Największy problem w moim miasteczku? Mentalność. Byliśmy wychowywani w przekonaniu, że ludzie są źli, nikomu nie można ufać, liczyć trzeba tylko na siebie. I najważniejsze - sąsiad nie może mieć lepiej, wszyscy musimy mieć przeciętnie

 

 

 

Kiedyś zarzekali się, że już nigdy nie wrócą do rodzinnej miejscowości. Mieli zdobywać świat. Od roku, sześciu miesięcy, miesiąca mieszkają z rodzicami, dziadkami, obok wszystkowiedzących sąsiadów i kolegów ze szkoły.

SĄSIAD ZZA PŁOTU

Maksymilian, 23 lata. Zdalny student IT

Moment przeprowadzki z miasta na prowincję to była utrata młodości.

Wybuchła pandemia, dostaliśmy miesiąc na znalezienie nowego mieszkania, bo syn właścicielki stracił pracę w Austrii i musiał wracać do Krakowa. Pomyśleliśmy, że w małym mieście żyje się taniej, więc wyruszyliśmy do domu narzeczonej, do Siewierza.

 

 

Mieszkamy z jej matką i dziadkiem. Codziennie bardziej czuć nerwową atmosferę. W domu jest sporo miejsca, jednak stale coś komuś nie pasuje: bo mamy sporo rzeczy, zwłaszcza kwiatów, bo nasz pies i kot przeszkadzają. Drugi problem to brak prywatności. Robię kurs IT, który zacząłem jeszcze w Krakowie, ale nie mam biurka, siedzę z laptopem na łóżku, na kolanach, ktoś przychodzi, pyta, jak idzie. Posiłki – dziadek sam, narzeczona i mama są wegankami – więc oddzielnie, ja – kiedy zgłodnieję. Głupio mi grzebać po szafkach, nastawiam się na gotowce z mikrofali. Ale w pełni rozumiem, nikt się nie prosił, żebyśmy tu zamieszkali. Wspólny czas? Hermetyczny i ciężki klimat, socjalizacja w formie ograniczonej, ciężko wyczuć, czy domownicy mają ochotę na rozmowy. Gdy jedzie się do mamy na herbatę, jest miło, ale gdy musi się z nią mieszkać – to niszczy relacje.

Sąsiedzi, ci sami od 60 lat, jak widzą kogoś obcego, są ciekawi. Dziadek wychodzi przed dom na papierosa, ja też idę zapalić, pojawia się sąsiad zza płotu. Mówię „dzień dobry”. Sąsiad pyta, dziadek się chwali – to narzeczony Klaudii.

Najgorsza jest niepewność: jak się tu odnajdę? To nie moje tereny, nie moja gwara, nie mam tu swoich miejsc, w których mógłbym spędzać wolny czas. Za to mam astmę i Kraków naprawdę czułem, jak wychodziłem z psem na spacer, wracałem przesiąknięty dymem. Tu, w Zagłębiu, sytuacja nie jest lepsza. Tęsknię za jeziorami koło rodzinnego Drawska Pomorskiego, gdzie wydaje mi się, jakbym oddychał przez inhalator. Marzy mi się przeprowadzka w tamte okolice, ale w Drawsku ludzie nie wynajmują mieszkań albo ceny są kosmiczne – podobne do krakowskich.

W Siewierzu i okolicach obejrzałem 30 mieszkań, czytam wszystkie oferty. Ale jak ze zwierzętami, to nie ma rozmowy, nawet jak proponuję zapłacić ubezpieczenie. Albo oglądałem 60 metrów kwadratowych, 1500 z mediami, spoko, ale łazienka nieremontowana od 30 lat! W nowych blokach kawalerki wycenione są na 2 tysiące. I stoją puste.

 

 

Pozostaje mi oswoić nową przestrzeń. Lubię wsiąść w samochód i przejechać się bez nawigacji. Któregoś dnia znalazłem las, a w nim sadzawkę, nad którą zawieszony był hamak z siatki przemysłowej.

WIĘZY KRWI

Magda, 26 lat. Zdalna studentka V roku socjologii i III roku anglistyki

W Warszawie było środowisko uniwersyteckie, które ładowało pozytywną energią – ludzie otwarci, odchyleni filozoficznie, dusze bujające w obłokach. Wszyscy powyjeżdżali. Gdybym mojego warszawskiego przyjaciela geja przedstawiła chłopakom w miasteczku, potraktowaliby go jak powietrze.

W stolicy wynajmowałam typowo studenckie mieszkanie, za pokój płaciłam 1000 złotych miesięcznie. Pandemia pozbawiła moich rodziców dochodów na kilka miesięcy, nie miałam za co żyć. Wracając do miasteczka, czułam się bezradna. Niedługo minie rok, odkąd przyjechałam z Warszawy.

Dziura, tak mówimy o miasteczku. Tu nie ma pracy, a stawka łapówki, jaką trzeba dać, by dostać posadę w gminie, szkole czy ośrodku zdrowia, jest jawna – od 10 do 20 tysięcy. To jest miasto rządzone przez ludzi połączonych więzami krwi, jedna wielka klika.

Latem ze starymi znajomymi były grille, rowery, kajaki, miło spędziłam wakacje. Ale gdy bardziej weszłam w to towarzystwo... Kurczę, oni nigdy stąd nie wyjechali. Co jest dla nich ważne? Żeby iść do roboty, żeby szybko zleciało, a w weekendy flacha na stół, jeżeli jest ciepło, to altana w ogrodzie, karty, disco polo. Spotkałam się z chłopakami, których dawno nie widziałam, kiedyś myślałam, że to osoby, które zawojują świat. Ale oni zostali, cieszą się, że mają po 3 tysiące na rękę, mieszkają u rodziców, starcza na alkohol, papierosy, inne palenia, od czasu do czasu pojadą nad wodę. Miasteczko jest ich bezpieczną bańką, w mieście trzeba wiele z siebie dać, coś sobą reprezentować. A tu wszyscy są z jednej szkoły, klasy, skazani na siebie, nie trzeba się starać. Poglądy? Praktycznie żadne, poszli głosować na PiS, bo tak głosują w ich domach. Nie czytają, nie interesują się, skąd, jak, dlaczego. Zamknięta głowa, brak wiary w siebie, niedowartościowanie. Mam przyjaciółkę, dobry człowiek, bardzo narzeka, że mało zarabia. Mówię: „Wysyłaj CV do miast, może się uda”, ale jej się nie chce.

Jak skończę za kilka miesięcy zdalne studia, poszukam pracy w Warszawie. Z mieszkaniami w stolicy jest teraz łatwiej, ceny spadły, duży wybór, fajne lokalizacje. Do życia w mieście dokładali się rodzice, jestem przyzwyczajona do wydawania na siebie więcej niż minimalna krajowa, teraz będę musiała zacisnąć pasa. Boję się, że z powodu samotności w stolicy oszaleję, wszyscy znajomi powyjeżdżali, a tutaj są dziadkowie, ciotki, kuzynki. Czy zostać, dopóki nie minie pandemia? No właśnie, ale jak długo jeszcze? Czuję, że w miasteczku życie mi przez palce przecieka.

Pękło coś we mnie niedawno, pierwszy raz w życiu – ataki paniki, rozbicie totalne. Rodzice prowadzą interes, branża odzieżowa, który padł z ogłoszeniem lockdownu. Tarcze antykryzysowe to mydlenie oczu, na wiosnę dostaliśmy 14 tysięcy, była dyskusja, czy zwalniać pracownicę, którą zatrudniamy od wielu lat. Martwię się o rodziców, siedzą w tym 20 lat, nie zauważyli, że rynek odzieżowy przeniósł się do internetu. Facebook, Instagram to nie jest ich świat, zatrzymali się na sklepie w rynku i chcą to reanimować. Mama zaczęła leczyć się psychiatrycznie, boi się wszystkiego. Tata się rozpił. Przez ten rok tutaj zrozumiałam, że oni nie zbiorą się do kupy, nie wyniosą się, nic nie zmienią, nic z nich nie będzie.

Zawsze im pomagałam, mieli handel obwoźny, jako 7-letnie dziecko byłam budzona o świcie, coś trzeba było przynieść, poukładać. Potem warunkiem na wyjście do klubu było to, że na drugi dzień o piątej rano będę gotowa do wyjazdu. Miałam wbite w głowę – moim obowiązkiem jest pomagać, bo jestem ich dzieckiem. Teraz, gdy mieszkam z nimi jako dorosła osoba, oczy mi się otwierają – zrobili ze mnie parobka, komuś innemu musieliby płacić. Mam do nich żal. Chciałabym, żeby jak inni rodzice pomogli mi z kupnem mieszkania, kiedyś może z urządzeniem wesela, ale to oni potrzebują pomocy.

CISZA

Małgorzata, 30 lat. Zdalny HR-owiec

Rytuały wrocławskie to były wyjścia do barów w piątek i sobotę. Kino albo teatr w niedzielę i środę. Planszówki ze współlokatorami, sklep z yerba mate i wszędzie ścieżki rowerowe.

Teraz jest Oleśnica, miasto sypialnia: zamek, rynek, w którym zawsze brakowało fajnego lokalu. Kino studyjne upadło przez pandemię. Tam, gdzie było dziko i zielono, teraz stoją bloki. Park, w którym przesiadywali młodzi, odnowiono, zainstalowano kamery, więc życie przeniosło się na działki.

We Wrocławiu miałam dość sprzątania kuchni po współlokatorach i spania w polarze, bo rachunki za ogrzewanie przychodziły ogromne. A tymczasem jasne, ciepłe mieszkanie po ciotce stało w Oleśnicy puste. Kiedy wszystko pozamykali, pomyślałam: „Życie we Wrocławiu umarło, to najlepszy moment, żeby się wyprowadzić”. Znajomi obiecywali, że i tak będziemy się spotykać, ktoś przewiózł kota, ktoś inny rower.

Wprowadziłam się do kawalerki, w której czas się zatrzymał, na ścianach wisiały kalendarze z lat 80. Wymieniam łazienkę, ściany maluję na fioletowoszary, wyrzuciłam meble, będzie narożnik, półka z książkami i kącik dla kota. Kotu bardzo się tu podoba, koty lubią ciepło i kartony, w których wszystko trzymam.

Rachunki są dużo mniejsze, czynszu praktycznie nie ma, oszczędzam 500 złotych miesięcznie, resztę wydaję na remont. Że lepsze powietrze i woda, widać od razu po skórze. We Wrocławiu mieszkałam przy ruchliwej ulicy. Tu za oknem mam bloki, ciszę.

Większych atutów nie ma, bo czuję się samotna. Przez ten rok okazało się, że osoby, z którymi siedziałam biurko w biurko i świetnie się dogadywałam, nie utrzymują kontaktu. Starzy znajomi w miasteczku? Podczas strajków kobiet byłam przekonana, że wejdę w tłum znajomych, ale prawie nikogo nie widuję. W niedzielę poleżę z kotem przed telewizorem – ale czy kot na długo zastąpi człowieka?

Marzę, że Wrocław znów wybuchnie, pojadę na imprezę. Tylko że bez auta trudno prowadzić życie towarzyskie, to jest 35 kilometrów. Podejrzewam, że za pół roku wynajmę komuś to wyremontowane mieszkanie. No bo jak można tu ludzi poznać? Wszystko pozamykane, pozostaje internet.

WIELKA PANI

Katarzyna, 24 lata. Zdalna pracownica sektora sprzedaży

Wracałam z Krakowa do rodzinnego miasteczka – na granicy świętokrzyskiego od razu wylazła bieda, na skrzyżowaniu obok Biedronki, przy wjeździe do M., momentalnie zaatakowała mnie depresja. Każdy, kto stąd wyjechał, zarzekał się, że nigdy nie wróci.

Skończyłam studia administracyjne, mieszkałam na Nowej Hucie, sama w wygodnej kawalerce za 1500 złotych miesięcznie; pracowałam w banku, w weekendy rozwijałam pasje – motoryzację i wyścigi. Przyszedł wirus, straciłam pracę, oszczędności szybko topniały. Trzeba wracać do M. – myślałam. Czułam się tragicznie.

W M. jestem czwarty miesiąc. U rodziców, w blokach, cztery pokoje i kuchnia. Mamy tu ponad 3 tysiące mieszkańców, ośrodek zdrowia, liceum i kościół. A nawet dom kultury, przed pandemią organizował letni koncert „Rym cym cym”, na którym śpiewały starsze kobiecinki z kółka różańcowego, łoj dana, łoj dana. Raz do roku obchodzono dni miasteczka, na które przyjeżdżały gwiazdy disco polo. Największy i jedyny, oprócz budżetówki, pracodawca to cementownia, która nas truje, bo jako paliwo alternatywne spala opony. Okna czasami nie da się otworzyć, wszędzie ciemnoszary pył: na domach, samochodach.

W moich czasach licealnych mieliśmy na rynku skwer, niestety pięć lat temu wszystko zabetonowali i postawili altankę z ozdobną studnią, która oczywiście nie działa. Pod altanką przesiaduje kilku śniętych panów. W sklepie osiedlowym postawili sobie ławeczki, stoliczek i od rana do wieczora balanga. Jest też pięć osób uzależnionych od grzybków, palenia trawy. Miejsce spotkań młodych to boisko za szkołą, tak ogromne, że policja tam nie wjeżdża.

Największy tutejszy problem? Mentalność. Byliśmy wychowywani w przekonaniu, że ludzie są źli i podli, nikomu nic nie można powiedzieć, nikomu nie ufać, liczyć można tylko na siebie. I najważniejsze – sąsiad nie może mieć lepiej, wszyscy musimy mieć przeciętnie.

Wielu mieszkańców M. nie chodzi do kościoła. Z 15 lat temu nasz proboszcz jechał pijany samochodem i zabił człowieka, potem wyszło, że ma dzieci, jeździ do Kielc do burdeli.

Przez trzy miesiące szukałam pracy – zdalnej i stacjonarnej, myślałam, że zwariuję. Sąsiadki, znajome matki, zaczepiały mnie na ulicy: „A co robisz?”, „Po co przyjechałaś?”. Któregoś dnia weszłam do apteki, gdzie pracuje matka mojej koleżanki z podstawówki. „I co tam, Kasiu? A tak się zarzekałaś, że nie wrócisz, że tak dobrze ci w Krakowie i co się dzieje?”. „No straciłam pracę, COVID, byłam przyjęta ostatnia, pierwsza do odstrzału”. Ona: „A moja córcia to dalej sobie siedzi w Warszawie, widocznie jesteś mało zaradna”. Ja na to: „To nie od zaradności zależy, tylko w jakim dziale pracuje”. Jeszcze usłyszałam komentarz: „Taka wielka pani, samochód miałaś, rozbijałaś się po miasteczku”. Moja mama jako pracownik służby zdrowia współpracuje z apteką, dostałam potem w domu opieprz, że pyskowałam pani magister.

Dobrze, że choć rówieśnicy współczują: „Szkoda, bo lubiłaś Kraków”, pocieszają: „Tu też ludzie potracili pracę, nie przejmuj się, może ci to wyjdzie na dobre?”. Sami chętnie by się stąd wyrwali, zobaczyli, że da się żyć inaczej i nie każdy jest zły i podły.

Właściwie mogłabym tu zostać, bo znalazłam nową pracę, zdalną. Ale dla własnego zdrowia psychicznego tego nie zrobię. Już szukam mieszkanka w Krakowie, bo strasznie tęsknię za wolnością. Dla mamy ciągle jestem 17-latką. Cały czas mi gotuje, nie zapyta, czy jestem głodna, tylko przynosi pod twarz i muszę jeść, według niej jestem za chuda. Ma świra na punkcie zdrowia, jak kichnę, od razu mnie bada. Rodzice marudzą, żebym zrobiła magisterkę, to oferty pracy będą mi spadać pod nogi. Ale po co mi magister, jeśli w mieście po licencjacie, na pół etatu z premią, zarabiałam 3,5 tysiąca do ręki, czyli tyle, ile moja mama na pełny etat, po studiach?

MONITORING

Aleksandra, 24 lata. Zdalna pracownica ds. zgodności

W mieście pieniądze znikały: dojazd do biura autobusem, obiady w stołówce, sklepy, kawa, kolacja na wynos, siłownia, kino, pub. Teraz w małym miasteczku jest mniej pokus.

Mieszkałam w Krakowie ze względu na pracę. Gdy zaczęła się zdalna, stwierdziłam, że wrócę do domu, zawsze raźniej być w kupie i bardziej się opłaca. Pocieszałam się, że to tylko na rok, dwa.

Z rodzicami mieszkam rok. Nie każą mi dzielić rachunków, za pokój nie płacę, coś tam dorzucam z własnej woli. Nie muszę sama zajmować się gotowaniem ani zakupami, robimy to na zmiany. Zawsze są jakieś zapasy, co zwiększa poczucie bezpieczeństwa.

Oszczędzone pieniądze inwestuję w zdrowie i założyłam aparat na zęby, chodzimy w maseczce, nikt tego aparatu nie widzi. Chcę też kupić profesjonalny sprzęt do pracy w domu, który wystarczy na lata – biurko elektroniczne, fotel, ekrany. Od czasu przeprowadzki zdążyłam sprawić sobie własny samochód. Dwa razy w tygodniu jadę do miasta na zakupy, do kosmetyczki, do lekarza.

Mieszkamy w domku wolnostojącym, jest podwórko, zwierzaki. Lubię, jak nie ma tłumów. A co denerwuje? Muszę z bliskimi wypracować grafik, żeby nie przeszkadzali, gdy pracuję. Rodzice wychodzą do pracy, ale mieszkamy z babcią. Ona zapomina, coś do mnie mówi, pyta pod drzwiami, czy coś kupiłam, przyniosłam, a ja akurat mam ważne spotkanie. Ciężko też przyzwyczaić się, że tu ludzie wszystko widzą. Sąsiadka pyta mnie, co to miałam za spotkanie, bo przyjechało do nas kilka samochodów. Ale to ma swoje plusy, jak kiedyś wyjechaliśmy na weekend, to był monitoring.

Dawniej byliśmy przekonani z narzeczonym, że kupimy mieszkanie w Krakowie, ale teraz pozmieniały się wartości. Pod blokami w mieście nie mieliśmy gdzie samochodu trzymać, a teraz mamy dwa i motocykl. Chcemy mieć garaż plus miniwarsztat, ogródek, bo latem lubimy robić grilla. Chcemy żyć w rozsądnej odległości, około 50 kilometrów, od dużego miasta, żeby nie czuć się wykluczonymi. Narzeczony rozpoczyna nową pracę inżyniera spawalnika, chociaż dostał oferty z dużych miast, wybrał miasteczko w kujawsko-pomorskim. Dzięki mojej pracy zdalnej mógł szukać w całej Polsce, nie był ograniczony. Na razie wynajmiemy mieszkanie, za kilka lat wybudujemy dom, jak już sprawdzimy, gdzie jest nasze miejsce: na północy nad jeziorami czy na południu Polski.

UBRANIA W WALIZCE

Ola, 29 lat. Zdalna pracownica branży finansowej

Było ósme piętro, widok na Wawel, a po deszczu, gdy osiadł smog – na Babią Górę. Mam sentyment do tego mieszkania, spędziłam w nim studia, znalazłam pierwszą pracę. Dziesięć minut autobusem do centrum, tanio, 600 złotych za pokój na głowę, razem 2400 za naszą czwórkę. Ale życie w wymarłym Krakowie straciło sens. Przed wyprowadzką płakałam oczywiście, miałam przeczucie, że nigdy tam nie wrócę.

Od ponad roku jest wieś przy głównej drodze do Żywca. Nic się tu nie zmieniło prócz większej liczby samochodów i nowych sąsiadów z miasta.

Przez pierwsze miesiące nic nie zmieniałam w pokoju z dzieciństwa, myślałam, że zaraz wrócę do Krakowa. Ale po kolejnej fali przyniosłam kwiatki egzotyczne, załatwiłam telewizor, dywan, biurko przestawiłam do innego pokoju. Zostały jakieś pluszaki, plakaty, w szafach młodzieńcze ubrania. Mam całe piętro: łazienkę i dwa pokoje, a przede wszystkim ogródek, za domem pagórki i pięć minut spacerkiem nad rzekę, czystą, górską, kamienistą. Na betonowych progach rozkładam ręcznik, siadam, patrzę na Babią Górę. Zazwyczaj nie ma tu nikogo, kiedyś zimą przyjechali morsować ludzie z miasta.

Zimą, jak pozamykali wyciągi, śmigaliśmy na skiturach. Znajomi z wioski, którzy dawniej w weekendy balowali w Krakowie, teraz prowadzą spokojny, sportowy tryb życia. Kto nie jeździł na nartach, kupił deskę. Zaczęliśmy większymi ekipami chodzić w góry. Zbiórka rano, jakaś wiśniówka na rozgrzanie. Kiedy jest ładna pogoda, góry są zatłoczone.

Czasu przybyło mi o godzinę, bo odpadły miejskie dojazdy. W mieście wracałam do mieszkania i kładłam się, żeby odpocząć. Tu mam energię, po pracy biorę rower, jadę nad jezioro.

Ubyło mi ubrań. W mieście lubiłam się wystroić, przed pandemią kupiłam ciuchy na wyprzedaży i leżą w nierozpakowanej walizce, nie mam ich gdzie założyć. Sprzedałam online kilka sukienek, sweterków do biura, tylko zajmowały miejsce.

A rodzice cieszą się, że ich jedynaczka wróciła. Obok mieszkają dziadkowie, często do nich zaglądam, nie wychodzą z domu, jestem dla nich rozrywką. Jednak brakuje prywatności. Rodzice muszą wszystko wiedzieć, wypytać. Od razu po mnie widać, gdy mam problemy osobiste, i zaczyna się drążenie. Cały czas się martwią: „A może coś zjesz?” albo „Uważaj, ubierz się, jak wychodzisz z domu”. No wiem, mamo, dziesięć lat się ubierałam, gdy mieszkałam sama.

Przed pandemią planowaliśmy z chłopakiem, że kupimy mieszkanie w mieście. Ale teraz zastanawiamy się, czy jednak nie zostać na wsi. Doceniliśmy, że bardzo dużo czasu możemy spędzać na zewnątrz, a w Krakowie ceny wcale nie idą w dół, kredyty drożeją i trzeba stać w korkach. Kiedyś mieszkała tu garstka ludzi, mieli pola dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Teraz wielu młodych wraca, bo dostają w spadku działki. My też możemy mieć od rodziców ziemię albo dom do remontu. Mamy oszczędności, może nawet udałoby się dozbierać lub wziąć mniejszy kredyt? Na wsi byłoby nam łatwiej mieć coś swojego, lepszego niż klitka w Krakowie lub większe mieszkanie z ogromnym długiem do spłacenia.

ŁABĘDŹ

Hanna, 27 lat. Pracuje zdalnie w finansach

W mieście każdy dzień był wypełniony na maksa: praca, uczelnia, wolontariat. Były podróże i marzenia o życiu gdzieś w Indiach czy Wietnamie. Teraz na wsi jest praca zdalna, na niższym stanowisku, za gorsze pieniądze. Taka, żeby z nudy nie oszaleć.

Gdy Kraków zamarł, szef był w stanie płacić tylko tyle, że starczyło mi na mieszkanie i jedzenie. Kończyła się umowa wynajmu, współlokatorki się wyprowadzały. Gdy pakowałam się, czułam ulgę, że uciekam na wieś przed zarazą, ale też wstyd – panuje przekonanie, że jeśli mieszkasz z rodzicami, to coś w życiu ci nie wyszło.

Nie było łatwo – nie miałam pracy, strasznie się nudziłam, matka mnie wkurzała. Wyprowadziłam się nawet do innego miasta, ale nie dałam rady siedzieć w kawalerce sama. Po dwóch miesiącach znów wróciłam do mamy. Zrozumiałam, że teraz wszędzie jest marazm. To nie jest tak, że marnuję życie, bo czytam książki, szyję plecaki z używanych materiałów, które potem rozdaję znajomym i rodzinie. To nie jest moja wina, po prostu nie ma innego wyboru. Moje pokolenie pochłonięte wyścigiem szczurów, podróżami i życiem na pełnych obrotach zostało zmuszone, by zwolnić. To taka pauza, która nie wiadomo, kiedy się skończy i będzie można znów żyć.

Kiedy przewartościowałam sobie te sprawy, doceniłam moją wioskę. Województwo łódzkie, las, woda, spokój, cisza. Dawniej była też piękna trasa spacerowa, ale wycięli wszystkie drzewa. Codziennie wstaję o siódmej i ćwiczę godzinę, potem praca zdalna, szycie, kończę, jak jestem głodna, czasem jadę do większego miasta, chodzę po lumpach, wyszukuję materiały. Wieczorem wychodzę z psem na spacer.

Mama od lat mieszka sama. Zawsze mówiła: „Dom duży, Lucynka mogłaby mieszkać na parterze, ty na górze, dorobi się drugie wejście...”. Śmiałyśmy się siostrą: „Mamo! Żadna z nas nie chce tu mieszkać”. Mama jest z dużej rodziny i ciężko znosi samotność, jest jej bardzo na rękę, że wróciłam. Czasem się spinamy. Ale gdybym wynajmowała mieszkanie, musiałabym na nie wydać większość pensji i żyć na ryżu do końca miesiąca albo wynajmować pokój i dogadywać się ze współlokatorami. Z dwojga złego wolę dogadywać się z mamą. Wcześniej miałyśmy trudny czas, teraz uczymy się żyć razem, łączy nas pies.

Ostatnio ratowałyśmy łabędzia. Były straszne mrozy, pojechałyśmy nad staw. Na zamarzniętej wodzie siedział samotny, młody, jeszcze szary. Coś miał ze skrzydłem, było wyłysiałe. Chyba po prostu nie mógł odlecieć. Zabrałyśmy psa i biegiem do samochodu, w domu zapakowałam jakieś płatki, zboża. Wróciłyśmy, przebiłyśmy się przez śnieg, musiałam podejść blisko, ptak był przestraszony, odszedł na chwilę, wracał, było mu zimno w łapy, co chwilę siadał i chował je w pióra. Stałyśmy i patrzyłyśmy. Pocieszałyśmy jedna drugą, że skoro przeżył do tej pory, to pewnie nie jest mu tak źle. Wtedy ktoś podjechał z chlebem, trochę nam ulżyło. Łabędź przeżył, ciągle tu jest.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl