‣ ℒ. 𝒞.
Lilia Calderu pamięta swoje dzieciństwo jak mglistą mozaikę. Ujrzała swoje życie w całości już jako kilkuletnia dziewczynka – kalejdoskop obrazów i zdarzeń bez ładu i chronologii. Nie rozumiała wtedy, że to dar, a raczej klątwa, która miała nadać kształt całemu jej istnieniu. Wciąż przed oczami miała tamtą chwilę – śmierć jej sabatu, rozpacz, która rozdzierała duszę. Próbowała ich ostrzec, zmienić to, co miała przecież w rękach, choć sparaliżował ją strach. Widziała przyszłość, lecz nie umiała jej okiełznać. Wiedziała, że jej słowa były niczym kropla spadająca w studnię losu: nieuniknione, bezgłośne, ale nieodwracalne. Tamtego dnia, gdy patrzyła na zapadające się pod własnym ciężarem ciała kobiet, zrozumiała, że dar widzenia był klątwą.
Od tamtego czasu była sama. Samotność stała się jej towarzyszką, niemal jak siostra, która nigdy jej nie opuszczała. Wędrowała z wioski do wioski, gdzie jej dar przynosił więcej bólu niż pocieszenia. Ludzie bali się jej wizji. Nie umieli znieść tego, że przewidywała tragedie z przerażającą precyzją – śmierć dziecka, nieurodzaj, nadejście wojny. Nikt nie dziękował za ostrzeżenie. Wypędzano ją albo wręcz oskarżano o sprowadzanie nieszczęścia.
Każdy kolejny dzień był próbą przeżycia, ale Lilia trwała. Była na to zbyt uparta, zbyt dumna, by się poddać. Płonęły w niej gniew i determinacja – cechy, które pomogły jej przetrwać setki lat, choć nierzadko z trudem znajdowała sens w tym przedłużonym życiu. Widziała tyle cierpienia i zniszczenia, że czasem zastanawiała się, czy dar, który ją naznaczył, nie jest w rzeczywistości tylko przekleństwem.
Mimo wszystko nauczyła się wykorzystywać swoje zdolności. . . na swój sposób. Czasami jej wizje pozwalały jej pomóc tym, którzy byli wystarczająco odważni, by słuchać. Ale były to rzadkie chwile.
Każdy rok mijał jak kropla w oceanie czasu, a Lilia wciąż widziała przyszłość. Czasem odnajdywała w niej sens, choć zazwyczaj tylko chaos. Wiedziała jednak jedno: to, co ujrzała jako dziecko, wciąż czekało na spełnienie. Znała swoją śmierć, widziała dzień, w którym jej wędrówka się skończy. Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł.
***
Emigracja do Ameryki była jak nowy rozdział, ale nigdy nie przestała czuć na karku oddechu dawnych duchów. Cienie sabatu, którego nie mogła uratować, towarzyszyły jej przez każdą podróż, każdy krok. Były nawet tam, gdy spotkała Williama Kaplana i umieściła na nim jedno z najbardziej nieprzemyślanych, ale i koniecznych zaklęć, jakie kiedykolwiek rzuciła. Decyzja ta przywiodła ją w końcu na Drogę Czarownic, gdzie musiała zmierzyć się z nie tylko Salem Seven, ale i samą sobą.
Pokonanie Drogi Czarownic okazało się doświadczeniem zmieniającym jej życie. Nie zginęła, jak wielu przewidywało – wróciła, zmieniona, ale cała. Zbudowała namiastkę społeczności, choć przez większość swojego życia była przekonana, że nigdy nie będzie jej częścią. W dziwnym, pokrętnym sposobie ta nowa rzeczywistość przyniosła jej ulgę. A może raczej – przyniosłaby, gdyby nie pewne szczegóły. . .
Gdy była na Drodze Czarownic, straciła wszystko, co materialne. Jej mieszkanie – wyeksmitowane. Jej rzeczy – roztrwonione. Jedna rzecz sprowadziła się do drugiej i nim się obejrzała dzieliła przestrzeń z Agathą Harkness, co samo w sobie było sytuacją, której nigdy nie przewidywała.
wciąż niosła brzemię samotności, które odbijało się echem w każdym jej kroku. A jednak, ujrzała w Agathcie coś, czego się nie spodziewała: kogoś, kto nosił podobne brzemię, choć tak odmienne od jej własnego.
Agatha była ciernista jak krzew róży — pełna kolców, ale piękna w swojej surowości. Lilia nie potrafiła się od niej odwrócić. W Agathcie widziała coś, czego nie potrafiła wytłumaczyć słowami. Ich relacja była dziwaczna, pełna napięcia i sarkastycznych uwag, ale w tej surowości kryło się ciepło. Może to Agatha potrzebowała jej bardziej, niż Lilia była gotowa przyznać, ale to Lilia zawsze sprzątała bałagan po ich kłótniach — zarówno ten dosłowny, jak i metaforyczny.
***
Westview było dziwnym miejscem, pełnym niewypowiedzianych tajemnic i dziwnej stagnacji. Dla Lilii, która znała tylko ruch i zmianę, było to wyzwaniem. Mimo to, mieszkanie z Agathą było jak próba odnalezienia harmonii w chaosie.
Rankiem, gdy słońce ledwie wschodziło, Lilia zazwyczaj była już na nogach. Kuchnia była jej sanktuarium — miejsce, gdzie mogła dać upust swojej kreatywności. Gotowanie było dla niej czymś więcej niż obowiązkiem; było rytuałem, aktem magii, który przynosił ukojenie. Agatha nigdy tego nie przyznała, ale Lilia wiedziała, że ciepły posiłek potrafił ugasić najbardziej kąśliwy sarkazm młodszej wiedźmy.
Tego dnia, po porannej kawie, która była niemal ceremonią, list przyniesiony przez lokalnego listonosza zburzył pozorny spokój. Była w trakcie czyszczenia plamy po winie, którą Agatha zostawiła na dywanie (poprzedzone skierowanym ku Harkness spojrzeniem pełnym powagi i głęboko osadzonego za czami poirytowania), gdy w kuchni chwilę później w jej dłonie wpadła koperta opatrzona znakiem, który znała aż za dobrze. Ten sam, którego nadejście sama nie przewidziała.
Lilia otworzyła kopertę powoli, jakby sam akt mógł opóźnić to, co miała przeczytać. Zawartość listu była krótka, ale wystarczyła, by zburzyć jakiekolwiek miała przeczucie co do dzisiejszego dnia:
Lilio,
Potrzebujemy cię. Los naszej rodziny znów wisi na włosku. Prosimy, wróć. Ty jedna możesz nam pomóc.
Jej serce zamarło. Gdy skończyła czytać, cisza wypełniła dom. List leżał na stole, a Lilia utkwiła wzrok w zimnej filiżance kawy. Powracające wspomnienia sabatu na Sycylii ściskały jej gardło. To było tak dawno temu, kimkolwiek była ta jej "rodzina" nie znała ich, ani oni jej, a jednak była ich jedyną nadzieją. A przecież w przeszłości już raz zawiodła.
W zamyśleniu nie spostrzegła od razu, kiedy Agatha, ubrana w swój luźny szlafrok, wślizgnęła się do kuchni z typowym dla siebie błogim, choć trochę cynicznym wyrazem twarzy. W jednej ręce trzymała kieliszek wina, w drugiej pilot od telewizora. Lilia spojrzała na nią, zastanawiając się, jak wyjaśnić coś, co samej było jej trudno pojąć. W końcu westchnęła, odsuwając list w stronę Agathy.
────── Przez większość czasu jesteś prawdziwym utrapieniem, Agatha. Ty, twoje bałaganiarstwo i nieustanne ubliżanie. Jednak miałaś rację w jednej kwestii. . . Nie przewidziałam tego. Albo tej rodziny, którą najwyraźniej mam nad Morzem Śródziemnym. Kimkolwiek są. . .
To może być podstęp. Co jeśli nie jest?