━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Nigdy nie należałem do osób, które szybko się do kogoś przywiązują. Zwykle i tak kończyło się to zakończeniem znajomości po kilku miesiącach, a nawet jeśli nie, trzymano się przy sobie ze zwykłego przyzwyczajenia, co nie było najlepszym wyjściem. Ja należę do tych, do których cholernie ciężko jest trafić słowami, czy czynami, nie okazuję początkowej sympatii, ani nie jest mi łatwo zaufać komuś obcemu. Jestem wręcz oschły i to bardziej niż zwykle. Jak było w takim razie w przypadku Sariusa? Dokładnie tak samo. Chociaż nasza relacja nawet nie zbliżała się do poziomu wymiany przywitań. Zawsze kiedy tylko pojawiałem się w domu raz na jakiś czas, Sarius zaszywał się w garażu i nawet nie był śmiały wyścibić z niego nosa. A kiedy już jakimś dziwnym cudem na siebie wpadliśmy, obdarowywałem go chłodnym spojrzeniem, kończyłem to co musiałem i wracałem do siebie. W tym wszystkim jednak byłem takich sukinsynem, gdy najmłodszy z naszej trójki był w pobliżu. W innych sytuacjach, kiedy 'był w szkole', albo byłem pewny, że spał, siedziałem z Mezem w kuchni i po wymienieniu się wszystkimi nowinkami z dnia, w końcu pojawiał się temat Sariusa, więc to nie było tak, że był mi zupełnie obojętny. Ale potrzebowałem kilku tygodni, żeby się do niego przekonać i zacząć nazywać bratem, tak samo jak on, potrzebował złamać mi nos, by się przekonać, że w cale nie jestem aż taki zły, by mnie omijać szerokim łukiem.
Może i jestem skończonym chujem, ale ten drobny gest, był dla mnie ważny pod tym względem, że relacja między nami ma w końcu szansę się ocieplić, tylko trzeba nad nią trochę popracować. A złamany nos, to niewielka cena, by dać zaczątek dla nowej, mam nadzieję, że silnej, relacji z chłopakiem. Kiedy chłopak się ode mnie odsunął spuściłem głowę, by móc na niego spojrzeć. Dostrzegając w jego dłoni zmaltretowaną paczkę papierosów, którą starał się naprawić, nie mogłem powstrzymać się od życzliwego uśmiechu. Wbrew wszystkiemu, to miłe z jego strony. Wziąłem paczuszkę i odłożyłem ją na półkę przy umywalce. Mimo to, że tego nie okazywałem w żaden sposób Sarius stał się dla mnie bardzo ważny. Kolejne papierosy sobie kupię, a gdzie znajdę drugiego takiego brata? Schyliłem się i jeszcze raz złączyłem nas w silnym, męskim uścisku. - Nic się nie stało, szybko się wyliżę. - powiedziałem cicho, odsuwając się w końcu od chłopaka. - Nie płacz. - posłałem mu lekki uśmiech i wytarłem wierzchem dłoni jego zapłakane oczy i policzki. - I raczej nie wspominaj o tym Mezo, bo oberwie się nam obojgu. Jest srogo wyczulony na przemoc w rodzinie. - W końcu zmyłem z twarzy resztkę krwi i założyłem opatrunek. Sprawnie mi poszło, jak to mówią, trening czyni mistrza, a ja miałem bardzo dużo okazji, żeby składać do kupy siebie, albo swoich ludzi, których nie za bardzo dało się przetransportować do szpitala.
- Chodź Młody, pokarzę ci kilka sztuczek i jak u nas zacieśnia się więzy rodzinne. - skinieniem głowy wskazałem swój pokój, do którego się udaliśmy. - Aa i podasz mi to nazwisko? - kiedy otrzymałem odpowiedź od razu sięgnąłem po telefon i wybrałem odpowiedni numer. W między czasie sięgnąłem po nowy podkoszulek z szafy, który od razu ubrałem. - Potrzebuję, żebyś mi kogoś znalazł. - powiedziałem od razu, kiedy po drugiej stronie słuchawki usłyszałem zdegustowane mruknięcie swojego informatyka. Streściłem o kogo mi chodzi i rozłączyłem się. - Musisz coś o mnie wiedzieć. - powiedziałem w końcu do chłopaka, przepakowując wcześniej przyniesioną torbę. - Nie jestem dobrym gościem, ręką sprawiedliwości, a już tym bardziej nie pracuję charytatywnie, za duże ryzyko. Ale zrobię to ze względu na ciebie. - powiedziałem zapinając zamek torby. W zasadzie nie było tam wiele, broń, stalowy drut i kilka innych zabawek w płynie, zobaczymy co się przyda. W końcu odezwał się mój telefon. Już wiem gdzie jest. - Jedziemy. - rzuciłem tylko i zeszliśmy na parter, by po chwili znaleźć się w samochodzie. Odpaliłem silnik i ruszyłem do tak dobrze znanego mi szpitala.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━