JustPaste.it

Chyba mnie zabijesz za tą długość, ale i tak mnie kochasz.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Na odpowiedź brata jedynie skinąłem głową, w momencie wręcz odlatując myślami w nieco innym kierunku. To na co się zgodziłem nie było najlepszym pomysłem, choć widzę po oczach Meza, że cieszy się jak małe dziecko, któremu kupuje się czekoladę, czy tam lizaka. Zwykle tak reagował kiedy godziłem się na coś, co zdecydowanie było po jego myśli. Czy to chodziły o zwykły wypad na miasto, wspólne oglądanie filmów i przygarnięcie kolejnego dobermana pod dach. Zawsze oczy świeciły mu się taką samą radością, jak jeszcze kilkanaście lat temu, gdy wręcz wszystkimi swoimi umiejętnościami odwracałem mu uwagę od zapijaczonego ojca. Rozbawiałem go, zajmowałem czas by się nie nudził, patrzyłem jak dorasta... stacza się i ponownie podnosi. Jak dokonuje swoich wyborów. A teraz proszę. Siedzi przede mną dwudziestojednoletni chłopak, patrzy na mnie wyczekująco domagając się wszelkich informacji. Ciągle jednak w jego oczach widzę tamto dziecko, którym nie jest już od bardzo dawna. Ich kolor się nie zmienił, ta iskierka i spojrzenie też się nie różni. Zmienił się jednak ten, do którego te oczy należą. Ciągle siedzący przede mną człowiek jest moim bratem, ale staje się już mężczyzną, pomimo, że czasem on tego nie dostrzega. Taka jest jednak kolej rzeczy... Czasami mam wrażenie, że to on jest dla mnie autorytetem, a nie ja dla niego...

Ponownie do rzeczywistości przywrócił mnie ponaglający głos brata. Potrząsnąłem głową wracając do siebie. Podniosłem też zdezorientowane oczy, które w momencie skierowałem w pytającym geście na twarz chłopaka. Początkowo nie mogłem złapać wątku, w ogóle o czym my rozmawiamy, ale po kilku nastu sekundach, wszystko znów znalazło się na swoim miejscu. Zaczęliśmy rozmawiać o akcji i o tym, co nas na niej może i na pewno będzie czekać. Dopracowanie jakichkolwiek szczegółów było wyjątkowo trudne przez wzgląd na to, że tym razem nie pracuję sam, a Mez nie odpuści mi, jeśli nie będzie go przy mnie podczas wykonywania głównej części zadania. Czyli wyeliminowania delikwenta i odesłania go do piachu. Po dość długo trwających negocjacjach w końcu Mezo zrozumiał, że dużo lepiej będzie, kiedy to ja go zabiję. To musi wyglądać na nieszczęśliwy wypadek, a Mez z powodu braku odpowiedniego doświadczenia mógłby, nawet nieświadomie, tego nie spełnić. I już nawet nie chodzi o to, że nie dostałbym pieniędzy, ale o to, że policja może coś znaleźć. A gangi są bardziej skorumpowane niż się mówi, tak samo policja. Nigdy nie wiesz kto postawi więcej na szali. Jeżeli chodzi o moją głowę to byłaby najpewniej zacięta walka. Lider liderem, ale czym by on był bez swoich podwładnych wykonujących za niego całą brudną robotę. Niby dlaczego był w stanie narazić swoją reputację i postanowił wydać mojego zamiennika policji? Cieszę się dobrą renomą w świecie przestępczym jako jeden z najlepszych zabójców, ale nawet ja cudów nie jestem w stanie wykonać. Chociaż... 

»»————- ★ ————-««

Mezo wybył, jak zawsze wieczorem. Już nawet nie mam z kim głupiego filmu obejrzeć. Cynthię też jest mi ciężko złapać. Tylko ja mam w zasadzie większe luzy w robocie od kilku dni. Nie licząc jednego tygodnia, po którym musiałem przesiedzieć w noże przez kilka następnych dni, nie działo się nic nadzwyczajnego. Jedynie dostałem aktualne zlecenie i do domu. Mez wybył, zostawiając mnie standardowo z papierkową robotą. Przeniosłem wszystkie papiery, mapy, zapiski i fajki do salonu, gdzie niecierpliwie czekał mój laptop. Odpaliłem go od razu podpinając do niego ładowarkę. Usiadłem, a odpalając papierosa zacząłem przeglądać akta dotyczące całej tej sprawy. Nudy, nudy, nudy. Kolejna strona bez zmian, czyli nudy. Poza jakimiś podstawowymi informacjami o obiekcie nie dowiedziałem się kompletnie nic. Jakby gość się dopiero co urodził. To nigdy dobrze nie wróżyło, bo jednak im więcej wie się o danej osobie, tył łatwiej jest się do niej zbliżyć. A tutaj nic. Żadnej rodziny, stałego miejsca zamieszkania, aktualnego pobytu... Nawet gościu nie chorował, a przynajmniej nie wylądował w szpitalu, bo kartotek lekarskich też nie mogłem się doszukać, pomimo posiadania wielu kontaktów. Gdyby nie to, że mam zdjęcie tego mężczyzny i jakieś szczątkowe dane, to zacząłbym myśleć, że mam zlecenie na ducha. 

Po dobrych dwóch godzinach walnąłem tym wszystkim w cholerę. Facet był nie uchwytny, co zaczęło mnie drażnić, w szczególności, że jeszcze żaden taki nie sprawiał mi problemów ze znalezieniem go. Wjechał mi facet na ambicje i to ostro. Cóż, chciałem po dobroci. Nie wyszło. Więc będzie podstępem. Skoro Mezo zgodził się na podrzuceniu Panu R nadajnika, pozostaje mi jedynie wyczarować to małe urządzonko. Wykonałem jeden telefon, a cały zestaw był u mnie po kwadransie. Chip był wielkości jednocentówki. Teraz pozostało mi jedynie zgrać to coś z komputerem, bym miał systematyczny podgląd na miejsce, w którym się aktualnie znajduje. To też mi nie zajęło zbyt dużo czasu. Wbrew pozorom jest to łatwe, szczególnie jeśli musisz systematycznie z tym pracować. Odłożyłem nadajnik w bezpieczne miejsce i wróciłem do papierków, tym razem jednak przyglądając się tym, co sam nabazgroliłem. Skoro jest to ciąg ciąg Fibonacciego to powinno się dać odczytać z mapy, gdzie jest ta kryjówka. W sumie powinienem się nad tym zastanowić na samym początku, a nie teraz. Jednak okazało się, że nie obejdzie się bez nadajnika. Rodrigez domaga się spotkań, na dość sporym obszarze Londynu i w brew pozorom mam za mało danych by jednoznacznie określić gdzie ma kryjówkę. Mogę jedynie zawęzić obszar, ale to i tak ciągle za mało.

»»————- ★ ————-««

Następny dzień był dla mnie istnym wyścigiem z czasem. O tyle o ile Mez był zawsze przygotowany na każdą ewentualność, tak ja potrzebowałem chwili, by się ogarnąć. Głównie chodzi o to, że nie mogę nastawiać się na działanie schematu w każdym pojedynczym zadaniu. Każde się od siebie różni i muszę dostosować do tego swoje ruchy.  W innym przypadku może być ciężko. Obudził mnie brat z impetem i telefonem w ręce wchodząc do pokoju. Początkowo niemrawi otworzyłem jedno oko, ale kiedy dotarło do mnie, że mamy współrzędne momentalnie wyskoczyłem z łóżka na równe nogi. Kwestia, że Mezo nie może iść sam, nie podlegała nawet najmniejszym dyskusjom. Nie mógł. Kiedy chodzi o zadania tego typu stosuje się zasadę zerowego zaufania. Mogli wsypać wszyscy, więc nie ufamy nikomu, nawet samym sobie. Dlatego latałem jak z piórkiem przez cały ranek, by się przygotować. W okolicy południa dopiero zeszło ze mnie ciśnienie. Karabin snajperski i cały sprzęt do niego już leżał na łóżku. Szybki przegląd samochodu zrobiony i zapoznałem się wcześniej z terenem gdzie ma dojść do spotkania. Już bardziej przygotowany być nie mogę. 

Niecałą godzinę przed umówionym spotkaniem ponownie udałem się na miejsce spotkania. Oczywiście nie mogło się obyć bez towarzystwa brata, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało. Nawet on nie skarżył się, że tak długo będzie musiał czekać i szwendać się bez celu po placu. Podrzuciłem brata dwie przecznice przed parkiem, a sam już pojechałem pod pobliski wieżowiec. Byłem na nim raz czy dwa, jednak zwykle strzelałem w przeciwną stronę. Słońce było po mojej stronie. Świeciło mi od pleców, więc ewentualni obserwatorzy Rodrigeza, z ziemi, nie będą wstanie mnie wypatrzeć, gdyby słońce odpiło się od szkieł lunety. Wszedłem do budynku, a po kilku dłuższych minutach byłem już na jego dachu. Zablokowałem drzwi, by nikt przypadkowy mi się nie napatoczył i zacząłem przygotowywać najpierw stanowisko. Wentylatory drgają, budka z elektroniką jest za mała, a dach osłaniający klatkę schodową pod kątem 45 stopni... I tak źle i tak nie dobrze. Nie ustawię się też bezpośrednio na gzymsie, bo tylko idiota by tak postąpił. Wkracza plan B. 

***

Przez lornetkę uważnie obserwowałem okolicę i samo miejsce spotkanie będąc już usadowionym na prowizorycznym powyższeniu z kolbą karabinu na ramieniu. Przez dobrą godzinę nie działo się kompletnie nic. Samochody przyjeżdżały, odjeżdżały, ludzie się panoszyli, jakiś tan zwierzak znalazł się po drodze, a na samym środku tego całego burdelu stoi Mezo i pewnie klnie pod nosem po jaką cholerę przyjechał tak szybko. No cóż, sam chciałeś braciszku. W końcu coś się zaczęło dziać. Na pierwszy rzut oka to przypadkowi mężczyźni zatrzymywali się na placu. Jednak byli ubrani cali na czarno, rozglądali się nieco nerwowo jakby czegoś na siłę szukali. Cóż... ten plac był omijamy zwykle szerokim łukiem, a jeśli już trzeba było, to przechodziło się jak najszybciej i znikało w plątaninach uliczek. Nawet jednej ławki tam nie ma. Niedługo po przybyciu mężczyzn, Mezo się wyprostował, a dosłownie po chwili pojawił się szukany przez nas mężczyzna. Zadrżała mi ręka. Chciałem w momencie oddać strzał, ale się powstrzymałem. To nie tak ma wyglądać i jestem za daleko od brata, by tak go narażać. 

W momencie jak Mez i Rodrigez się do siebie zbliżyli, odłożyłem lornetkę i przeniosłem się na lunetę karabinu. Położyłem palec na kabłąk, a po chwili na spust przymierzając się do ewentualnego wystrzału. Cholera, aż teraz żałuję, że nie kazałem bratu założyć sobie podsłuchu. Przynajmniej wiedziałbym co się dzieję, a nie tylko opierał się na obserwacjach. Z drugiej jednak strony, dobrze zrobiłem. Mez wie co ma robić i ufam mu, by nie musieć się za nim uganiać i ciągle sprawdzać. Odetchnąłem z ulgą widząc umówiony gest, mówiący, że zadanie zostało wykonane. Pora się zbierać. Rozkręciłem karabin i zapakowałem go do futerału. Rozmontowałem też prowizoryczną platformę, a po dwudziestu minutach byłem już na samym dole budynku. Jakoś tak z przyzwyczajenia rozglądnąłem się w jedną i drugą stronę, by dopiero w tedy zdecydować, w którą stronę lepiej mi się będzie udać. Po chwili byłem już w samochodzie i kierując się do domu wypatrywałem idącego chodnikiem brata. Zaszedł już spory kawałek od miejsca spotkania, ale niestety szybciej być nie mogłem. Zatrzymałem się niewiele przed nim, ale dopiero kiedy użyłem krótkiego sygnału dźwiękowego, dotarło do niego, że szofer się zjawił i może podrzucić jego zadek do domu. Kiedy wsiadł pojechałem bezpośrednio do domu. Po minie Meza, sądzę, że trafnie wywnioskowałem, że to właśnie tam chce się znaleźć jak najszybciej.

***

Zapowiadała się bardzo długa noc. Po powrocie do domu, od razu przysiadłem do laptopa, gdzie miałem włączone śledzenie nadajnika. Jak na razie się porusza. Miałem nadzieję, że jedzie do swojej kryjówki, ale moje doświadczenie mi mówiło, że mogę sobie tą nadzieję do kieszeni wsadzić. Westchnąłem tylko odkładając komputer na stolik. Udałem się do kuchni, a po krótkiej chwili wróciłem do salonu z puszką piwa w ręce. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie otwierając napój. Nie pozostało mi nic innego jak siedzieć i gapić się w ekran. Może śledząc drogę tej cholernej kropki po mapie Londynu wpadnę na jakiś genialny pomysł. Jak na razie mam pustkę w głowie. Siedziałem tak kilka dobrych godzin wpatrując się w sam środek ekranu, na niewielką, czerwoną kropkę migającą raz po raz. Rodrigez krążył. To był zdecydowanie czas na jego szwendanie po mieście. Tu zaliczył jakiś bar, tu znowu burdel. Poodwiedzał jakieś zapuszczone uliczki i nawrót do burdelu. Facetowi albo się nudzi, albo nie ma co robić z pieniędzmi. Obstawiam obie opcje. W końcu się położyłem kładąc laptopa na brzuch. Już nawet znudziło mi się przeglądanie jakiś durnowatych stronek dla zabicia czasu, więc tylko włączyłem swoją playlistę, by cokolwiek grało mi w tle. Nawet nie wiem kiedy, usnąłem. Obudziła mnie dopiero piosenka, która mimo cichych ustawień ciągle grała dość głośno. Momentalnie spojrzałem na zegarek. Zbliżał się wschód słońca. Skierowałem wzrok na ekran. Czerwona, migająca kropka...stoi w miejscu. 

Momentalnie się podniosłem z satysfakcją patrząc na ekran komputera - Mam cię. - uśmiechnąłem się przelotnie i sięgnąłem po telefon by na nim zapisać współrzędne geograficzne miejsca pobytu poszukiwanego przeze mnie i brata mężczyzny. Obiecałem, że przy nim odkryję gdzie swoją norę ma Rodrigez, więc specjalnie wstrzymałem się z wprowadzeniem ich do wyszukiwarki. Porównałem jedynie obszar do tego, wskazanego przez ciąg. Zupełnie nie to. Zły trop. Albo miejsce, w którym się zatrzymał było tylko przejściowe, a w rzeczywistości mieszka gdzie indziej. Taka myśl przeszła mi przez głowę, jednak skoro już wiemy gdzie jest aktualnie, nie mam zamiaru szukać dziury w cały. W szczególności, że nie wiem, na jak długo pozostanie na miejscu, a jeśli się gdzieś wybierze. To kiedy wróci. Za dużo niewiadomych potrzebnych do rozwiązania równania i odpowiedzenia sobie na pytanie, czy starczy nam czasu? Zawsze to samo. Ciągle tylko muszę zadawać pytania, na które w większości przypadków, w ogóle nie poznam odpowiedzi. Jednak zadać je muszę i muszę się nad nimi trochę porozwodzić. W innym przypadku nie będę przygotowany na każdą ewentualność związaną z zadaniem. Westchnąłem wstając z kanapy i udałem się na piętro, prosto do swojego pokoju.

Wysoko osadzona lampa rozświetliła pokój utrzymany w stonowanych, chłodnych, bo niebieskich barwach. Był już poranek o czym mówiło słońce rozświetlające na czerwono i pomarańczowo front domu, na które wybiegało okno. Już czas? Nikt nie wie. Nawet ja, ale przygotowany muszę być zawsze. Przeszedłem przez pokój, po którym od paru miesięcy walają się nie posprzątane łuski. Inny nazwałby to nieładem artystycznym, a ja po prostu awarią systemu osobistej motywacji. Nie, że nigdy nie sprzątałem w swoim pokoju. Po prostu nie czułem wewnętrznej potrzeby wkładania łap w coś, co tak w zasadzie, nie za bardzo mi zawada. Moja szafa była w zabudowie, więc zajmowała całą ścianę. Oprócz ubrań, za 'drugim dnem' miałem mini składzik broni pierwszej potrzeby. Kilka sztuk broni krótkiej rozłożonych w specjalnie przygotowanych uchwytach. Noże, magazynki i kolejne opakowania amunicji. Przezorny zawsze ubezpieczony jak to mówią. Wyciągnąłem ze skrytki dwa pistolety i kilka magazynków do niej. Nie mogło się też obyć bez moich ulubionych noży kunai, które schowam w futerale na przedramieniu. Jak ubiorę kurtkę nic nie będzie widać. Wszystko starannie przygotowałem i odłożyłem na łóżko. Gdy skończyłem udałem się pod prysznic.

»»————- ★ ————-««

Słońce było już znacznie wyżej na widnokręgu, ciągle jednak były godziny poranne. Od dłuższego czasu chodziłem bez celu po domu nie mając co tak na prawdę ze sobą zrobić. Dopiero kiedy usłyszałem kroki na pietrze, dochodzące z pokoju Meza, żwawo skierowałem tam swoje kroki. Nawet zbytnio silić się na pukanie nie musiałem, bo spotkaliśmy się w drzwiach. Sam podskoczył radośnie widząc mój uśmiech przypisany jedynie do takich sytuacji. Nie musiałem nic mówić. W pewnym momencie na prawdę zaczęliśmy rozumieć się bez słów. Zszedłem za nim po schodach i usiadłem na kanapie podnosząc klapę laptopa. - Zobaczmy, w którym ścieku siedzi nasz szczur. - przełączyłem się na mapę i wpisałem wskazane współrzędne geograficzne. Początkowo zbił mnie z tropu adres i zdjęcie satelitarne budynku wraz z najbliższą okolicą. - Hmm, dziwne. Ten budynek od dobrych kilku tygodni jest przeznaczony do rozbiórki... A przynajmniej był - stwierdziłem sprawdzając, czy przypadkiem nie pomyliłem się przy wpisywaniu współrzędnych, jednak wszystko się zgadzało. - No to Mez, szykuj się, idziemy zabić skurwiela. Zjedz coś i bierz broń. Musimy się przygotować. - powiedziałem z uśmiechem mierzwiąc włosy chłopaka. Kiedy ten wystartował gdzieś w głąb domu, ja zacząłem przeglądać okoliczne budynki, wyszukując czegoś, co mogłoby nam pomóc ze zrobieniem prowizorycznej, bo jednodniowej, bazy wypadowej. Przydałyby się też plany budynku, w którym przesiaduje Rodrigez...to też da się załatwić. 

Wybór padł na pobliski hotel, który jest dosłownie po drugiej stronie ulicy od interesującego nas obiektu. Zarezerwowałem pokój. Oczywiście wszystkich płatności dokonamy gotówką. W moim fachu karty są bezwartościowe, choć mogą przenosić miliony. Wolę żywą gotówkę, tak jak każdy z resztą. Kiedy wszystko było zrobione udałem się do swojego pokoju. Słyszałem jak od dobrych kilku minut Mezo przygotowuje się do wyjścia, więc i mi przydało by się zbierać. Wszedłem do pokoju i zacząłem ubierać na siebie kabury i uchwyty na noże. W końcu potrzebna na teraz broń znalazła się na mnie, zapakowałem resztę do torby, łącznie z dodatkowymi ubraniami dla siebie i brata. Tak w razie potrzeby. Zarzuciłem torbę na ramię i korytarzem udałem się w stronę pokoju Meza. Miał otwarte drzwi. Z rozpędu musiał ich nie zamknąć, albo chociaż przymknąć. Widziałem jak smutno przypatruje się broni trzymanej w rękach. Nie wiedzieć czemu. Ostatecznie trzyma w dłoniach dwa pistolety, które mu kupiłem. Dwa najlepsze jakie kiedykolwiek miałem okazję trzymać i używać. Może mu chodziło o coś innego? - Mez... chodź ze mną. - powiedziałem podchodząc nieco. Zauważony przez niego tylko się uśmiechnąłem i zszedłem po schodach. Następnie skierowałem się do salonu. Sięgnąłem za szafkę stojącą z boku i zwolniłem blokadę, dzięki czemu drzwi, zwykle maskujące się w ścianie, odskoczyły i dały się otworzyć. - Zwykle nie dzielę się z nikim bronią. - stwierdziłem otwierając szerzej drzwi. - Ale dla ciebie zawsze będę robił wyjątki. - uśmiechnąłem się spoglądając na niego. Znów, te cieszące się oczy dziecka. Od razu jakoś weselej mi się zrobiło.

»»————- ★ ————-««

Po godzinie byliśmy już w pokoju hotelowym. Mez wyciągnął wszystko co jest potrzebne na teraz, czyli kamery i plany budynku. Ja w między czasie przyjrzałem się budynkowi przez lornetkę. Nie jest to za stare budownictwo, ale pewnie skrywa coś, co może mnie zaciekawić i ewentualnie pomóc w zadaniu. To jednak nie teraz. Musiałem się tam jakoś zakraść i sprawdzić, na którym piętrze jest mężczyzna. Postanowiłem trochę poplątać się między jego dość charakterystycznymi ochroniarzami i posłuchać ich rozmów. Cóż... Szefa to może i mają inteligentnego, ale ci to sprytem ni chuja nie grzeszą. Nie minął kwadrans, gdy wiedziałem, na którym piętrze powinienem go szukać. - Dobra, R jest na 7 piętrze, po zachodniej części budynku. Jest dość charakterystyczne, bo ma całą oszkloną jedną ścianę. Nie idzie pomylić. Jak na razie zostań tutaj. Ja się zajmę rozmieszczeniem kamerek. - zacząłem przygotowywać swój sprzęt nie zapominając o komunikatorach. Jedną ze słuchawek z mikrofonem dałem bratu. - Nie musisz nic naciskać, po prostu mówisz. Tylko nie krzycz to jest głośne. Kamerki są już połączone z laptopem, więc będziesz miał podgląd na to co widzą. Będziesz mnie musiał trochę pokierować, jakby widziały zbyt wąsko. Będę je montował na ślepo, by za bardzo nie rzucać się w oczy. - torbę z potrzebnym mi sprzętem zarzuciłem na ramię. - Zabawę czas zacząć. - zaśmiałem się cicho mierzwiąc bratu włosy. - Powodzenia nam obojgu. - powiedziałem i wyszedłem z pokoju.

 

 

629b34c574ca67d7b80b5331fde435c9.jpg     73675a690159df622aecab11100fe54b.jpg     b324ebf7096f9c5cb9a72a50dde5077b.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━