Dᴏ ɴᴏᴛ ᴍᴀᴋᴇ ᴍʏ ᴍɪꜱᴛᴀᴋᴇꜱ
Bᴇᴄᴀᴜꜱᴇ ʏᴏᴜ ᴡɪʟʟ ᴀʟꜱᴏ ʟᴏꜱᴇ ʏᴏᴜʀꜱᴇʟғ
________________________________________________________________________________________
Nie lubiła przyznawać racji obcym ludziom, jednak Joel nie był już chyba taki obcy. Scarlet czuła się tak jakby znała go już od samego urodzenia, gdyż dostrzegała w nim dawną siebie. Popełniała te same błędy, zapłaciła gorzkie ceny za swoje poczynania i żal jej było tego chłopaka, bo zmierzał na to samo dno w którym ona kiedyś się znalazła. Powinna była coś zrobić, zmusić go do innych wyborów, jednak skoro znalazł się już z nią w jednym bagnie to znaczyło, że piekło zdążyło go już niestety dopaść. Kobieta skinęła jedynie głową w odpowiedzi na jego propozycję i bez żadnych zbędnych sprzeciwów pozwoliła mu się odwieźć. Droga minęła im milcząco ze względu na świszczące podmuchy wiatru, ale i brak takich słów, które mogłaby wyrazić ich obecną sytuację. Nie mieli nic co zbliżyłoby ich do celu, albo raczej tego, który na cel ich sobie obrał, więc nie pozostawało im nic innego jak tylko na tym etapie się rozstać. Kiedy byli już w miejscu w które miał ją odstawić coś nagle w niej pękło. Zeskoczyła więc sprawnie z jego motocykla i zagrodziła mu drogę, tak aby nie mógł jej jeszcze nigdzie zniknąć.
— Nie wiem ile z tego co powiem weźmiesz sobie do serca, ale... — urwała na krótki moment zawieszając spojrzenie na jego błękitnych oczach. — Ale z perspektywy czasu będąc w Twoim wieku chciałabym, żeby ktoś mi to powiedział i mnie ostrzegł. — stwierdziła całkiem szczerze, gdyż w tamtej chwili nie miała przed nim kompletnie nic do ukrycia. — Zastanów się co robisz ze swoim życiem dzieciaku. Pomyśl ile tracisz na takiej robocie. — zerknęła na niego błagalnym wręcz wzrokiem zaciskając dłonie na rączkach maszyny, odcinając mu tym samym możliwość ucieczki. — Nie wiem co pchnęło Cię w ramiona tego światka, ale uwierz, że siedzę w tym znacznie dłużej niż Ty i to nie jest dobra droga. To Cię w końcu zniszczy, upodli, wdepcze w ziemię i zniweczy resztki godności, ale kiedy będziesz myślał, że gorzej być już nie może nagle wydarzy się coś, co znów rozerwie Twoją duszę na miliard drobnych kawałków. — przyznała dość dobitnie, gdyż chciała mu w ten sposób zobrazować to co właśnie robił ze swoim istnieniem. — Pewna dziewczyna myślała dawno temu dokładnie tak samo jak Ty. Poszła do wojska. Robiła masę złych rzeczy, mordowała rzeszę ludzi. I wiesz co? Los jej za to odpłacił. Rebelianci zrobili sobie z niej plastikową lalkę i zrobili to co potrafili najlepiej. — prychnęła pogardliwie na samą myśl o tamtych wspomnieniach. — Przeżyła. Pomyślała, że od tamtej chwili będzie już lepiej i wiesz co? Myliła się. Została wcielona do CIA, zabijała, torturowała. Była w tym tak dobra, że została wpisana na niebieską listę agencji. Wiesz co to? Lista agentów o nieokreślonej liczbie zabójstw. Takiej, która jest tak duża, że aż jest nieznana. Takich agentów jest na świecie już bardzo niewielu. I wiesz...? Koszmary z tamtych dni śnią się jej po dziś dzień. Blizny pozostawione na ciele przypominają codziennie o piekle jakie zgotowała ludziom. W porządku, to też przeżyła. Przecież nie mogło być już gorzej prawda? — zaśmiała się nerwowo, gdyż finał tej historii, był dużo bardziej drastyczny niż nawet on mógł się spodziewać. — A jednak. Było. W bestialski sposób zamordowano jej męża, kochaną córeczkę i synka. Jak myślisz, przeżyła? Owszem, przeżyła i to było najgorsze co mogła zrobić. Wydawało się jej, że nie ma już nic, że straciła wszystko, ale wtedy też się myliła. — urwała znowu, gdyż sama nie była pewna, czy powinna była mu o tym mówić. — Było jeszcze gorzej. Najokrutniejszy w tym wszystkim jest moment w którym tracisz samego siebie. Mnie to spotkało. Oddałam godność, oddałam honor, straciłam resztki człowieczeństwa. Stałam się maszyną zdolną tylko do jednego, bo nie potrafię już normalnie żyć. A będę żyć przez jeszcze bardzo wiele lat, bo to jest nasza klątwa. Nasza kara za czyny, których się dopuściliśmy. Zanim spotka Cię koniec przejdziesz przez falę zamieci, które nie pozostawią w Twoim sercu nic o co mógłbyś w przyszłości walczyć. Pomyśl Joel, nie warto by spotkał Cię taki los...
***
Od kilku tygodniu Perry nie robiła nic co wiązałoby się ze światem przestępczym. Dała przecież niezłą reprymendę młodzieniaszkowi na którego wraz z nią polowali, co uświadomiło jej kilka istotnych wartości. Była już zmęczona. Ciągłymi ucieczkami i brudzeniem sobie rąk. Wróciła więc na uczelnię i organizowała swój pozostały czas w taki sposób, aby nie musiała mieć do czynienia z niczym co przypominałoby jej o przeszłości.
Tego wieczora brunetka nie opuszczała swojego mieszkania oddając się całkowicie pracy wykładowcy. Miała do sprawdzenia stertę papierów, które nazywane były egzaminami, co należało niestety do tych mniej przyjemnych elementów pracy. Po którejś pracy z kolei kobieta zwyczajnie odpłynęła. Scarlet od pamiętnych czasów cierpiała na bezsenność i kiepsko spała w nocy, więc chwilowe drzemki coraz częściej się jej przytrafiały dopóki nie napotkał jej w snach obraz koszmaru. Po kilkudziesięciu minutach Perry zbudziła się z dość głębokiego stanu, gdyż najwyraźniej zaschło jej w ustach. Po omacku wyszukała na stoliku szklankę, którą ujęła natychmiast w dłoń i upiła z niej kilka niewielkich łyków. Wkrótce jej czujność została jednak wzmożona. Usłyszała w oddali pewien niepokojący szelest, który sugerował jej tylko jedno. Ktoś ośmielił się włamać do jej mieszkania, więc jej reakcja była błyskawiczna. Złapała za schowanego pod łóżkiem glocka i zerwała się subtelnie ze swojego miejsca, następnie też ruszając do salonu, skąd dobiegały podejrzane odgłosy. Przemierzała pewnie kolejne metry swojego mieszkania, aż w końcu spotkała się z nieprzyjemną sytuacją. Niespodziewanie została odepchnięta na pobliską ścianę, w którą uderzyła z całym impetem, zaś w tym samym czasie do jej uszu wdarł się głośny dźwięk oddanych strzałów. W chwilę potem przed jej oczami na ziemię upadło bezwładne ciało, co podziałało na nią niczym impuls. Perry dźwignęła się natychmiast na nogi i z bronią w ręku wychyliła się poza futrynę drzwi. Ku jej zaskoczeniu dojrzała tam znaną jej już postać. Młody czarnowłosy mężczyzna uratował jej właśnie tyłek samodzielnie obrywając tuż pod sam obojczyk. Wbrew pozorom jego widok wcale jej nie ucieszył. Najwidoczniej nic z jej słów nie utkwiło w jego pamięci, inaczej nie robiłby tego, co właśnie nastąpiło.
— Zdurniałeś?! — warknęła w jego kierunku, kiedy tylko się do niego zbliżyła po czym powiodła wzrokiem po jego sylwetce w poszukiwaniu potencjalnych dodatkowych obrażeń. — Co Ty tutaj robisz...?
________________________________________________________________________________________