JustPaste.it

ashes.png

⠀⠀⠀Wanda beznamiętnie wpatrywała się w stojącą naprzeciw niej Jean. Cisza otaczała młode mutantki niekomfortowym uściskiem. Rdzawa poświata igrała ze szkarłatem. Magia chaosu wyczuwała szczerość w słowach Grey i chyba właśnie to najbardziej przerażało mutantkę. Nie należała do grona tych strachliwych, jednak lęk przed odrzuceniem i stratą przeważał nad potrzebą zawarcia nowych przyjaźni. Choć miała dopiero naście lat, to rozumiała nazbyt dobrze, że chaos tkwiący w jej duszy prędzej czy później doprowadzi do tragedii. Spustoszy i pogrąży w nicości wszystko, co obdarzy sympatią.
— Nie potrzebowałam żadnej pomocy. Tamci ludzie nie byli dobrzy. Zasługiwali dokładnie na to, co ich spotkało — powiedziała, po czym uniosła dłoń i za pomocą magii otworzyła drzwi pokoju. Cień uśmiechu wpełzł na usta Romki. — Już późno — stwierdziła, rzuciwszy w stronę rozmówczyni jawną sugestię.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

⠀⠀⠀Odgłosy rozmów przebudziły mutantkę, skrzywiła się i zarzuciła kołdrę na twarz. Dopiero po dłuższej chwili uniosła zmęczone powieki i zlustrowała pokój spojrzeniem. Nic się nie zmieniło. Ubrania dalej zalegały na oparciu krzesła, książki o niepopularnych tytułach kurzyły się na półkach, zaś po zabrudzonym oknie spływały krople ciężkiego deszczu. Nie obudziła się w lepszym miejscu ani lepszym świecie. Wanda nie chciała uczestniczyć w jakichś durnych lekcjach czy wykładach. Priorytetem była walka. Pragnęła działania, odnalezienia ojca i pomszczenia Pietro. Czyściciele czyhali na gen X, żywili się ich strachem i spijali nadprzyrodzoną krew z miejskich bruków. To wszystko działo się teraz, podczas gdy dziesiątki młodych mutantów siedziało w ławkach i zagłębiało mniej lub bardziej bystre umysły w zdatnej teorii.
⠀⠀⠀Kilkanaście minut później Maximoff przekroczyła próg sali lekcyjnej. Była spóźniona, ale nie przejęła się tym nawet przez chwilę. Wraz z obecnością nowej uczennicy w lokum zapanowała cisza. Nauczyciel, którego imienia nie znała, patrzył na Wandę wymownym spojrzeniem. Miał bujną czuprynę i oliwkową cerę. Podobnie, jak ona sama.
— To ten moment, w którym mam przeprosić, czy... — Mutantka zajęła wolne miejsce w ostatnim rzędzie pojedynczych ławek. Przez następne zdecydowanie zbyt długie minuty przypatrywała się widokom zza okna. Deszcz opadał na szerokie liście, muskał je chłodnym dotykiem, by ostatecznie upaść i wsiąknąć w ciemną glebę.
⠀⠀⠀Po opuszczeniu zajęć spostrzegła mknącą w jej kierunku Jean. Zastanawiała się, czego mogła od niej chcieć.
— Mam nadzieję, że nie przyszłaś mnie umoralniać. Nie każdy musi szczycić się wzorową frekwencją, jak mniemam, jest w twoim przypadku — powiedziała i żwawym ruchem obróciła się plecami w stronę Grey. Za pomocą szkarłatu powstrzymała lecący w ich kierunku kamień. Był niewielkich rozmiarów, lecz Wanda zdołała usłyszeć świst w powietrzu.
— Wyrzutek znalazł sobie towarzysza. Ciągnie swój do swego. — Gardłowy śmiech opuścił usta jednego z uczniów. Miał pożółkłą skórę, ale Wanda nie potrafiła odczytać, jakimi zdolnościami się posługuje.
— Powtórz to jeszcze raz, a połkniesz własny język. — Maximoff uniosła drobne dłonie na wysokość klatki piersiowej. Wokół ich trójki zebrał się tłum gapiów, szepty wybrzmiewały pomiędzy ciasną przestrzenią. Szkarłat oplótł ciasno szyję nieszczęśnika, przez co momentalnie zaczął się krztusić. Jaskrawa czerwień poczęła wyjadać brąz tęczówek.
— Co się tutaj dzieje?! — wtrąciła Ororo Munroe.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

⠀⠀⠀Kim była Wanda Maximoff? To pytanie stawiali przed sobą nie tylko uczniowie Instytutu profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży, lecz również ona sama. Mutantka siedziała teraz na brzegu tego samego wzgórza, które upatrzyła sobie zeszłej nocy. Obracała w dłoniach purpurowy magnez i powróciła pamięcią do dnia, w którym to ujawniły się jej nadprzyrodzone zdolności.
⠀⠀⠀Oczami wyobraźni przeniosła się do Serbii. Sierpniowy poranek zrywał ze snu rolników. Już o świcie w pocie czoła zaganiali do pracy starszych synów, by okiełznać dojrzałe plony z uprawnych pól. Wanda znów miała siedem lat i siedziała na najniższym stopniu drewnianych schodków. Pomiędzy palcami obracała zerwany z łąki kwiat, stopniowo pozbawiała go płatków, pod nosem nucąc jedną z piosenek, którą słyszała na pobliskim targu. Odgłos melodii niósł się wraz z letnim wiatrem. Kobiety tańczyły w rytm tamburyna, a dzieci wesoło wyśpiewywały znane melodie. Czerwona chusta osłaniała małej Wandzie szczyt głowy i chroniła przed palącym słońcem. Kręcone włosy swobodnie opadały na tył pleców.
— Wanda, zawołaj brata na obiad! — Damski głos dobiegł z otwartego okna kuchni. Dziewczynka posłusznie zerwała się i pomknęła w stronę stodoły. Budynek znajdował się na wzgórzu, pośród zielonych i dzikich łąk.
— Pietro! Chodź do domu! — zawołała, wbiegając do środka, jednak zatrzymała się rychło, a słoma zaszeleściła pod jej butami. Pietro znajdował się w obstawie kilku chłopców z sąsiedniej wioski. Często gnębili romskie dzieci. Wanda nigdy nie potrafiła tego zrozumieć.
— Hej! Siostrzyczka przybyła ci na pomoc.
— Tylko się nie rozpłacz, brudasie.
— Moja mama mówi, że wasz ojciec jest złodziejem!
— A moja, że tak naprawdę jesteście sierotami i przygarnęli Was z litości!
— Tylko brudasy was chcieli!
— Zostawcie go! — Krzyk siostry rozległ się pośród drewnianych bali. Nagły powiew wiatru zerwał chustę z jej głowy, brązowe tęczówki okrył szkarłat, natomiast słomiane bloki począł zżerać wzniecony z nicości pożar. Chłopcy zaczęli krzyczeć i piszczeć jak skamlące psy. Uciekali, ile sił w nogach, aż w końcu zniknęli za horyzontem.
⠀⠀⠀Django Maximoff ugasił pożar z pomocą sąsiadów. Romskie legendy głosiły, że ogień zwiastował katastrofę i był początkiem zesłanej na rodzinę klątwy. Inne mawiały, że pożar był symbolem powitania słowiańskich wiedźm. Służebnice szatana należało zabijać w ten sam sposób, paląc je na stosie. Plotki rychło znalazły się na językach miejscowej ludności, podejrzliwe spojrzenia mierzyły kilkuletnią dziewczynkę. Wandę wyniesiono z pogrążonego w ogniu budynku. Była tam sama, a skórę jej ciała nie pokrywały żadne oznaki poparzenia.
⠀⠀⠀Zamglone ślepia jasnowidzki obserwowały kilkuletnią Wandę, siedziała pod podartym kocem. Jej ciało drżało, choć temperatura na zewnątrz była wyjątkowo wysoka. Głębokie zmarszczki kobiety wypełniała czerń. Skrywała tajemnice, o których wiedziała tylko ich właścicielka. Drżąca, starcza dłoń, zawisła w powietrzu i zbliżyła się do gładkiej skóry dziewczynki.
— Czy to twoja sprawka, drogie dziecko?
— Nie, gdy wbiegłam do środka, dym już się tlił.
⠀⠀⠀Skłamała wtedy po raz pierwszy w swoim życiu.
⠀⠀⠀Skłamała ze strachu.
⠀⠀⠀Od tamtego czasu wydarzyło się wiele. Z czwórki osób tworzących przybraną rodzinę, przeżyła tylko ona. Pozostawiona na pastwę losu z mocą, której nie potrafiła ani okiełznać, ani zrozumieć. Jedyną nadzieją mutantki było odnalezienie biologicznego ojca. Jednak Mistrz Magnetyzmu był dla Wandy tajemnicą, tak jak najprawdopodobniej ona była nią dla niego. Maximoff głęboko wierzyła, że Erik Lehnsherr był jej częścią. Zagubionym elementem układanki, dzięki któremu pewnego dnia będzie w stanie zrozumieć, kim właściwie jest.
⠀⠀⠀Przemyślenia dziewczyny przerwał szelest liści. Wanda zwróciła głowę w ich kierunku, szkarłat rozbłysł w jej tęczówkach i rozproszył gęsty mrok.
— Profesor Xavier kazał ci mnie odnaleźć? — spytała, dostrzegłszy burzę rudych włosów. W tym samym momencie naszła ją myśl. Zgoła odmienna od tych, które dyktował jej chaos. — Robisz wszystko, o co cię poprosi, prawda? Mam pomysł. Nie martw się, włos nie spadnie mu już z głowy.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀*

⠀⠀⠀Gwiazdy lśniły pośród czarnego nieba. Towarzyszyły Srebrnemu Globowi, w conocnej wędrówce. Mutantki wymknęły się tuż o zmroku, wykroczyły poza granice Instytutu Profesora Xaviera.
— Czym właściwie władasz? Jakie są twoje zdolności? — spytała Wanda, ogarnęła kosmyk kręconych włosów za ucho i ponownie uniosła puszkę kolejnego piwa do ust. Nogi powiewały na wietrze, zwisały bezwiednie z dachu jednego z budynków.
— Nareszcie — dodała nagle, nie pozwoliwszy Jean na odpowiedź. Wóz policyjny wyłonił się zza rogu. Biało-niebieski pojazd zatrzymał się tuż przy krawężniku, najpewniej zdeterminowany wezwaniem podczas jednej z nocnych bójek. Maximoff odstawiła puszkę na bok, uniosła dłonie przed siebie i pozwoliła szkarłatnej energii objąć koniuszki palców. Wytężyła umysł, by za moment podziwiać samochód amerykańskich służb wywrócony na lewą stronę. Metaliczne blachy odbijały blask księżyca. Wanda zaśmiała się pod nosem i spojrzała w stronę Grey. — No dalej, pokaż co potrafisz.