━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Usłyszawszy grzechot zamka w drzwiach zastygłem w miejscu w oczekiwaniu na swoją ofiarę. Trzask zamykanych drzwi. Głuche, ciężkie kroki i skrzypiąca podłoga. Obróciłem zapalniczkę w rękach, a po chwili odpaliłem od niej papierosa. - Co do? - usłyszałem niknące pytanie, a światło rozjaśniło całe pomieszczenie. Zaciągnąłem się dymem sięgając po broń. - Serdeczne pozdrowienia. - odparłem i posłałem klientowi srebrną kulkę w łeb. - Jakie oficjalne - usłyszałem głuchy śmiech swojego partnera w słuchawce. - Zamknij się. - odparłem ponownie zaciągając się dymem papierosa i wstając z fotela. Podbiegłem do okna i zeskoczyłem na dach podstawionej furgonetki. - Ile mamy czasu? - zeskoczyłem na chodnik i pobiegłem do kolejnego miejsca. - Dwie minuty i czterdzieści trzy sekundy, zdążysz? - zaśmiałem się tylko wbiegając na schody pożarowe pobliskiego bloku.
Zająłem swoje miejsce na dachu wysokiego budynku gdzie czekała już na mnie kolejna broń wycelowana w odpowiednie okno. Ustawiłem się i spojrzałem w lunetę dostrzegając pokój, w którym byłem jeszcze przed chwilą. - Gdzie mój cel? - odparłem uspokajając oddech. - Za jakieś dziesięć sekund powinien dostać się do pokoju. - pokiwałem głową, chociaż miałem świadomość, że mój partner i tak tego nie zobaczy. Zacząłem odliczać dziesięć sekund, a po tym czasie jak na zawołanie w drzwiach stanął mój główny cel. Obserwowałem dokładnie jego ruchy przez lunetę. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi i podbiegł do leżącego w salonie ciała pociągnąłem za spust. Poczułem lekki odrzut, a klient runął martwy na ziemię.
* * *
Po kilku dniach przeczekania w kryjówce w kompletnej ciszy radiowej ciszę nareszcie przerwał dzwonek stacjonarnego telefonu. Podniosłem słuchawkę - Tak? - po chwili odezwał się zleceniodawca. - Mam dla ciebie trzy roboty. Dwa spacerki po parku i jeden do piekła i z powrotem. - uśmiechnąłem się pod nosem. - Gdzie i kiedy? - podał mi adres, co oznaczało koniec siedzenia z podkulonym ogonem. Po kwadransie byłem już na miejscu. Wszedłem do budynku od razu dostrzegając mojego stałego rywala w zleceniach rozmawiającego w pracodawcą. Włosy zjeżyły mi się na karku. -Schudłeś. - odparł - Co ja zrzuciłem ty przybrałeś - skwitowałem - Jeszcze czego? Zaraz będziecie sobie nawzajem obciągać? - prychnął mężczyzna stojący przed nami. Nigdy nie powiedział swojego imienia, ani pseudonimu. Dlatego dużo osób, w tym ja, nazywają go No name - Nie dzięki, wolę lizać cipki. - W bardzo dużym skucie przybliżył nam wszystkie trzy zadania. Te nazwane przez niego "spacerkiem po parku" oddałem rywalowi. Nic nadzwyczajnego. Po prostu morderstwo z wrobieniem. Mnie zaciekawił "spacer do piekła i z powrotem" - Biorę - odparłem szybko - Pas, to nie dla mnie - powiedział i wyszedł. Dla mnie lepiej.
* * *
Był wczesny ranek kiedy dotarłem do domu. Jeszcze stoi, to naprawdę dobry znak. Uśmiechnąłem się w głębi siebie i wszedłem do środka. Zamknąłem drzwi i przez chwilą nasłuchiwałem jakichkolwiek dźwięków z głębi domu. Cisza. Westchnąłem cicho i przeszedłem do kuchni. Dziwne, ale to jest moje ulubione miejsce do myślenia. Zapas fajek, kawa i meble przesiąknięte błogim dymem papierosów wypalanych tutaj od wielu lat. Usiadłem przy stole nie siląc się już na nic. Nie miałem nawet siły na sięgnięcie po paczkę z fajkami. Oparłem głowę na ręce i próbowałem coś wymyślić wsłuchując się w ciszę budynku. Nie lubię ciszy tego rodzaju.
Po krótkiej chwili usłyszałem kroki na schodach. Czyli mój brat postanowił jednak zaszczycić nasze cztery ściany swoją obecnością. Podniosłem wzrok kiedy wszedł do kuchni. Na jego słowa jedynie pokiwałem głową goszcząc na ustach ledwo widoczny uśmiech. Tak to już u nas było. Na przywitanie żadnego "cześć", "miło cię widzieć" ani nawet "weź spierdalaj". Witaj w świecie braci Grenard. Wziąłem podanego przez Mezo papierosa po chwili odpalając go. Błogi dym wypełnił spragnione płuca. - Przecież wiesz, że i tak bym ci powiedział. - zaciągnąłem się jeszcze raz i strzepnąłem popiół z końcówki papierosa. - To były pracowite kilka dni. Po dwa, trzy zlecenia na dobę. Pierwszy odpadł lewy diler z obrzeży. Potem mniejsze zlecenia, nudy. Ostatnie było na alfonsa i głowę karteru narkotykowego. Nic wielkiego. - wzruszyłem ramionami. Takie zlecenia są dla mnie codziennością niczym dla przeciętnego człowieka poranna kawa. Przestałem robić z tego jakieś wielkie halo po drugim zleceniu. Po nim przestałem tez liczyć oddane strzały.
Ponownie podniosłem papierosa do ust i zaciągnąłem się. - Za kilka dni czeka mnie kolejne. Na niejakiego Rodrigeza. Podobno często kręci się w gdzieś w centrum, a w nocy na burdelowej ulicy. - spojrzałem na Młodego unosząc lekko brew. - Rodrigez. - doskonale wiedziałem, co chce powiedzieć. Jeśli chodzi o okolicznych ćpunów to wystarczy podać Mezo jaki towar zwykle bierze poszukiwany przez ciebie osobnik, a ten powie ci wszystko. Taki brat to skarb. Przynajmniej trochę szybciej pójdzie mi zlokalizowanie go i wprowadzenie w pułapkę. - Wiem i własnie tego się obwiałem. Masz świadomość, że jeśli coś nie wypali po tobie? Po nas? - uwielbiam ten jego entuzjazm i nie powiem kilkukrotnie naprowadził mnie na dobry trop, ale to już nie przelewki. Jeśli zostanie chociażby jeden ślad mówiący, że jego śmierć nie była nieszczęśliwym wypadkiem tylko morderstwem to już po nas. Miałem tego przykrą świadomość, ale zgodziłem się. Co innego mogłem zrobić? Trzymać go przykutego gdzieś w jego pokoju i wpuszczać tam tylko Marishkę? Może bez przesady. - Niech będzie. Co wiesz o nim?
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
