Agatha zignorowała słowa Blitzo. W normalnych okolicznościach nie odmówiłaby sobie dziecinnej wręcz przyjemności, płynącej z utarczki słownej z nowo poznanym osobnikiem; nawet jeśli ta miałaby się ona zakończyć jego śmiercią z jej ręki, a nie przyjacielską kawą i zachwytami nad żałosną doczesnością. W tej chwili wyłączną uwagę Harkness pochłaniało wyłącznie to, co w pokraczny sposób wypełzało z czeluści jaskini, wyciągając w ich kierunku swoje sprofanowane mrokiem szpony. Pomimo, iż fioletowe wiązki magii raz po raz wystrzeliwały z jej palców w kierunku monstrum, ciemnowłosa wiedźma wiedziała, że ich szanse w starciu z kreaturą mającą strzec manuskryptu, są gorsze niż mierne. Już raz mierzyła się z podobnymi przeszkodami. Słudzy Chthona nie należeli do najprzyjemniejszych istot; byli oni niezwykle prymalni, wyzuci z wolnej woli, całkowicie poddani woli swego pana. Uznawali za wroga wszystko i wszystkich, którzy mogli nie działać w interesie Pierwszego Mistrza Czarnej Magii. Nawet na Darkhold - narzędzie mroku i totalnej konsumpcji duszy tego, kto położy na nim swe dłonie - trzeba było zasłużyć. Z mroku wyłoniła się szkaradna morda, której każdy cal zionął złem. Harkness uniosła dłonie, gotowa znów zaatakować, gdy kątem oka dostrzegła szybkie ruchy jej towarzysza. Zwróciła w jego kierunku skonsternowane spojrzenie swoich niebieskich tęczówek, usiłując doszukać się w jego mimice jakiejkolwiek wskazówki, która świadczyłaby o tym, że ma on jakiś konkretny plan. Zamiast tego dostrzegła jedynie zmarszczone czoło i naiwną determinację. Usta kobiety mimowolnie wykrzywiły się w uśmiechu lawirującym między pobłażliwością a zdegustowaniem. Krzyk Blitzo rozniósł się echem po zdewastowanej komnacie, gdy ten rzucił się w kierunku demona. Odprowadzając go spojrzeniem, przez głowę brunetki przemknęła myśl aby wykorzystać okazję i zniknąć, pozostawiając tą dwójkę samą sobie, choć była gotowa obstawić ciężkie pieniądze na wygraną paskudnej kreatury. I bynajmniej chodziło tu o impa. Nim wiedźma podjęła decyzję odnośnie pozostania lub ucieczki, potwór cisnął jej towarzyszem o ścianę z taką łatwością, jak gdyby strzepywał z ramienia pyłek. Na słowa Blitzo, Agatha zrobiła teatralnie zdziwioną minę, wzruszając przy tym ramionami.
─── Błąd początkującego. ─── rzuciła przesadnie przesłodzonym, niewinnym głosem, w jednej chwili odrzucając jednak swoją prześmiewczą postawę, aby uchylić się przed głazem, który sługus Chthona cisnął w jej kierunku; kamień roztrzaskał się na drobne kawałki po zetknięciu ze ścianą, zaś brunetka momentalnie poderwała się na równe nogi. ─── Sukinsyn! Tego nauczył cię twój pan, zwierzaku? Miałam go za bardziej wyrafinowanego.
Wiązka fioletowej magii wystrzeliła w stronę demona, trafiając go w ramię, co wydarło z jego paskudnej gardzieli pełen gniewu ryk. Agatha liczyła na to, że uwaga ich przeciwnika skupi się teraz wyłącznie na niej lecz była w błędzie - ataki mrocznej kreatury nadal koncentrowały się na Blitzo, przez krótką chwilę powodując konsternację u kobiety. Dlaczego? Czemu potwór nie atakował, choć zdecydowanie odczuwał jej ataki? Czy dlatego, że jej dusza nosiła niezmazywalne piętno posiadacza Księgi Grzechu? A może dlatego, że to jej niefortunny sojusznik zaatakował go bezpośrednio i przez to uwaga demona na ten moment skupiała się wyłącznie na nim, uznając go za nadrzędne zagrożenie? Harkness z trudem powstrzymała ironiczne parsknięcie, posyłając kilka kolejnych promieni w kierunku wroga. Ruchy jej towarzysza były w istocie kocie, jak to sama je nazwała nieco wcześniej, choć w prześmiewczej manierze, i być może miał jeszcze kilka asów w zanadrzu lecz wiedźma wiedziała, że gdyby nie pojawienie się nagłego, niespodziewanego niebezpieczeństwa, wydusiłaby z Blitzo życie szybciej, niż zdążyłaby wypowiedzieć jego dziwne imię. Pomimo tego, iż los impa jako taki słabo interesował Agathę, wiedział gdzie i w czyich rękach znajduje się ostatnia kopia Darkholdu w Multiversum. To przypieczętowało ich dziwny, nieoczekiwany sojusz, w wyniku którego brunetka raz po raz posyłała w kierunku sługi Chthona kolejne wiązki magii, co skutecznie rozpraszało demona i jednocześnie dawało jej towarzyszowi większe pole do popisu. Stojąc w pewnej odległości od epicentrum walki - komfort, który zapewniało jej bycie użytkownikiem magii - wiedźma czerpała swoistą satysfakcję z faktu obserwacji jak stwór pomiata Blitzo, choć jego powodzenie zdecydowanie leżało w jej interesie; ostatecznie zawsze chodziło właśnie o jej interes. Gdy imp wylądował na ziemi po raz drugi, w międzyczasie będąc na krótki moment schwytany przez żelazny uścisk bestii, Agatha wywróciła teatralnie oczami.
─── Zardzewiałeś, słodziutki? ─── zawołała z prześmiewczą troską w głosie, jednak jej słowa utonęły w huku, jaki wywołał ich przeciwnik, rozbijając się swoim cielskiem po ścianach jaskini.
Rozbawienie Agathy nie trwało jednak długo. We wznieconym przez ruchy walczących pyle dostrzegła sylwetkę Blitzo, przyciskaną do ziemi przez łapę demona, której ciężar i siła zdawały się pozbawiać impa resztek powietrza w płucach. Harkness poczuła dziwne ukłucie gdzieś w okolicy brzucha; nie było ono jednak podyktowane troską o ledwo co poznaną istotę, a niepokojem o własną skórę. Jeżeli mroczny pomiot w tej właśnie chwili pozbawi życia jej sojusznika, bez chwili zawahania zwróci się ku niej. Ze złością zauważyła, że okno na ucieczkę już dawno zostało zamknięte - chwila zawahania przypieczętowała jej los, skądinąd wiążąc go z losem Blitzo. Kurwa mać, jebany gówniarz. Brunetka w jednej chwili skumulowała pomiędzy obiema dłońmi jasnofioletową, buzującą kulę energii, którą posłała w kierunku demona. Moc uderzenia wyraźnie zachwiała bestią, co dało jej towarzyszowi okazję do ucieczki spomiędzy żądnych krwi szponisk. Usta Agathy nie wykrzywiły się jednak w triumfalnym uśmiechu, a w wyrazie przypominającym zdegustowanie. Ugh, dobry uczynek. Na samą myśl o popełnieniu podobnej rzeczy, wzdłuż kręgosłupa kobiety przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Jakiekolwiek przejawy dobroci, afekcji, były w życiu Harkness zarezerwowane wyłącznie dla dwóch osób. Były - czas przeszły. Nicholas nie żył, zaś Rio... Rio... Nim umysł brunetki zdążył przywołać obraz pięknego oblicza kobiety o oliwkowej cerze, okalanego burzą lśniących, czarnych włosów, z tymi cholernymi sarnimi oczami, które zawsze wpatrywały się w nią z przytłaczającą wręcz miłością, silne uderzenie zwaliło ją z nóg. Jej plecy uderzyły o twarde podłoże jaskini, wydzierając z piersi wiedźmy dźwięk na granicy stęknięcia i jęku. Świadoma czychającego niebezpieczeństwa, momentalnie przetoczyła się na brzuch, unosząc się na rękach, aby nieco rozbieganym wzrokiem odszukać diabelski pomiot, który najwyraźniej ją zaatakował... ich. Na ziemi, tuż obok niej, leżał bowiem Blitzo.
─── Wstawaj! ─── warknęła w jego kierunku, choć w gruncie rzeczy wypowiedziany na głos rozkaz był zdecydowanie bardziej przeznaczony dla niej samej, niż jej towarzysza.
Na nogi poderwali się jednak oboje, w niemal idealnej synchronizacji. Zanim jednak Agatha zdążyła posłać kolejne fioletowe promienie magii w kierunku nadciągającego zagrożenia, poczuła jak Blitzo popycha ją nagle na ścianę. Nim umysł brunetki zarejestrował co się dokładnie stało, jej towarzysz spoczywał w uścisku potwora, dźgając go bez opamiętania dzierżonym ostrzem w trzymającą go łapę. Czyżby ją uratował? Dlaczego? Po co? Potok myśli w najmniej odpowiednim momencie zalał umysł Harkness, powodując jej chwilowe otępienie, gdy przyglądała się dalszym zmaganiom osobliwego sojusznika. Dopiero po upływie kilkudziesięciu sekund zdała sobie sprawę z tego, że uchronienie jej było kluczowe dla dalszego odwracania uwagi sługusa mroku. Bez zastanowienia wystrzeliła więc kolejną wiązkę energii, która trafiła kreaturę w nogę; ten jednak za bardzo był zajęty poczynaniami Blitzo. Blitzo, który nagle znalazł się tuż przy jego głowie. Który wbił w nie ostrze, poważnie go raniąc. Który chwilę potem został ciśnięty jak szmaciana lalka w ścianę jaskini przez rozjuszoną bestię, padając na kamienne podłoże nieopodal niej, co poskutkowało jego utratą przytomności. Agatha została sama. Fioletowa magia buzowała pomiędzy jej palcami, gdy obserwowała zbliżającego się demona. Ten jednak, ku jej zaskoczeniu, zatrzymał się parę metrów od niej i pochylił swój paskudny, poraniony łeb.
─── Agatha Harkness... ─── stwór uchylił swój pysk, jednak wydobywające się z niego słowa nie należały do niego.
Po ciele Agathy przebiegły ciarki niepokoju, a jej usta rozchyliły się mimowolnie w wyrazie jawnego szoku. Był to głos, który przez ponad pięćdziesiąt lat towarzyszył jej nieprzerwanie, sącząc się do jej umysłu niczym najznamienitszy jad, mający za zadanie zatruć go wedle własnego uznania. Słyszała go szczególnie w nocy, gdy próbując usnąć, przekręcała się z boku na bok starając się go ignorować. Wciąż jesteś za słaba. Dlaczego się opierasz? Sięgnij dalej w mrok, Agatho... tego chciałby twój Nicholas.
─── Chthon. ─── odparła, z trudem opanowując drżenie własnego głosu; dwojako spowodowanego strachem i gniewem.
─── Moje słodkie dziecko... tak wiele zachodu. Tak wiele cierpienia. Wszystko na nic. Ale znów masz szansę... dołącz do mnie. Szkarłatna Wiedźma może niszczyć kopie księgi lecz nigdy nie zniszczy mojej woli. ─── potwór przestąpił z łapy na łapę, wpatrując się w nią swoimi ślepiami. ─── Oddaj mi swą duszę, Agatho. W zamian dam ci to, czego szukasz...
Harkness przekrzywiła głowę, na krótką chwilę przenosząc wzrok na nieprzytomnego Blitzo, którego nieoczekiwanie ujęła za dłoń. Spomiędzy ust kobiety wydobyło się pogardliwe parsknięcie, które najwyraźniej zbiło z pantałyku również samego demona.
─── Mój drogi... ─── jej ton budował poczucie chorej, niezrozumiałej intymności między nią, a Pierwszym Mistrzem Czarnej Magii; zupełnie tak, jakby zwracała się łagodnie do długo niewidzianego kochanka, o którym nie zapomniało jej serce; były to jednak tylko pozory, a te Agatha Harkness tworzyła z precyzją wyszukanego artysty. ─── Zdobędę to, czego szukam. Na swoich warunkach.
Nie czekając na reakcję opętanego demona, uniosła wolną dłoń w kierunku sklepienia, wystrzeliwując spomiędzy palców wiązki fioletowej energii, które rozbiły kamień. Nim gruz pogrzebał ich żywcem, Agatha wzmocniła swój uścisk na ciele Blitzo i oboje rozpłynęli się w fioletowej mgiełce.
Bezwładne ciało zawsze ważyło dwa razy więcej i Agatha Harkness znała tę zależność jak nikt inny. Choć rzadko kiedy fatygowała się, aby posprzątać po swoich morderczych eskapadach, czasem przytrafiły jej się sytuację, w których musiała przesunąć martwe ciało nieco dalej... lub wyrzucić trupa jakiejś przypadkowo poznanej wiedźmy z łóżka, żeby móc przespać się te parę godzin na miękkim materacu. Tym razem jednak wleczony przez nią obiekt żył, a brunetka modliła się w myślach o jak najszybszy jego powrót do pełnej świadomości. Dźwięk jej obcasów odbijał się echem po najbliższej okolicy; ta zdecydowanie nie należała zaś do miejsc, w które ktokolwiek chciałby zapuszczać się z własnej, nieprzymuszonej woli. Głównie z tego powodu Purpurowa Wiedźma wybrała ją na lokalizację swojej kryjówki - obskurnej, niewielkiej, ale skutecznie chronionej nie tylko magią. Mimo uszu puściła gwizdy grupki trzech pijaków w średnim wieku, która stała skupiona przy pobliskim śmietniku, wykrzykując w jej kierunku typowe, obrzydliwe hasła: "hej, laluniu, ładne nogi!", "zostaw go i chodź zabawimy się we czworo!", "pokażemy ci jak to jest być z prawdziwym mężczyzną!". Agatha zazgrzytała zębami w wyrazie irytacji, jednocześnie zaciskając palce na ciele Blitzo zdecydowanie mocniej, niż było to konieczne. W tej samej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jej towarzysz wyrwał jej się i momentalnie opadł na kolana na bruk. Nie wyzbywszy się jeszcze pokładów irytacji sprzed chwili, Harkness uniosła ręce ku niebu, a soczyste "kurwa!" przetoczyło się po mroku ulicy. Tuż po tym brunetka ścisnęła palcem wskazującym i kciukiem nasadę swojego nosa, przymykając oczy i biorąc kilka głębszych wdechów. Już otwierała usta, aby odpowiedzieć impowi na jego pytania, gdy usłyszała jego słowa skierowane do bezdomnego, który kręcił się w pobliżu. Wiedźma momentalnie uchyliła powieki, wbijając pełne niedowierzania spojrzenie niebieskich oczu w swojego towarzysza, a kąciki jej warg zadrżały w sposób charakterystyczny dla osoby, która z całych sił powstrzymuje się przed wybuchem śmiechu. Nie chciała jednak się z nim spoufalać. Nawet jeśli w pewnym sensie uratował ją tam, w jaskini. Skinęła głową, kiedy poinformował ją, że jest w stanie iść sam - nawet, jeśli co do tego nie była przekonana w stu procentach, pozwoliła mu na to. Ruszyła więc przed siebie w znanym jej kierunku wiedząc, że Blitzo bez wątpienia za nią podąży. Połączyła ich paląca potrzeba informacji, a z tego co Harkness zdążyła już zauważyć - choć mogła się oczywiście mylić - ze strony jej towarzysza w grę wchodziło coś znacznie poważniejszego. Czyżby żywił do swojego przyjaciela jakieś głębsze uczucia? Brunetka potrząsnęła lekko głową, odganiając od siebie te myśli. To nie była jej sprawa. Ani trochę.
─── Rozważałam opcję demona. ─── wyznała po chwili, swój wzrok przenosząc z twarzy towarzysza na ulicę przed nimi. ─── Jednak wszystkie, z którymi do tej pory miałam wątpliwą przyjemność, bardziej przypominały uroczego kawalera z jaskini. Miło wiedzieć, że są wśród was jakieś cywilizowane jednostki... powiedzmy.
Choć nie znała Blitzo zbyt długo, spodziewała się potoku pytań, który zalał ją niedługo potem. Jak się domyślała - wszystkie sprowadzały się do wiedzy, która miałaby mu naświetlić beznadziejność sytuacji, w jakiej znalazła się tak bliska mu osoba. Wybiórcza empatia Agathy nie pozwalała jej jednak na utożsamienie się w choćby i najmniejszym stopniu z odczuwanym przez Blitzo niepokojem. Być może wynikało to również z faktu, że jedyna osoba, do której żywiła podobnie silne uczucia, co jej towarzysz do złodzieja Darkholdu, była samą Śmiercią; nieśmiertelną istotą. Na samo wspomnienie Rio, w połączeniu z potrzebą uzyskania odpowiedzi przez jej towarzysza, na ustach Harkness pojawił się pełen niezadowolenia grymas.
─── Zamilcz. To nie jest miejsce, aby urządzać sobie pogawędki. ─── warknęła tonem, który jawnie wskazywał na to, iż uważa ich rozmowę za zakończoną.
Przynajmniej na ten moment. Wkrótce dotarli bowiem pod obskurny budynek, na którego ścianach farba łuszczyła się w wyjątkowo obrzydliwy sposób. Sama kamienica sprawiała wrażenie pustostanu... gdyby nie kilka brudnych okien, przez które przebijało się słabe światło. Nie czekając na jakikolwiek ruch ze strony Blitzo, Agatha ruszyła przodem wiedząc, że będzie tuż za nią. Klatka schodowa była jeszcze brzydsza, niż zewnętrzna aparycja budynku. Wszędzie walały się pety, puste butelki i puszki po alkoholu, a bardziej sprawne oko mogło zauważyć gdzieniegdzie puste strzykawki. Legowisko śmierci i zepsucia. Dosłownie. Brunetka ruszyła po schodach, mijając otwarte drzwi od mieszkania tuż u ich szczytu, w których stała piękna blondynka w bardzo skromnej bieliźnie, opierając się o framugę i zaciągając leniwie papierosem. Na widok idącego za nią Blitzo, puściła jej oczko - była zbyt naćpana, aby uznać, że ma do czynienia z demonem.
─── Agatha... nie sądziłam, że gustujesz w mężczyznach. ─── zamruczała, mierząc jej towarzysza od stóp do głów; z wnętrza mieszkania dochodziły bardzo jednoznaczne dźwięki, nie pozostawiające wątpliwości co do charakteru danego przybytku.
─── Nie gustuję. To mój niewolnik. ─── odparła lekko, wzruszając przy tym ramionami, na co blondynka parsknęła gardłowym śmiechem.
─── Baw się dobrze!
Harkness machnęła ręką w geście podziękowania, a dotarłszy do drzwi na końcu korytarza, dotknęła ich chropowatej powierzchni, zaś te otworzyły się bez konieczności dotykania klamki. Kiedy i Blitzo przekroczył próg jej mieszkania, drzwi zatrzasnęły się z głuchym trzaskiem, momentalnie znikając.
─── Siadaj. ─── wskazała na stojące przy oknie krzesło, które zdecydowanie nie wyglądało na wygodne.
Kiedy się jednak posłuchał, przystanęła tuż obok niego i bez chwili zawahania rozpoczęła powierzchowne opatrywanie jego ran za pomocą magii. Agatha nigdy nie była w tym dobra. Uzdrawianie było domeną Jennifer Kale, nie jej, jednak spędzenie dekady w towarzystwie drugiej wiedźmy - w środowisku nie tak bardzo odmiennym od tego, którego przed chwilą doświadczyli - pozostawiło w głowie brunetki jakąś podstawową wiedzę na temat usuwania podobnych skutków.
─── Pewnie zostaną ci paskudne blizny. Albo nie. Nie wiem za dużo na temat gojenia skóry demonów. ─── wyznała bez cienia zawstydzenia, gdy skończyła swoją robotę i oddalając się od niego, opadła na kanapę.
Nieznaczna warstwa kurzu wzbiła się w powietrze, drażniąc nos wiedźmy, która jednak powstrzymała kichnięcie, zarzucając nogi na równie zakurzony stolik.
─── Teraz odpowiem na twoje pytania... a następnie ty odpowiesz mi na moje, przede wszystkim udzielając mi informacji o tym całym twoim... przyjacielu. ─── w oczach Agathy pojawił się figlarny błysk, kiedy z pełną intencjonalnością podkreśliła określenie, którego Blitzo tak często używał w odniesieniu do złodzieja Księgi Grzechu. ─── Pytałeś co może się z nim stać. W dużym uproszczeniu pochłonie go mrok. Darkhold narzuci mu swoją wolę. Im słabszy jest jego umysł, tym szybciej go spenetruje. Nic się przed nim nie ukryje. Obnaży każdą słabość i wykorzysta na swoją korzyść, jednocześnie popychając go w kierunku jeszcze większej ciemności... aż w końcu z twojego przyjaciela pozostanie jedynie pusta muszla, którą kiedyś znałeś - przesycona dwojako nienawiścią i obojętnością, całkiem poddana woli manuskryptu.
Usta Harkness wykrzywił wyjątkowo paskudny uśmiech o nieco sadystycznym zabarwieniu, kiedy wpatrywała się z najwyższą uwagą w Blitzo, chcąc doszukać się choćby i najmniejszego cienia przerażenia, zdesperowania ciężarem informacji, których właśnie mu udzieliła.
─── Jeśli chodzi o moje imię... nie przypominasz go sobie, bo ci go nie podałam. Nie szastam nim na prawo i lewo. ─── wzruszyła nonszalancko ramionami, w podobnej manierze odrzucając kosmyk ciemnych włosów przez ramię. ─── Nazywam się Agatha Harkness. A skoro formalności mamy już za sobą... jak nazywa się twój przyjaciel? Gdzie może być? Po co mu Darkhold? I najważniejsze... wiesz, że gdy go znajdę, to nie mam najmniejszego zamiaru utrzymać go przy życiu, żeby odebrać mu księgę?

