━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
- Mezo, to nie są przelewki, dobrze wiesz. Jeden błąd może się dla mnie źle skończyć, a tym samym dla ciebie. Nie pozwolę na to. - odparłem choć słowo zgody już padło i tak trochę nie wypada mi zawieść brata. Doskonale wiem, że bardzo chce mi pomagać w pracy i doceniam jego wskazówki, podpowiedzi, czy dostrzeżenie istotnego szczegółu, którego ja nie widzę, ale wprowadzenie go w prawdziwą akcję, będzie wyzwaniem. Szczególnie, że jak to u Grenardów w rodzinie bywa, nie zacznie od małych kroczków, tylko o razu wypierdala się na sam środek głębokiego jeziora z przekonaniem, że nie utonie i nauczy się przy tym pływać. Owszem, metoda może i dość skuteczna, ale razem ze skutecznością, wprost proporcjonalnie wzrasta ryzyko, którego obawiam się podjąć. Ostatecznie z rodziny pozostał mi jedynie Mezo i to on trzyma mnie w dziwnym stanie jakim jest człowieczeństwo, jeśli i on by zginął, człowieczeństwo mogłoby dla mnie przestać istnieć. Nie martwiłbym się już o nikogo. A to źle.
Oparłem się wygodnie o oparcie krzesła i zacząłem słuchać co mój brat ma mi do powiedzenia. Przynajmniej tyle mniej będę miał do szukania i zachodzenia w głowę, jak tego gościa ściągnąć w jakieś ludzkie miejsce. Teraz też zaczęło mnie ciekawić, po jaką cholerę gang chce się go pozbyć? To zwykły ćpun, wystarczyłoby, żeby ktoś dosypał mi syfu do działki i gotowe. Albo cierpliwie poczekać, aż sam bardzo grzecznie postanowi kopnąć w kalendarz. Tylko jak widać komuś już podpalono siedzenie i wręcz na gwałt chce coś z tym zrobić. Na swoje szczęście mam dość sporo czasu na sprzątnięcie niepotrzebnego śmiecia. Każdy jednak wie, że niczego nie zostawiam na ostatnią chwilę. No chyba, że papierkową robotę, to zawsze jest dla mnie wyciągnięte spod prawa bardziej niż ja sam. Podniosłem podany przez brata telefon i przeczytałem kilka ostatnich wiadomości. Coś mnie w nich zaciekawiło, więc cały czas słuchając wypowiedzi brata zacząłem szkicować, bardzo bobrze znaną mi mapę Londynu, na niej też zacząłem zaznaczać pewne punkty. Szybko jednak zrezygnowałem z tego i ciągnąłem po jedną z map, leżących na szafce w kuchni.
Na wcześniej zabranej kartce zacząłem pisać liczby z ostatnich SMS-ów, które otrzymał Mezo. Były to, tak jak powiedział współrzędne geograficzne. - Szyfr Vigenere'a... - mruknąłem pod nosem, nanosząc na mapę odpowiednie punkty, odzwierciedlające miejsca spotkać z poszukiwanym przeze mnie mężczyzną. - Na podstawie Szyfru Cezara.... - ponownie mruknąłem pod nosem. Mówiłem tak jakby do siebie, tak jakby do brata. Nie ważne. Połączyłem ołówkiem zaznaczone punkty. Wstałem i pochyliłem się nad mapą, by lepiej to widzieć. Naniosłem jeszcze kilka linii. - Pierdolony matematyk. - powiedziałem to już bardziej otwarcie. - Ciąg Fibonacciego... - postukałem końcówką ołówka o blat. - Nie sądziłem, że matematyka rozszerzona mi się do czegoś przyda, a tu proszę. - zaśmiałem się cicho. Czując dziwny posmak w ustach wyciągnąłem papierosa, który przez cały czas leniwie tlił się, tkwiąc między moimi wargami. Przypaliłem filtr z tego wszystkiego. Zgasiłem papierosa między palcami, a niedopałek wrzuciłem do popielniczki. Jeszcze co śmieszniejsze, potrafię rąbnąć się przy prostym dodawaniu, a sześć razy osiem już zawsze zostanie dla nie sześćdziesiąt cztery, ale coś, czego nie potrafiłem pojąć na początku, jest dla mnie oczywistością. No tak, sufit to i może mam równy, ale podłogę mi spierdolili na całej linii.
- W tym momencie myślę co innego. ' Po jaką cholerę pchałeś się w to życie, Mez? ' - powiedziałem opadając z powrotem na krzesło. Wcześniej oczywiście sięgnąłem po paczkę fajek. Wyciągnąłem jednego, odkładając resztę na środek stołu, i zapaliłem. Powędrowałem spojrzeniem za bratem i tak go śledziłem jak chodził w tę i z powrotem. Widziałem, jak bardzo mu na tym zależy. Też zawsze chciałem, żeby ze mną pracował, ale nie żeby od razu rzucał się w rzekę, z rwącym nurtem... To jest jednak u nas rodzinne. - Co mam ci powiedzieć? Że boję się o ciebie jak jasna cholera, nawet jak doskonale wiem gdzie idziesz, i że wrócisz bezpiecznie za kilka dni, odeśpisz i wrócisz do żywych. Że za każdym razem, kiedy to ja wychodzę z domu, zostawiając ciebie samego, myślę czy jeszcze wrócę, albo, czy tym co robię nie narażam przypadkiem ciebie...A ty chcesz, żebym teraz od tak powiedział, 'Dobra, Mez, zbieraj się bo mamy skurwiela do odstrzelenia'? - ostatnie zdanie wypowiedziałem spoglądając za brata, który w podczas swojego monologu stanął za mną i położył dłonie na barki. Doskonale wiem, czego chce...i chyba mu się to cholera udało... Zły Joel...Bardzo zły.
Nawet najgorszy skurwiel potrzebuje czasami czyjejś pomocy. - Umowa... - powiedziałem w końcu, ale w moim głosie ciągle było słychać sporą niepewność. Zgasiłem papierosa w zapalniczce, bo niebezpiecznie zbliżałem się do filtra. Wstałem. - Niech cię szlag Mezo. - powiedziałem na chwilę odwracając głowę. - Ehh, pożałuję tego. - mruknąłem - Poczekaj tu. - poszedłem do przedpokoju, gdzie rzuciłem papiery dotyczące tej sprawy. Zabrałem je do kuchni i położyłem na blacie stołu przed bratem i od razu zacząłem mówić. - Ciąg Fibonacciego jest specyficzny i potencjalnie problematyczny. Wystarczy cofnąć się trochę i znaleźć nasze zero. Znajdziemy zero, znajdziemy Rodrigeza Jest taki problem, że Pan R podchodzi do tego bardzo liźnie. Proponuje spotkanie w dziwnej kolejności, a nie ze zgodnością ciągu. - ponumerowałem punkty, zgodnie z kolejnością spotkań w danym miejscu. - Jest też jeszcze jeden dość spory problem. - wskazałem na jedną z linijek akt, gdzie był zamieszczony sposób w jaki ma zginąć. - Imprudentia, czyli nieumyślne z łaciny. Po mojemu oznacza nieszczęśliwy wypadek, więc nie rwij się tak do wyciągania broni. Wszystko w swoim czasie. - wyprostowałem się na chwilę, krzyżując ręce przed sobą. - Dałbyś racę podłożyć mu nadajnik? - wypaliłem w końcu. Zawsze to będzie szybciej, niż dochodzenie po nitce do kłębka, gdzie ten szczur ma norę.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━