JustPaste.it

Ɗσкą∂ ιść?
Ɲιє ρσωιєм,
Mσżє ρσωιєѕz мι αкυяαт ωιєѕz נαк?
Mσżє мι ρσмσżєѕz, вσ αкυяαт ωιєѕz נαк?

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Dostanie się na dach, w brew pozorom, nie było w cale takie trudne. Schody pożarowe w osłoniętej od ulicy części budynku nie były jakkolwiek zabezpieczone. Jak widać R poczuł się wystarczająco bezpiecznie, by nie obstawić każdego zakamarka tak jak należy. Jest też bardzo możliwe, że w środku jest wręcz identycznie. To by znacznie ułatwiło dostanie się do mężczyzny, zlikwidowanie go i powrót, albo ewentualną ucieczkę. Potrząsnąłem głową chcąc pozbyć się nieprzyjemnej myśli związanej z możliwością niepowodzenia zadania. Chyba nie chciałbym wiedzieć co by się w tedy z nami stało. Bez większych problemów dostałem się na dach. Oczywiście, wcześniej upewniłem się, czy nikt tak całkiem przypadkiem tam się nie kryje, zanim zacząłem pracować. Przywiązałem linę do słupa, na którym była zamocowana antena, ubrałem uprząż i przyczepiłem do niej linę. - Jestem gotowy, zaczynamy. - odparłem podchodząc do krawędzi. To będzie znikoma przyjemność spaść z tej wysokości. Powoli spuszczałem się w dół budynku, robiąc przerwy przed kolejnymi oknami, żeby sprawdzić, czy nie kryje się tam jakiś strażnik. Dziwne, żadnej żywej duszy. Może się nie spodziewają ataku z góry. Ostatni postój i już byłem na odpowiedniej wysokości. Sprawnie odwróciłem się do góry nogami, wyciągnąłem pierwszą z kamer i zacząłem je montować. Początkowo nie szło to jakoś sprawnie, ale z każdym następnym zamontowanym urządzeniem szło lepiej. - Ostatnia -  W końcu mogłem wrócić na stały grunt. Tam odetchnąłem głęboko. Wiszenie głową w dół, kilkadziesiąt metrów nad ziemią, to naprawdę nic przyjemnego. Wycofałem się sprawnie i zaraz znów byłem w hotelu. - Do wieczora. - odparłem w odpowiedzi zrzucając z siebie nadmierny balast w postaci torby ze sprzętem i skórzanej kurtki. Teraz pozostaje jedynie czekać.

* * *

Mezo się położył. Dalsza część roboty była dość nudna, więc nie miałem mu tego za złe. Co więcej, wiedziałem, że potrzebuje dużo snu, a te kilka godzin może go zbawić. Ja niestety nie mogłem odpocząć. Przez cały ten czas uważnie obserwowałem na kamerkach poczynania mojego celu. Jeszcze gdyby robił coś ciekawego to może by mi się tak czas nie dłużył, ale ten albo z kimś rozmawiał przez telefon, albo oglądał telewizor. Pieprzony grubas... Trochę musiałem czekać zanim mężczyzna przygotował sobie porządną działkę, która zaraz potem wylądowała w jego organizmie. Z drobnym uśmieszkiem satysfakcji obserwowałem jak powoli się zatacza, by ostatecznie paść na łóżko jak długi. Jednak to jeszcze nie czas. Trzeba poczekać jeszcze kilka minut. Przetarłem już trochę zmęczoną od dłuższego sterczenia w jednym miejscu twarz. Już czas. Szturchnąłem stopą leżącego na podłodze brata, jakby nie mógł położyć się po ludzku, na podłodze. - Zbieramy się, czas na nas. - odszedłem od laptopa i zacząłem się przygotowywać, co z wiadomych względów zajęło mi trochę więcej czasu nic mojemu bratu. Jako ostatnia w moim asortymencie wylądowała zabezpieczona, plastikowa strzykawka ze śmiertelną dawką narkotyku, robiona bez największego speca jakiego znam. Spojrzałem na brata z nutą dumy w oczach. Znałem go za dobrze, by wiedzieć, że czasami potrzebuje dodatkowej dawki adrenaliny, ale czasem boi się po nią sięgnąć. 

W końcu wyszliśmy i pod osłoną zapadającego wieczora przedostaliśmy się do budynku, oczywiście przez dach, który od samego początku wydawał mi się najodpowiedniejszą drogą. Potem tylko przedostać się do odpowiedniego przejścia i będziemy w domu. Zszedłem pierwszy sprawdzając pobliskie korytarze, by zaraz potem pomóc zejść bratu. Od tej pory zaczyna się najgorsza część zadania. Jesteśmy na terenie wroga, który oni znają znacznie lepiej. Ja choćbym chciał to tak dobrze się nie przygotuję. Mogę mieć plany, zdjęci, podgląd na kamerach monitoringu, a i tak oni będą o tyle do przodu, że współdziałają z danym terenem od dłuższego czasu. Bądźmy jednak dobrej myśli. Kierowaliśmy się w stronę odpowiedniego przejścia. Zawadził nam właściwie tylko jeden strażnik, którego sprawnie pozbawiłem przytomności i ukryłem w schowku, żeby nikt nie wszczął alarmu. Rozśmieszyło mnie nieco stwierdzenie chłopaka, jednak tylko się uśmiechnąłem. - Wszystko przygotowaliśmy, jesteśmy w środku. Trzymajmy się planu, a wyjdziemy niezauważeni. - odparłem w odpowiedzi równie cicho. Byliśmy już blisko pokoju gdzie znajduje się Rodrigez. Kolejnego strażnika pilnującego drzwi również wziąłem na siebie, szybko obezwładniając. Coś mi się jednak nie podobało w tym wszystkim. Weszliśmy. Podszedłem do leżącego mężczyzny i już chciałem sięgać po strzykawkę, kiedy dostrzegłem na biurku jedno pełne opakowanie narkotyku... Stałem przez chwilę w bezruchu. Nagle coś usłyszałem. Zatrzymałem chłopaka, a sam zamknąłem oczy i przysłuchałem się dźwiękom z korytarza. Kurwa. - Wycofaj się, Mez. - rzuciłem krótko delikatnie go szturchając, by się ruszył.

Ja jeszcze przez chwilę zostałem w miejscu. Czy to była dobra decyzja, czy zła nie wiem, ale do pomieszczenia wyszło kilku ochroniarzy zupełnie mnie nie zauważając. Coś musieli znaleźć, by szybko wyszli i tym razem mnie zauważyli. Wywiązała się między nami strzelanina. Skrywając się we wnęce, kątem oka dostrzegłem, jak jeden z ochroniarzy biegnie w stronę, gdzie zniknął Mez. Nie dobrze. Zrobiłem nieco karkołomny w tym momencie ruch, ale po prostu poczekałem, aż tym skończą się kule, przynajmniej ich części, wystrzelałem swoje i ruszyłem biegiem za bratem. Wręcz w biegu zmieniłem magazynek. Ciężko się walczy na dwa fronty, ale ten z przodu zupełnie się mnie nie spodziewał. Odstrzeliłem go, dopadłem brata i przyciągając go do ściany skarciłem spojrzeniem. Przecież mówiłem, że ma uciekać tą samą drogą, którą przyszliśmy i patrzyć za siebie, czy nie ma ogona. Czy to naprawdę było aż tak wiele? Najwyraźniej. Ruszyliśmy dalej. Tym razem Mez szedł blisko mnie i tym razem znaleźli nasz szybciej. Wiedziałem, że chłopak nie sięgnie po broń, dlatego sam ruszyłem prosto na nich dając im zajęcie, a bratu możliwość ucieczki. Szybko się z nimi rozprawiłem i ruszyłem za bratem. Cholera, jest ich więcej niż się spodziewałem. Coś mi śmierdziało, tylko jeszcze nie potrafiłem powiedzieć co to takiego.

Wpakowaliśmy się obaj do jakiegoś pomieszczenia i z hukiem zatrzasnęliśmy za sobą drzwi. Chwila wytchnienia, pozorna. W pomieszczeniu było trochę mebli, które postanowiłem wykorzystać i utworzyć barykadę. Dwie większe szafy też się przydały, będą robić nam za tarczę. Kiepska ochrona, ale lepsza niż żadna. Skryliśmy się jeden za jedną, drugi za drugą i czekaliśmy. Moje serca zaczęło bić mocniej, kiedy słyszałem dobijanie się przeciwników do środka. Podniosłem spojrzenie na brata i skinąłem głową przeładowując broń. O dziwo i on sięgnął po swoją. Pierwszy zacząłem strzelać, a kiedy zbliżyli się zbyt niebezpiecznie ruszyłem na nich, nie robiąc sobie nic z ich próby zabicia nas... Jeden krok za daleko, jeden chybiony strzał. Dostrzegłem jak jeden z mężczyzn się wycofuje. Odbezpieczył granat i rzucił go w naszą stronę, nie zważając, że poza nami, w linii ognia jest jeszcze dwóch ochroniarzy. Jeden z nich właśnie padał, kiedy ja rzuciłem wszystko co trzymałem w rękach i podbiegłem do brata. Pociągnąłem go w stronę ściany dzielącej pomieszczenie na pół i tam przycisnąłem do niej osłaniając całym sobą. Zacisnąłem powieki osłaniając jeszcze oczy chłopaka dłonią, tak jakbym chciał powiedzieć 'Nie parz, braciszku'. Wybuch nastąpił chwilę potem. Wybuch i ogłuszenie, to jedyne czego byłem w pełni świadomy. Po kilku sekundach nieprzyjemne piszczenie w uszach zniknęło, a na jego miejsce przyszedł tępy ból i kołaczące serce chłopaka. - Mezo... Mezo... - powiedziałem cicho. Mimowolnie uścisnąłem go mocniej, żeby stopniowo zacząć odpuszczać. - Zostaw mnie... Uciekaj... - To ostatnie co pamiętam. 

»»————- ★ ————-««

Wiele różnych sytuacji z moim bratem w roli głównej pamiętam. Część takich, gdzie automatycznie na moich ustach pojawia się uśmiech. Część takich, które wolałbym, żeby się nie wydarzyły. Część takich, że przytłaczający smutek potrafi mnie rozłożyć na łopatki. Jednak dlaczego w tym momencie stanęło mi przed oczami akurat to wspomnienie? Powrót brata do domu był jak zawsze cichy, i gdyby nie ożywienie się Shadow nawet pewnie bym o tym nie wiedział. Zszedłem zaraz za psem, ale wmurowało mnie w połowie schodów. Mezo stał ze spuszczoną głową, trząsł się od nadmiaru emocji, a w ręce trzymał broń. Pistolet nie należał do żadnego z nas, więc skąd go wziął? - Mezo, co się stało? - słowa obijały mi się o czaszkę. Zszedłem powoli. Mimo, że to mój brat, wolałem być ostrożny. Niestety temperament ma po ojcu, tak jak ja, co oznacza tyle, że można się po nim spodziewać wszystkiego. - Dobrze, już dobrze, nie płacz. - odebrałem mu broń, którą zabezpieczyłem i odrzuciłem na bok, a zaraz potem przyciągnąłem do siebie chłopaka. - Już dobrze. Jestem tu. - powtarzałem ciągle tuląc go do siebie i gładząc po głowie. Mezo opowiadał mi co się stało, a ja nie mogłem uwierzyć co on do mnie mówi. Chciał się...zabić? Te słowa już nie obijały się o moją czaszkę. One ją rozsadzały, przez co nie mogłem zebrać racjonalnej myśli... Zaprowadziłem brata do jego pokoju... Wyszedłem tylko na chwilę, ale właśnie ta chwila wystarczyła... Usłyszałem strzał...

»»————- ★ ————-««

Jednostajny dźwięk pikania aparatury szpitalnej powoli zaczął pobudzać moje zmysły. Pik... Pik... Pik... Ktoś coś mówił, ale ciężko było mi określić, czy to tylko radio, czy może jednak ktoś rzeczywiście przy mnie rozmawia. Jednak nie jestem w stanie zarejestrować żadnych słów i nie mogę zobaczyć tych osób. A może umarłem? I to jest moja wersja Piekła? Nie na pewno nie, moje piekło wyglądałoby zupełnie inaczej. Byłoby zupełnie puste. Bez ani jednego człowieka, którego znam. Tylko jakieś stare miasto i ja. Za sto lat pojawiłby się ktoś. Nawiązał relację. Pozwoliłby się ze sobą zaprzyjaźnić. A potem umrze z mojej winy... I tak w koło. Tak właśnie będzie wyglądało moje piekło. Gdzie największa krzywda nie może stać się mi, tylko bliskiej mi osobie. Może jednak powinienem zginąć? Dźwięk aparatury ciągle mi towarzyszył, ale głosy gdzieś odeszły, a przynajmniej jeden z nich. Drugi stał się wyraźniejszy. To Mezo, czuję jego oddech na policzku. Dlaczego płaczesz braciszku? - M-Mezo. - mruknąłem pewnie mało wyraźnie, więc postarałem ścisnąć się jego dłoń. - Mezo. 

 

74be65a8b4d4e306b6cc8a7f2198c0c7.jpg     dd682c1510a3fe2870a9ac9a290db242.jpg     cf069f7b5d13c5dc49c6473e03840334.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━