencie zrobi się rzadsza, ale trochę czasu do tego upłynie, a mnie przynajmniej nie będzie boleć aż tak bardzo. Z resztą robię tak zwykle, a doświadczenie ze zszywaniem sobie właśnie takich ran, mam dość spore, ale skot aż tak bardzo chce się wykazać Scarlet, to nie mam nic przeciwko temu.

- Mam tylko nadzieję, że za jakiś czas, nie będziesz musiała ożywiać mnie piorunem. - zaśmiałem się cicho, jednak od razu pożałowałem swojej reakcji. Na mojej twarzy zarysował się grymas bólu, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Ponownie napiłem się z gwinta, żeby choć trochę uśmierzyć ból. Już nie raz trzeba było mnie zszywać, na tak zwanego żywca, nawet musiałem robić to samemu...jakoś zapamiętałem, że ból jest mniejszy. Zacisnąłem mocno powieki i pięści kiedy ponownie rana została obmyta wysoko procentowym alkoholem. Odchyliłem głowę czekając aż przeraźliwy ból ustąpi. W końcu otworzyłem oczy i nieco niepewnym wzrokiem spojrzałem na zaszytą ranę. - Całkiem, całkiem ci powiem. - odparłem i teraz spojrzałem w jej stronę. - Dziękuję - powiedziałem z wdzięcznością nieznacznie kiwając przy tym głową.

- Idę pod prysznic, bo nie mam zamiaru jutro sprzątać tego burdelu. - miałem oczywiście na myśli podłogę, dywan i łóżko usłane plamami krwi. Miałem nadzieję, że zrozumiała aluzje. Z plecaka zabrałem tylko spodnie i poszedłem do łazienki. To co zostało z mojej koszulki i spodnie całe umazane we krwi wrzuciłem do worka. Jutro się tego pozbędę. Wziąłem jak zawsze szybki, zimny prysznic. Hotelowe mydełka nawet dają radę. Po nie dłuższym czasie niż kwadrans wyszedłem z łazienki. Scarlett siedziała na krześle, na którym jeszcze niedawno mnie zszywała, i patrzyła gdzieś w dal.

Jej głowa tylko nieznacznie kiwała się w przód i w tył. - Lepiej idź się prześpij. Przyda ci się odpoczynek. - polnym krokiem podszedłem do niej. - Ja i tak dzisiaj nie zasnę, więc chociaż ty odpocznij. - podszedłem do niej, ale nie zareagowała. - Scarlet? - zapytałem w końcu i stanąłem przed nią. Spała...uśmiechnąłem się jedynie pod nosem. Pomimo potwornego bólu w ramieniu przeniosłem kobietę na łóżko, zdjąłem jej buty i przykryłem cienką kołdrą. Sam natomiast usiadłem na krześle i starając się zając czymś myśli czekałem na nadejście następnego dnia, który mam nadzieje, że będzie spokojniejszy. 

 

6ff3feb91a91fbce7338d9648f93c8f8.jpg     ec5c99d09c4710486ea6ac9e88926ab7.jpg     b4524b698f68999e2f1bee707271634b.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━