Szkarłatna Suka. Agatha płonęła z wściekłości, owijając cienki, fioletowy szlafrok, upstrzony kwiatami i wężami, wokół swojego nagiego ciała. Zawiązując ciasno pasek, przeklinała głośno, nie przebierając w słowach zarówno miasto, w którym się znajdowała, jego mieszkańców, jak i kobietę, której Magia Chaosu zwabiła ją do zapomnianego przez Boga Westview w New Jersey. Wanda Maximoff. Stworzenie o anielskiej twarzy, okalanej burzą kasztanowych włosów, pozornie niewinne i zagubione w swojej traumatycznej rzeczywistości, od której tak usilnie starało się uciec, okazało się być zgubą Agathy Harkness. Runy. Powinna była to przewidzieć. Przeprowadzona od niechcenia lekcja, podczas krótkiego spektaklu dominacji doświadczenia nad nieokiełznaną potęgą w jej piwnicy, stała się narzędziem stanowiącym o jej przegranej, które Maximoff w bardzo wyszukany sposób wyrzuciła jej prosto w twarz. Agatha musiała przyznać, że doświadczenie przebudzenia Szkarłatnej Wiedźmy - bytu, który miał niepodzielnie władać światem lub sprowadzić na niego zgubę - było niezapomnianym doświadczeniem, które mimo rozpaczy związanej z utratą mocy na rzecz młodszej wiedźmy, dwojako wzbudzało w niej zaintesowanie i... satysfakcję? To ostatnie prysnęło jak bańka mydlana, ulatując w niepamięć, gdy Wanda postanowiła uczynić z niej więźnia tego przeklętego, niedopracowanego zaklęcia, obsadzając ją w roli wścibskiej sąsiadki z przedmieść i jednocześnie kradnąc jej Darkhold. Księgę, którą zdobyła pomimo tak wielu przeciwności losu, poświęcając dla niej jeszcze więcej, wiedziona ułudą pozyskania mocy, która byłaby zdolna oszukać Śmierć. Jedyną bowiem rzeczą, której pragnęło skryte przed światem serce Agathy Harkness, było przywrócenie jej ukochanego syna, Nicholasa, do życia. Im bardziej jednak Księga Grzechu zaczęła deprawować jej umysł, tym bardziej odległa stawała się wizja, w której starożytny manuskrypt pozwala jej posiąść moc zdolną do wskrzeszenia jej dziecka. Po czasie stała się ona ledwie myślą; miałką, pozbawioną jakiegokolwiek bagażu emocjonalnego, która od czasu do czasu nawiedziała jej pokryty mrokiem umysł. Darkhold narzucił jej własną wolę, poczynając barwić końcówki jej palców czernią równie nieprzeniknioną jak ta, która otulała duszę kobiety. Agatha i manuskrypt utworzony przez pierwszego demona, Chthona, stali się niepodzielną jednością. Niczym narkotyk, mroczna magia i nieodłączny jej towarzysz, potęga, płynące ze stronic przeklętego tworu, uzależniały Harkness, która za każdym razem pragnęła więcej, czując jednak gdzieś wewnątrz siebie bliżej niesprecyzowany opór; jakaś jej cząstka wciąż pozostawała żywa i nietknięta, nie godząc się na zniewolenie przez durną księgę. Jeśli jednak Darkhold rzeczywiście był dla Agathy niczym najznamienitszy środek odurzający, to jego kradzież bez większego problemu można by umieścić w kategorii odwyku. Nie uderzył on w Harkness od razu, poprzedzony pozornie błogą nieświadomością, płynącą z faktu zamknięcia w kolejnym hexie, tym razem bardziej dopracowanym, bo dotyczącym wyłącznie jej samej. Pod fałszywą tożsamością Agnes O'Connor, odgrywała rolę pani detektyw z Westview, swą umiarkowaną niepoczytalnością skłaniając tym samym pełnych empatii mieszkańców tej mało urokliwej mieściny w New Jersey do zaopiekowania się nią. Agatha nie była przyzwyczajona do bezinteresownej dobroci, jednak zarówno ona, jak i jej alter ego nie było jej świadome. Do teraz. Podobnie jak kradzież Darkholdu, tak i pozostawienie jej na łaskę prostych ludzi z przedmieść, momentalnie rozbudziło w Harkness złość i chęć zemsty na Wandzie Maximoff. Był tylko jeden problem. Wanda nie żyła. A przynajmniej tak twierdziła... Gwałtowny huk wstrząsnął domostwem należącym niegdyś do Ralpha Bohnera, a wygenerowana bliżej niesprecyzowaną siłą fala uderzeniowa momentalnie posłała Agathę na ziemię. Odgarniając brązowe kosmyki z twarzy, aby móc zlustrować potencjalne niebezpieczeństwo, dostrzegła parę ciemnych, ciężkich butów, stojących tuż przy wejściu, częściowo na wyłamanych drzwiach. Bystre spojrzenie niebieskich oczu Harkness powędrowało w górę, wzdłuż zgrabnych, szczupłych nóg, poprzez resztę tak dobrze znanego jej ciała... aż dotarło do brązowych oczu, które wpatrywały się w nią, wypełnione jawną rządzą mordu i osobliwie kontrastującą z nimi, bliżej nieokreśloną emocją.
─── Tęskniłam za Tobą. ─── ociekający jadem głos Rio Vidal, Śmierci, poprzedził szczęk wyciąganego zza paska kobiety zakrzywionego sztyletu, z którego bez zawahania zdecydowała się zrobić należyty użytek.
𖤐
Nie umarła. Jeszcze nie. Drobne rozcięcie pomiędzy obojczykami, choć nieszczególnie bolesne, przypominało jej o upływającym czasie i o cierpliwości Śmierci, która została nadszarpnięta. Agatha nawet nie próbowała zagłębiać się w genezę swojej relacji z Rio. Trochę ponad dwa stulecia temu wszelkie uczucia, jakie kiedykolwiek żywiła do tej kobiety, istoty, gołymi dłońmi zakopała w środku lasu wraz z ciałem ich ukochanego dziecka. Harkness nie miała najmniejszego zamiaru stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami, z własnym wstydem, po raz kolejny wybierając ucieczkę: od najszczęśliwszych wspomnień w jej życiu, od kobiety, którą kochała, od wspomnienia pamiętnej nocy, kiedy Śmierć we śnie zabrała Nicholasa. Dłonie wiedźmy zacisnęły się w pięści na samo wspomnienie tych chwil i wszystkiego, co nastąpiło później; kluczowych w jej determinacji względem ponownego ukrycia się i zagłębienia w mrocznej wiedzy, która płynęła ze stronic starożytnego manuskryptu; tego, który Szkarłatna Wiedźma, według Vidal, zniszczyła w każdym jednym uniwersum. Śmierć, mimo swej obszernej wiedzy i umiejętności podróży między światami, pominęła jednak jedną kopię. Kopię, która jakimś cudem prześlizgnęła się przez palce obydwu wiedźm - zarówno tej pragnącej zniszczenia księgi, jak i tej serdecznie jej nienawidzącej - zupełnym przypadkiem trafiając, nawet jeśli przysłowiowo, w dłonie Harkness w momencie, gdy jej umysł jasno określił, iż Darkhold jest nie tym, czego chce, a czego potrzebuje. Pozyskane koordynaty, owocujące śmiercią starszej czarownicy dotychczas je posiadającej, powiodły ją do jaskini w samym środku lasu, na drugim końcu kontynentu, na domiar złego spowitej zieloną łuną, która w ironiczny wręcz sposób krzyczała w kierunku Agathy: memento mori. Wiedźma wolała w tej chwili jednak nie pamiętać o Śmierci, karmiąc się nadzieją, że pozyskanie ostatniej Księgi Grzechu sprawi, iż już nigdy więcej nie będzie musiała tego robić. W ciszy przemierzała więc kolejne, kręte korytarze jaskini, oświetlając sobie drogę jedynie znikomą łuną fioletowej magii, która odbijała się nieznacznie od wilgotnej skały, powodując jej niewielki rozbłysk w identycznej tonacji, ciekawie kontrastujący z mroczną, zieloną aurą. Brązowowłosa uważnie stawiała kolejne kroki, kiedy w jej umyśle przewijały się wspomnienia sprzed ponad sześćdziesięciu lat. W pojedynkę przemierzała nieodkryte wcześniej korytarze paryskich katakumb, pełna determinacji i gniewu, po szczególnie nieprzyjemnej kłótni z Rio; po śmierci Nicholasa każda ich przypadkowa interakcja na przestrzeni lat kończyła się okrzykami pełnymi gniewu lub szybkiej, ulotnej i intensywnej przyjemności; nierzadko też obiema tymi rzeczami na raz. Tym razem jednak obie postanowiły porzucić drugą opcję, bardzo mocno skupiając się na pierwszej, spowodowanej przez wyznanie Harkness, iż ma zamiar pozyskać Darkhold bez względu na wszystko. Choć zwykle to Agatha wbijała szpony jadu i nienawistnych słów w czarne serce Śmierci, w tamtym momencie role nieoczekiwanie odwróciły się, co dodatkowo przypieczętowało determinację byłej Salemitki, aby zwrócić się ku najczerniejszej magii. Manuskryptu chroniły jednak zabezpieczenia równie mroczne jak on sam, którym musiała wówczas stawić czoła zupełnie sama. Będąc wyczerpana do granic możliwości, z ulgą pochwyciła jednak małą księgę w swoje dłonie, czując buzującą pod palcami żywą, nieokiełznaną magię, która wręcz prosiła się o uwolnienie. Teraz jednak zamierzała być ostrożna. Miała świaodomość, że zniewolenie w hexie Maximoff osłabiło nieco jej moce, przez co nie uśmiechała jej się batalia z sługusami Chthona; szczególnie spowodowana tak błahym powodem, jak postawienie stopy w nieodpowiednim miejscu. Pomimo wyczekiwania nagłego niebezpieczeństwa, nic nienaturalnego się nie wydarzyło, co zasiało w sercu Agathy osobliwą niepewność. A co, jeśli to bujda? Jeśli Wand... Szkarłatna Wiedźma zniszczyła każdą kopię, jak twierdziła Rio? Brunetka zacisnęła zwisającą wzdłuż jej ciała dłoń w pięść, czując wzbierającą w niej złość i panikę. Bez księgi jej los był przypieczętowany. Musiała ją zdobyć. Musiała. Bez względu na wszystko. Docierając do rozległej komnaty na końcu korytarza, mieniącej się jeszcze bardziej intensywną zielenią, Harkness wyczuła znajomą, mroczną energię, choć nie tak zintensyfikowaną, jak by się tego spodziewała. Coś było nie tak. Niebieskie oczy brunetki dostrzegły smukły piedestał, inkustowany tak dobrze znanymi jej runami, jednak... był pusty. Tuż obok miejsca, w którym powinien znajdować się Darkhold, stała nieznajoma sylwetka, której sam widok sprawił, iż Agathę zalała fala wściekłości. Niewiele myśląc, posłała w jego kierunku wiązkę fioletowej magii, chcąc przegonić intruza i odebrać mu to, co ukradł. Darkhold jest mój. Tylko mój. Posłany w stronę nieznajomego promień nie trafił jednak, zamiast tego rozbijając jedną ze ścian i krusząc jej fragment tam, gdzie wcelował. Harkness zazgrzytała zębami i bez najmniejszego zawahania posłała kolejny. I kolejny. I kolejny. Każdy jeden z jasną intencją: zabić. Intruz wykonywał jednak uniki ze zwinnością, której Agatha doświadczyła pierwszy raz w swoim długim życiu. Czym on do cholery był? Jej irytacja sięgała zenitu, kiedy kolejne wiązki fioletowej magii rozbijały się wszędzie, tylko nie tam gdzie powinny, a dodatkowo jej nieuchwytny cel zaczął wykrzykiwać w jej kierunku jakieś słowa. "Poczekaj! Nie mam jej! Szukamy tego samego, ale chyba w innych celach!". Cień zainteresowania przemknął przez bladą twarz kobiety, szybko zastąpiony jednak przez jawne niezadowolenie; trudno było określić, czy zachowaniem nieznajomego, czy swoim własnym. Kłamiesz. Ataki Harkness przybrały na sile i częstotliwości, i dopiero znajomy świst nieopodal ucha wydarł ją z morderczego szału. Kątem oka zauważyła ostrze noża, które minęło ją nieznacznie, opadając gdzieś w czeluściach komnaty. Na usta kobiety mimowolnie wdarł się pełen mrocznego zadowolenia uśmiech. Chcesz grać nieczysto, dzieciaku? Nie poznałeś chyba mojej żony. Już miała zaatakować, zadać ostateczny cios korzystając z tego, że intruz utracił jedyną broń, i to na dodatek w tak durny sposób, gdy dotarły do niej jego kolejne słowa, lecz dopiero gdy usłyszała "Darkhold", jej atencja skupiła się na nim całkowicie. Agatha opuściła dłonie wzdłuż ciała, wciąż jednak przygotowana na kontynuowanie tej nierównej walki. Jeśli jednak nieznajomy chciał cokolwiek negocjować... była skłonna go wysłuchać. W ostateczności, gdyby jego słowa okazały się niewystarczające, zawsze mogła go zabić.
─── Kto ją zatem ma? ─── zapytała pewnym, władczym tonem, ignorując jego przedstawienie się i mierząc stojącą przed nią postać - Blitzø - chłodnym spojrzeniem. ─── Daj mi imię, powiedz mi gdzie jest, a ja ukrócę żywot tej istoty i wezmę to, po co tu przyszłam. Twój przyjaciel ma pecha, złociutki. Ta księga nie tylko spenetruje jego umysł i wykrzywi go tak, jak jej się spodoba, ale i sam fakt jej kradzieży zsyła na niego nieszczęście... ─── wargi Agathy wykrzywił najpodlejszy z uśmiechów. ─── ...w postaci mnie. Nie mam zamiaru bawić się w poszukiwania zaginionych przyjaciół, ani negocjować z... czym ty w zasadzie jesteś, Blitzø? ─── zapytała, wyraźnie akcentując ostatnią literę jego imienia, ignorując jego poprzednią prośbę. ─── Zresztą nie ważne... za chwilę będziesz trupem.
Fioletowa magia rozbłysła pomiędzy smukłymi palcami Agathy, gotowa pozbawić go życia, gdy z wnętrza jaskini dobiegł ich niski, gardłowy pomruk, jeżący każdy jeden włos. Bystre spojrzenie Harkness powędrowało w kierunku, z którego dobiegł ich osobliwy hałas, czując narastający niepokój. Tego właśnie chciała uniknąć. Strażników Cthona... jakiejkolwiek formy by nie przybrali. Brunetka wyciągnęła rękę przed siebie, zginając palce w manierze, jak gdyby przywoływała do siebie coś lub kogoś. W ułamku sekundy na jej dłoni wylądował nóż Blitzø, którym nie tak dawno próbował ją zranić. Zacisnęła dłonie na rękojeści, zwracając się w kierunku intruza i dopiero po chwili podrzuciła narzędzie tak, aby chwycić za jego ostrze i podsunąć je w kierunku prawowitego właściciela.
─── Uznaj to za chwilowy rozejm, Blitz. To, co za chwilę się wydarzy, zdecydowanie ci się nie spodoba...
I jakby na potwierdzenie jej słów, ściana przed nimi pękła na drobne kawałeczki, wzniecając w powietrze pył. Gdy ten zaczął opadać, ich oczom ukazała się czarna mgła, która wkradła się do środka komnaty, wysuwając w kierunku Blitzø i Agathy swoje macki. Nie był to jednak niewinny dym, będący skutkiem zawalenia się jednej ze ścian. Nie, nie. W mroku czaiło się coś mrocznego, co w tej właśnie chwili wyciągało swoją czarną, zakończoną szponami rękę w ich kierunku. Demon.
─── Byłeś taki zwinny, słonko... zapomniałeś już o swoich kocich ruchach?! ─── rzuciła z jawną irytacją w głosie, posyłając w kierunku demonicznej istoty wiązkę fioletowej energii, która jednak rozbiła się o gruz w chwili, gdy zrobiła ona unik. ─── Kurwa!

