Hᴇʏ ᴋɪᴅ...
Tʀʏ ɴᴏᴛ ᴛᴏ ʙᴇ ʟɪᴋᴇ ᴍᴇ
________________________________________________________________________________________
Gest dzieciaka kompletnie nie odnalazł się w katalogu jej oczekiwań, jednakże zapłacił już chyba wystarczająco dużą cenę, by miała go jeszcze dodatkowo z tego rozliczać. Poza tym przez myśl przebrnęło jej nawet, że być może jest jeszcze dla niego jakaś nadzieja. Bez względu na to co jej wtedy powiedział, w dalszym ciągu nie miał pojęcia o tym jak na dłuższą metę wyglądało życie mordercy. I choć brunetka nie należała do osób zbyt nadwrażliwych, to nie życzyłaby takiego losu nawet swojemu największemu wrogowi.
— W takim razie mógłbyś chociaż zachować reszki kultury i nie zapaskudzić mi ściany. — odparła równie ironicznie, choć z tonu jej głosu ciężko było wywnioskować czy mówiła poważnie czy też był to jakiś żart.
Kobieta przebiegła szybko wzrokiem po jego sylwetce, by określić wstępnie poziom jego obrażeń, a następnie powiodła spojrzeniem po całym swoim mieszkaniu, jakby w poszukiwaniu kolejnych intruzów. Wyglądało jednak na to, że dwójce pokrętów udało się rozprawić z częścią z nich, co niestety nie znaczyło, że na tym zakończył się ich bój. Teren był w dalszym ciągu niebezpieczny, jednak Scarlet i na takie okazje była zawsze przygotowana. Nim jednak podjęła jakiekolwiek kroki ewakuacyjne urwała materiał z leżącej nieopodal, świeżo wypranej koszulki i zrobiła mu prowizoryczny opatrunek. Następnie pomogła mu się podnieść i zgarnęła w odruchu jego broń, choć nie miała zamiaru jej przecież zabierać. Gnat był jego własnością lecz wydawało jej się, że chwilowo lepiej było, by to ona zajęła się potencjalną obroną.
— Musimy stąd znikać. — przyznała z góry to, co już od kilku dłuższych chwil było całkowicie oczywiste, po czym pospiesznie zajęła się przygotowaniem do ucieczki. Perry w pierwszej kolejności wyciągnęła swój doskonale schowany wojskowy plecak, który ponadto był już w części spakowany, a potem przystąpiła do wyciągania swego arsenału. Był on jednak zdecydowanie zbyt duży, aby mogła ze sobą zabrać cały, więc brała jedynie to co w danej chwili mogło się okazać najbardziej korzystne.
— Drgnęło Ci serduszko? — zapytała w międzyczasie, nie przerywając wówczas żadnej z wykonywanych czynności, mając oczywiście na myśli tylko jego sumienie. Gdy jednak odpowiedziało jej zaledwie milczenie przerwała na moment swoją batalię z bronią i uniosła na niego swoje nieco rozbawione spojrzenie. — Pewnie powiesz mi teraz, że nie chciałeś zostawić staruszki na pastwę losu. — prychnęła pod nosem, do tego kręcąc teatralnie głową. — Widzisz... tylko ta staruszka całkiem nieźle sobie radzi i nie najgorzej widzi. — przyznała całkiem szczerze, zawieszając na nim znaczące spojrzenie, które sugerowało mu, że wiedziała. — Szczególnie to ostatnie... Masz szczęście, że nie w moim interesie jest robić Ci krzywdę, bo w przeciwnym razie Twój śledzący mnie przyjaciel leżałby na dnie rzeki, już od pierwszego dnia. — skwitowała jak zawsze zbyt pewna siebie, jednak Bóg jeden wiedział ile w jej słowach było właśnie prawdy. Zaraz po tym wróciła od razu do wcześniejszego zajęcia, jak gdyby nie powiedziała właśnie kompletnie nic nadzwyczajnego. — Tak czy inaczej, nie uważasz, że to trochę nieładnie? — zerknęła na niego kątem oka i dodała. — To był ostatni raz, jasne? — celowo pogroziła mu żartobliwie palcem, choć jej wypowiedź była wyjątkowo poważna. Bez względu na to jakie kierowały nim przesłanki nie podobało się jej, że usiłował jej doczepiać ogon. Wiedział rzecz jasna jedynie tyle ile pozwoliła mu wiedzieć, jednak mimo wszystko wieczne pilnowanie swoich tajemnic i istnienia zaczynało być co najmniej nudne, dlatego zwyczajnie wolała go o tym uświadomić, niż drzeć koty na śmierć i życie.
Po paru minutach miała już wszystko. Wbrew jej podejrzeniom z jej towarzyszem wcale nie było tak dobrze, jak się jej wcześniej wydawało. Mógł mówić co chciał lecz Perry znała ten stan z własnej autopsji i wiedziała, że coś trzeba na to poradzić. Wprawdzie nigdy nie lubiła wcielać się w chirurga, jednak szpital w obecnej sytuacji całkowicie odpadał. Przynajmniej jedno z nich z pewnością było poszukiwane, zaś rana w jego ciele w dalszym ciągu gościła pocisk, a i bez niego była wystarczająco poszarpana by jednoznacznie stwierdzić postrzelenie. I chociaż zapewne powinna była odstawić go do domu, albo w jakieś bezpieczne miejsce i po prostu zniknąć, to jakoś nie potrafiła się odwrócić do niego plecami. Nie chodziło już nawet o matczyny temperament, ale o to czego nauczyło ją wojsko. Nigdy nie zostawiać swoich. Raz kiedyś popełniła już ten błąd i ani myślała popełnić go znowu, nawet jeśli obecnie znajdowała się daleko poza armią. Większość jej podobnych w tej branży nie posiadało za grosz honoru, jednak ona posiadała go aż nadto.
— Idziemy. — zarządziła w końcu i zarzuciła na plecy całe swoje oporządzenie, następnie sprawdzając ponownie jego ranę. Uraz w dalszym ciągu dość mocno się sączył, jednak solidne uciski jego dłoni sprawiły, że dał im nieco więcej czasu. Scar pozwoliła mu więc na to, by podparł się nieco na jej osobie i ruszyła powoli do tylnego wyjścia.
Po jakimś czasie ich dwójka była już w drodze. Scarlet ówcześnie pozbyła się telefonu, zmniejszając tym samym szanse na ich możliwie zlokalizowanie i pomknęła w kierunku jednego z moteli. Póki co to jedyne co przychodziło jej do głowy, tym bardziej, że musieli uporać się jakoś z jego obrażeniami, a i wymyślić do robić dalej. Jeżeli zapadł wyrok śmierci tylko na nią to było po problemie, mogła się tym sama zająć. Jeśli jednak skazano i jego... to znaczyło już wojnę. Nie przez jakąś szczególną ważność, po prostu o czyjeś życie walczyło się dużo prościej aniżeli o swoje.
Kryjówka na obrzeżach miasta wydawała się jej zbyt oczywista, dlatego kobieta zdecydowała się na coś bardziej niekonwencjonalnego. Postawiła na większy hotel, nieopodal centrum, bo w końcu podobno najciemniej jest pod latarnią. Na wszelki wypadek wybrała jednak pierwsze piętro, ponieważ z tego łatwiej było zniknąć. Po wkroczeniu do nowego azylu nie pomyślała nawet przez chwilę o obmyśleniu nowego planu, a jedynie skupiła się czarnowłosym, ponieważ poniekąd czuła się winna takiemu obrotowi spraw.
— Siadaj. — zaleciła od razu i nie czekając nawet na jego odpowiedź posadziła go na jednym z krzeseł, gdyż domyślała się, że ani myślał, by pozwolić się położyć. Poza tym doskonale go rozumiała, gdyż sama nienawidziła być uzależniona od kogokolwiek.
Mimo ogromu myśli kłębiących się w jej głowie przez cały ten czas nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego zgromadziła wszystkie potrzebne narzędzia i przystąpiła do rozbrajania bomby. Kiepski był z niej raczej lekarz, tym bardziej, że nie posiadała w sobie zbyt wiele fizycznej czułości. Bywało więc, iż pewne manewry wykonywała niestety zbyt ostro i dobitnie. Spodziewała się, że tym razem niestety nie będzie inaczej. Mimo to póki co wolała o tym nie myśleć.
— Co my tu mamy... — mruknęła bardziej do siebie, aniżeli do niego, zaraz po tym, jak pozbawiła go koszulki. W chwilę potem pociągnęła z butelki większy łyk szkockiej, po czym przechyliła ją w kierunku rany, aby móc ją nieco oczyścić. Na szczęście było dużo lepiej niż się spodziewała, gdyż kula utkwiła dosyć płytko. Mimo to przerwała na tyle dużą ilość naczyń krwionośnych, że dwójka przestępców dostała efekt lejącej się hektolitrami krwi. Po niezbyt dokładnym oczyszczeniu postrzału, bo większych możliwości nie było, Perry zaczęła wyciągać strzępki pocisku, co zajęło jej niestety dobrych parę minut przez roztrzaskanie się w jego ciele kilku elementów. Gdy zorientowała się, że pozbyła się już wszystkiego, ponownie odkaziła jego ranę i zabrała się za skrupulatne zaszywanie.
— Potwór Frankensteina prawie gotowy... — skomentowała dość nietrafnie, choć bardziej miała na myśli swoje umiejętności, aniżeli jego wygląd zewnętrzny czy mentalną anomalię.
________________________________________________________________________________________