To nie działo się naprawdę. To się nie mogło dziać naprawdę. Jeszcze zdążył zauważyć, jak granat rozbłysnął oślepiającym światłem, zanim na jego oczach wylądowała ręka Joela, a on sam w końcu je zamknął i przycisnął dłonie do uszu. Huk był nie do zniesienia, a sytuacji wcale nie poprawiła fala gorąca, która przyszła zaraz za nim. Jednak Mezo miał w głowie tylko jedną myśl, która bezustannie się zapętlała, za każdym razem nabierając na głośności. Co z Joelem? Co z moim braciszkiem? CO Z MOIM UKOCHANYM JOELEM?
— Braciszku!
Krzyknął jeszcze raz, jednak tym razem jego krzyk nie zagłuszył już żaden wybuch. Całe pomieszczenie było wypełnione pyłem, który oderwał się od ścian oraz kawałkami mebli, co zostały uszkodzone odłamkami. Idiota, który rzucił granatem już zdążył uciec, na co nie mogli już liczyć jego koledzy. Oni również padli ofiarą doskonałej decyzji ochroniarza. Jedynie młody Grenard wyszedł z całej sytuacji prawie nietknięty. No, a przynajmniej nie fizycznie. Ciało starszego brata leżało teraz prawie nieprzytomne w kącie, spod którego udało się Mezowi wygrzebać. Pierwsze co zrobił, to chwycił jego ciało, by nieco je unieść. Cały był we krwi, co tylko sprawiło, że chłopak zalał się łzami jeszcze bardziej, niż poprzednio, w kółko powtarzając imię Joela. Wiedział, co się stało, ale nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał uwierzyć, że jego własny braciszek próbował zasłonić go ciałem, gdy to ewidentnie była tylko i wyłącznie jego wina. Gdyby tylko był mniej głupi, bardziej uważny i rozgarnięty, nic z tego nie musiałoby się stać. Gdyby tylko kurwa nie bał się strzelać z tego jebanego pistoletu. Przecież to tylko jeden ruch palca i tego wszystkiego można byłoby uniknąć. Więc dlaczego, dlaczego akurat kurwa teraz musiałeś się zawahać, Grenard? Młody pewnie jeszcze długo by się nie uspokoił, gdyby nie to, że któryś ze zranionych ochroniarzy Rodrigeza podniósł się ociężale z ziemi i wystrzelił w jego stronę, jak się okazało, ostatni nabój, bo po nim było tylko słychać głuche szczęknięcia pustego magazynka. Mężczyzna nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielki błąd zrobił, decydując się na oślep mierzyć w kierunku rozżalonego Meza. Gdy godzinę później na miejsce zbrodni przybył gangowy lekarz, młodszy z braci nie był w stanie nawet powiedzieć, co się stało. Nie pamiętał. Nie pamiętał, jak po tamtym strzale, już bez cienia zastanowienia, chwycił swoją broń i tym razem bez namysłu wystrzelił nabój prosto między oczy goryla. Ręka mu nawet nie zadrżała. Bez wahania wpakował w niego również pięć kolejnych, patrząc ozięble, jak ciało mężczyzny podryguje pod wpływem impetu przenikających go kul. Był martwy, ale to wcale nie zatrzymało chłopaka przed znęcaniem się nad jego martwym ciałem. Nie inaczej skończył drugi gość, który, chociaż nieprzytomny po wybuchu, również został nafaszerowany całym magazynkiem drugiego pistoletu. Jedna był od Meza, ta zielona, a drugą broń wyciągnął wcześniej z kabury brata. Chłopak nie był wściekły. Ba, nie był nawet zły. Jedyne co odczuwał, to jakąś cholernie wielką pustkę, jakbyś ktoś odebrał mu najważniejszą rzecz jego życia. Niezbyt odbiegało to od prawdy, bo każdy, kto chociaż trochę poznał braci Grenard wiedział, że nie ma dla nich nic ważniejszego, niż oni nawzajem. To była ich największa siła, a jednocześnie największa słabość. Uderz w jednego, by zniszczyć drugiego i chociaż ci tutaj na pewno o tym nie wiedzieli, zrobili to aż nadto dobrze. Dopiero, gdy upewnił się, że oboje już na pewno nie spróbują wejść pomiędzy niego i jego brata, rzucił oba pistolety na ziemie i podbiegł ponownie do nieprzytomnego już mężczyzny.
— Nigdzie stąd nie idę! Nie bez ciebie! Ktoś nam pomoże, obiecuję, że będzie dobrze. Trzymaj się, braciszku. Błagam, nie zostawiaj mnie...
Słowa pocieszenia powtarzał w kółko niczym mantrę, jakby to cokolwiek miało zmienić, a pocieszać to próbował raczej sam siebie. Nie potrafił nic w tej sytuacji zrobić, oprócz podstawowego zaciśnięcia rany z podartych podkoszulków, a do przyjazdu doktora pozostało wiele czasu. Przez cały ten czas nawet na chwilę nie wypuścił starszego z uścisku, nie przejmując się nawet tym, że idiota od granatu właśnie uciekał razem z ich celem. Konsekwencje ucieczki pana R dopadną ich później, teraz jeszcze nie miało to takiego znaczenia. Jeszcze nie.
‒‒‒‒‒‒‒‒‒‒‒‒‒
Pomimo faktu, że dostał informacje, że Joel jest w stabilnym stanie, Mezo nawet na chwilę nie mógł się uspokoić. Dostawał szału, gdy ktokolwiek próbował go odsunąć od łóżka szpitalnego, więc dla bezpieczeństwa innych, lekarze pozwalali mu przebywać cały czas w obecności rodziny. Minęło wiele godzin, nim Joel się wybudził, a gdy tylko to się stało, młodszy ponownie wybuchł płaczem. Z jednej strony ze szczęścia, z drugiej z ogromnego poczucia winy, które ogarnęło go całego. W końcu to tylko i wyłącznie jego wina, że mężczyzna w ogóle leżał w tym pierdolonym szpitalnym łóżku. To przez niego cały był owinięty zakrwawionymi ponownie bandażami, które okalały go od stóp do głów. I chociaż tamte rany nie były aż tak poważne, był jedna rzecz, która miała zmienić życie obu braci i to drastycznie.
— Przepraszam, Joelku. To wszystko moja wina. Gdybym tylko był odważniejszy...
Powiedział cicho i ujął twarz Joela w swoje dłonie. Bardzo delikatnie, a jednocześnie czule gładził policzki brata kciukami, nawet nie zdając sobie sprawy, że spadające łzy moczyły bandaże starszego. On jeszcze o tym nie wiedział, jednak gdy tylko ponownie pojawili się lekarze, to oni przekazali złe wieści. Wieści o tym, że jedno oko Grenarda zostało na tyle poważnie uszkodzone, że już nigdy nie odzyska w nim wzroku. Gdy spojrzenia braci się spotkały, Joel mógł zauważyć, w jak okropnym stanie był Mezo. Zapłakany, oczy podkrążone i spuchnięte od łez, a całe jego ciało krzyczało WINNY.