
𝚃𝙾𝙽𝚈 𝚂𝚃𝙰𝚁𝙺 𝚇 𝚂𝚃𝙴𝚅𝙴 𝚁𝙾𝙶𝙴𝚁𝚂 ; 𝙲𝙷𝙰𝙿𝚃𝙴𝚁 𝟶𝟸
Beznadziejne zaufanie, to właśnie ich łączyło. I to raz na zawsze złamało obu z nich.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio poczuł się tak zmotywowany jak teraz. Chociaż był cieniem własnego siebie, cuchnął, a ognista ciecz doprowadziła go do ostrej migreny, uśmiechał się. Jeśli się nie uda, jego walka zostanie skończona. Może Kapitan miał rację? Jedno pociągnięcie za spust, nabój świdrujący miękki mózg, koniec wszelkiej męki i pasma niepowodzeń. To było łatwe. Łatwiejsze od nieustannej walki, porażek, trudu i nadziei, ostatecznie łamiącej serce, gdy gaśnie ostatni płomyk, rozjaśniający przeraźliwy mrok. Dźwięk pracującego silnika samolotu zdawał się być uspokajający. Nie chciał zostawać sam na sam z własnymi myślami. Odtrącał od siebie nieprzyjemne przeczucie, iż tym razem również nie zdoła ocalić tych, których kocha. Ponownie wyląduje na kolanach, łkając, a nikt nie ułoży dłoni na jego drżących plecach, uspokajając i mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Ułoży się.
Obroty samego serca metalowego ptaka utrzymywały jego umysł w pionie. Pisk w uszach nie słabł nawet na minutę, ale wycie skomplikowanego mechanizmu działało kojąco. Było lepsze od ciszy.
Znowu pomyślał, że nic nie będzie takie, jak kiedyś. Nawet ciepło rozgrzanego torsu Rogersa nie świadczyło o tym, że ich zmarnowana przyjaźń zyska szansę na ponowny rozkwit. Uśmiechnął się tylko, stojąc prosto. Dawno nie czuł się taki sparaliżowany, jednak był wdzięczny za jego troskę. Przecież mógłby nie wrócić, a on wcale nie musiał zostawać. Stark znalazłby się w całkowicie pustym domu, ogołoconym bardziej od niego, szpetnym jak jego wnętrze.
To nie był ich świat. Już nie. Nie po tym wszystkim, nie bez przyjaciół, nie bez połowy ludzkości. Iron Man i Ameryka już dawno przestali być sobą. Utknęli w półcieniu, pośrodku niczego, będąc daleko od startu i mety. Bezczynność sprawiała tylko, iż cel stawał się coraz bardziej zamglony. A cierpienie... zbyt wielki ból w końcu upośledza. Anthony mógłby przyrzec, że już zawsze będzie czuł zimno, wkładając rękę do wrzątku. Jakby już nic w nim nie było.
Depresyjny epizod zniknął, gdy spędził w łóżku niemal całą dobę. Odespał, a później zaczął się porządnie odżywiać, powolnie pracując nad maszyną, aby dopilnować każdy, nawet najmniejszy, szczegół. Jego stanowisko było nadzwyczaj czyste, choć zwykłe pracował w najprawdziwszym chaosie. Zrezygnował ze swoich błyskotliwych, lecz ryzykownych pomysłów, skupiając się na tym, aby podróż była bezpieczna, a skutki niemal niewyczuwalne. Wyizolował wszelkie błędy, dokonując niezbędnych obliczeń tyle razy, iż znał cyfry na pamięć. Miało się udać. Musiało się udać. Kolejnej szansy nie będzie.
Nie w jego stanie.
***
Wszystko tak łatwo zniknęło; cały ból, pasmo niepowodzeń, cierpienie po złamanym sercu. Rodziny znowu były razem, kochankowie ponownie rozgrzewali własne serca, miasto dudniło życiem. Idealny obrazek, postrzegany oczami idealnego mężczyzny. Najważniejsza wojna została rozegrana, lecz prędko zduszona w zarodku. Ziemia była bezpieczna. Potwór z Tytanu nie zagrażał już nikomu, a Mściciele udowodnili, iż zrobią wszystko, aby zaprowadzić porządek. Ludzie kochali bohaterów.
Stark długo chełpił się zwycięstwem. Ścięcie głowy obrzydliwego monstrum było najprzyjemniejszym widokiem, jaki tylko mógł sobie wymarzyć. Znowu był sobą, ba, w pełnej okazałości.
Ale wiedział, że coś jest nie tak.
Coś mu umknęło, czegoś zapomniał. Ta pustka stopniowo narastała, jednak nie sięgał do źródła swoich parszywych przeczuć. Dlaczego miałby przejmować się pojedynczymi myślami i niewyraźnymi urywkami? Scenami, nawiedzającego go w nocy i w dzień? Niektóre wizje były miłe, inne zaś doprowadzały go do spazmów; nie mógł złapać oddechu, a jego głowa miała ochotę eksplodować. Za każdym razem łupało go w nosie, jakby ktoś wiercił w nim dłutem.
Musiał wyrwać się z Nowego Jorku, z tych znajomych ulic, daleko od Malibu, a najlepiej — z dala od samego siebie.
Padło na Włochy, a dokładniej na maleńką prowincję, gdzie poczta dochodziła raz w miesiącu, a wodę trzeba było przynosić wiadrami z oddalonych o mile studni.
Samotność pośród tylu ludzi... pierwszy raz okazała się kojąca. Jakby w jego głowie od lat przewijała się jedna piosenka, a on nie pamiętał jej tytułu.
I dopiero teraz go poznał.
Los szybko pokrzyżował jego plany. Urlop okazał się kolejną misją, jednak nie tą samotną. Steven zmierzał w jego kierunku, zupełnie niepotrzebnie, co Stark wielokrotnie zdążył zaznaczyć. Nie dadzą odpocząć, nie.
Przyjechał w nocy, w pełni wyposażony, z tarczą na plecach i planach w dłoni. Tony nawet nie wyszedł na powitanie. Stał w oknie z założoną ręką na twarzy, oddychając ciężko. Przewracał oczami, czego blondyn nie mógł zauważyć. Dopiero gdy stanęli twarzą w twarz, ciemnowłosy zdecydował się odezwać.
— Kapitanie — rzekł — Czy mówili Ci, po co tu jesteś? — dopytał, wskazując ręką na rulon. Przejął grubszy paper, stukając palcem w denko.
Widząc jego pytającą minę, kontynuował.
— Przed chwilą otrzymałem telefon. Nie będzie żadnego zamachu — mówiąc to, jego oczy ukazywały irytację. — Niczego nie będzie. Chyba bali się, że zapiję się na śmierć.
***
Słońce leniwie wychylało się spoza otwartego okna, wypuszczając parę i kłęby osiadłego pod sufitem dymu. Popielniczka śmierdziała od nadmiaru cygar i papierosów, we większości dopalonych do połowy. Stark, słysząc znajomy głos, dźwignął się z łóżka, wbijając nieprzyjazny wzrok w Rogersa. Dopiero gdy jego stopy zetknęły się z podłogą, poczuł, jaka jest lepka. Usiłując wstać, nogą zawadził o półpełną butelkę, a ta potoczyła się głębiej, żegnając się z zawartością. Trunek oblepił jego palce, a ten syknął, choć właśnie zmierzał do łazienki, aby wziąć szybki prysznic. Istniała szansa, coraz większa, że się po prostu poślizgnie.
— Tony, Tony, Srony — wycedził, łapiąc się za policzek, jakby chciał coś tym zasygnalizować, jednak mężczyzna zdawał się być kompletnie zbity z tropu.
Zmarszczył czoło. Krzyknął coś po włosku, witając się z gospodynią na dole, obecnie najwidoczniej z ogromną ekscytacją i zaangażowaniem, walącą w garnki.
Zignorował go, zupełnie tak, jak on jego. A przynajmniej do czasu, gdy alkohol nie muskał jego wątpliwej moralności.
Odkręcił wodę pod prysznicem, przeciągając kąpiel w nieskończoność. Mydlił ciało dokładnie, pragnąc zmyć wszystko, co paliło go głęboko pod skórą. Był wciąż pijany, o czym świadczyły drżące dłonie. W lustrze dostrzegł malinkę; zaczął drapać skórę tak mocno, aż jego szyja zamieniła się w najczystszy ogień, a kilka kropel krwi pociekło po jego skórze.
Wspomnienia były zamglone, pamiętał tylko szczerą rozmowę, własny płacz, opowieść o tym, że najprawdopodobniej wariuje, a później... Stykał się ustami z kimś, na kogo niedawno miał ochotę napluć. To nie było realne, nie mogło być. Uściski i zapewnienia, że to tylko taki etap, że każdy może czuć się zagubiony, a Iron Man sporo przeszedł. Podczas każdej walki.
Nie zastanawiał się, co było później. I jak doszło do kolejnego pocałunku. Pamiętał już tylko silną dłoń Rogersa, uderzającą o jego policzek, obrzydzenie na jego twarzy, jakby wówczas uświadomił sobie, co właściwie robił.
— Też radzę Ci się wykąpać, bo śmierdzisz. Być może, całkowicie przypadkowo, rzuciłem w Ciebie odkręconą butelką.
Odezwał się w końcu, już całkowicie naturalnie, jakby ktoś wcisnął odpowiedni przycisk i sprowadził Tonego na właściwy tor.
***
Popołudnie spędził na dole, otaczając się obcą rodziną, traktującą go jak powietrze. Nie znali jego tożsamości lub skrzętnie ukrywali tę wiedzę — Starkowi było to jak najbardziej na rękę. Odpoczynek od wścibskich pytań w końcu pozwolił mu się wyciszyć. Zalegał na starej sofie, od czasu do czasu popijając zbyt ciepłego drinka, aby powolnie kończyć swój plan kosmetycznych poprawek zbroi. Nawet podczas urlopu musiał zająć się czymś względnie efektywnym.
Nie kontaktował się z Friday, co było nowością. Zwykle korzystał z umiejętności sztucznej inteligencji, jednak tym razem postanowił całkowicie zdać się na samego siebie.
Uniósł głowę w momencie, gdy obok niego pojawił się blondyn. Zmroził go wzrokiem, jednak nie odezwał się ani słowem. Po prostu patrzył na niego, a jego tęczówki zbyt dokładnie okazywały pokłady pełne pretensji. Z poprzedniej nocy pamiętał coraz więcej, urywkowo układając niewyraźne wydarzenia.
— Nie musiałeś mnie bić — szepnął w końcu, jednak nie poświęcał mu ani grama uwagi. Na nowo skupił się na telefonie, kreśląc coś palcem, aby wydawać się pochłoniętym pracą.
— Nawet nie jesteś w moim typie, Rogers. Różnica wieku i te sprawy — zaśmiał się, wstając z wygniecionego siedziska. Otrzepał spodnie z niewidzialnego kurzu, wkładając dłonie do kieszeni.
— Stefania poprosiła, żeby zrobić zakupy. Kończy mi się też whisky, liczyłem, że przyniesiesz wszystko za mnie. Mam ochotę się przejść i zwiedzić trochę okolicę.