Będziecie mogli zobaczyć jak bardzo spierdolone byłyśmy kilka lat temu XDDD
................................................................................................................................................................................
Lili już na mnie czekała. Usiadłam koło niej i pomyślałam, żeby poczekać na Liz. Wtedy zauważyłam, że coś jest nie tak. Nie było Lisa, ale Lili twierdziła, że go widzi. Albo ja jestem taka spostrzegawcza albo ona miała jakieś zwidy. Stałyśmy w miejscu, gdzie rzekomo stał Lis, ale ja tam nic nie widziałam. Nudziło mi się i to bardzo. Cały czas czułam, że ktoś nas podsłuchuje. Ostatecznie dałyśmy sobie spokój i poszłyśmy koło laboratorium Lisa. Najwyżej jakby przyszedł, Lili widziałaby dwa Lisy. Czekanie na Liz też nam się trochę znudziło, więc postanowiłyśmy, zobaczyć co jest na kartce, którą znalazłyśmy wczoraj przy medalionie. Lili ją wyciągnęła, żeby przeczytać. Była od Reona. Tu pojawiła się niespodzianka, ponieważ tam nie było nic napisane, tylko narysowane: Tulipan, kamień i wrota. Jeszcze gorsza zagdaka niż ta Rony. Lili przypomniała sobie, że ostatnio jak była sama znalazła wymiar z tulipanami. Poszłam za nią. Pokazała mi na kępę różnokolorowych tulipanów. Wskoczyłam pierwsza. Spadłam z nieba i wylądowałam na dużym, żółtym tulipanie. Odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo, ponieważ zaraz potem on się przechylił i spadłam na ziemię. To była duża wysokość. Obok mnie na czterech łapach wylądowała Lili. Odgarnęłam włosy z pyska i wstałam. Wszystkie tulipany były ogromne. Większe niż drzewa w naszym wymiarze i były wszędzie. Żadnych innych roślin tylko tulipany. Powtarzałam sobie po cichu: kamień i wrota... Moje myśli przerwał głos Lili.
Lili: Który to może być kamień? - Zapytała i poszła sprawdzać różne kamienie.
Też tak zrobiłam. Podniosłam jeden z kamieni. Nic tam nie znalazłam tylko robaki. Lili podeszła do mnie i zatrzymała się patrząc w dal.
Lili: Świeci się! - Krzyknęła i pobiegła co sił w nogach.
Nawet nie zdążyłam nic powiedzieć, a ona była już w połowie drogi. Ruszyłam za nią. Gdy byłyśmy już przy kamieniu, ja byłam zdyszana. Rzeczywiście coś tam się świeciło pod nim.
Jessika: Ja widzę towarzystwo. - Oznajmiłam i odwróciłam się.
Zaczęły otaczać nas demony i Abudabihaha na ich czele. Lili dotknęłam tego czegoś co się świeciło i otworzył się portal. Wskoczyłyśmy do niego. Zamknął się szybko zaraz za mną. Tam na kamieniu już coś leżało. Lili to wzięła. Była to jakaś karteczka i coś dla czarownicy. Stałam i już miałam poprosić Lili, żeby przeczytała co jest na kartce, ale coś dotknęło mojego grzbietu.
Jessika: Co jest za mną? - Zapytałam przerażona.
Nie miałam zamiaru się odwrócić. Zbyt się bałam.
Lili: To duch! - Krzyknęła Lili, ale to nie był krzyk ze strachu, a raczej z podekscytowania.
Ja natomiast krzyknęłam ze strachu i odskoczyłam. Schowałam się za Lili. Był to duch jakiegoś starego wilka. Zaczął coś szeptać Lili do ucha w innym języku.
Jessika: Co on ci mówi? - Zapytałam z ciekawości.
Lili: Że może nas zabrać do innego wymiaru. - Oznajmiła.
Jessika: Mhm. Fajnie, a jest jakiś haczyk?
Musiało coś być, zawsze jest. Starzec się nachylił i znowu coś zaczął jej szeptać.
Lili: Tak, może zabrać tylko jedną z nas.
Wiedziałam, że nie ma tak łatwo.
Jessika: Nie pozwolę ci iść samej, to może być jakiś wymiar duchów, a sama też nie chcę.
Lili: Nic mi nie będzie, powiedział że to nie wymiar duchów.
Musiałam zaufać Lili i ufałam jej, ale nie koniecznie temu duchowi. Z doświadczenia wiem, że duchom i demonom się nie wierzy.
Lili: Powiedział, że ja mam iść. -, Dodała po chwili.
Jessika: Dobrze idź, a ja poczekam... Tak dla jasności jaki to wymiar?
Zgodziłam się, będzie dobrze.
Lili: Wierzb płaczących. Dziwna nazwa.
Zaczęłam się śmiać.
Lili: Jakby coś władasz telepatią.
Przytaknęłam. Lili poszła za tym starcem i oboje nagle zniknęli. "To ja będę pocieszać wierzby płaczące..." - Pomyślałam. Podeszłam do jednej z nich i położyłam łapę na korze drzewa. Czułam jej ból. Dziwne... Ale prawdziwe. Cały czas miałam kontakt z Lili i informowała mnie na bieżąco co się dzieje u niej. Ona też znała moc telepatii. Była w mieście, w miejscu gdzie palił się jej dom. Cofnęła się w czasie.
Jessika: Może kluczem są wspomnienia...mamy zapomnieć o bólu? - Powiedziałam, ale po chwili pomyślałam, że to jednak głupie.
Starzec kazał Lili szukać coś, w którymś z domów, ale nie powiedział którym. Ja gadałam sobie z drzewem. Jessika: Jak tam ci się żyje wierzbo? - Zapytałam i zaczęłam się śmiać.
Nie rozumiem jak mogą to robić wilki natury. Wierzba mi powiedziała, że ma dość ciągłego stania.
Jessika: To siebie usiądź. - Powiedziałam bez przekonania i oparłam się o nie.
Super gadam z drzewem jak Kai... Nagle coś krzyknęło w mojej głowie. Była to Lili. Przyszyły tam do niej demony. Starzec, z którym przyszła zniknął i nie miała jak wrócić. Chciałam jej pomóc, ale ja też miałam gościa. Był to Abudabihaha. Pobiegłam w jego stronę i uderzyłam z pięści w twarz. On złapał mnie za szyję i rzucił mną w dal. Wtedy nadbiegła Lili.
Lili: Były małe zakłócenia. - Powiedziała z uśmiechem, ale znikł szybko z jej pyska, gdy zobaczyła Abudabihaha. Rzuciła się na niego. Pobiegłam, żeby jej pomóc i wbiłam mu athame w rękę. Wyciągnęłam i zobaczyłam, że zaczyna lać mu się krew.
Jessika: Jesteś człowiekiem, więc mamy teraz równe szanse. - Zaśmiałam się z poczuciem wyższości.
Lili szarpała go, ale niewiele to dawało. Co się dziwić jednak to pół demon. Lili szarpała tak długo, aż w końcu osłabiło to Abudabihaha i zaczął pluć krwią. W końcu to on był tym poszkodowanym. Odwróciłam się i zobaczyłam, że idą demony. Dwa z nich złapały mnie od tyłu i pociągnęły za sobą. Próbowałam się wyrwać, ale one były zbyt silne i dostałam kilka razy od nich po pysku. Jeden z nich nałożył mi jakiś medalion na szyje. Poczułam kłucie w sercu, ale gdy zobaczyłam, że Lili wbili nóż w szyję i również Abudabihaha nałożył jej jakiś inny medalion na szyję coś we mnie pękło. Poczułam nagły przypływ mocy i wyrwałam się demonom. Rzuciłam się na Abudabihaha. Ugryzłam go najpierw w szyję, a potem w ramię, ale zamiast gniewu widziałam w nim w pewnym sensie podziw i dumę. Nie mogłam tego znieść. Kilka demonów złapało Lili przeszło z nią przez portal, który szybko się zamknął.
Jessika: Lili!
Wyciągnęłam łapę w stronę miejsca, gdzie był portal, jakby to miało ją to miało coś dać, że wróci. Szybko cofnęłam łapę i odwróciłam się do dziadka.
Jessika: Gdzie ją zabrali? - Warknęłam z głową odwróconą w innym kierunku.
Abudabihaha: Na moją wyspę wnusiu, żeby ją zabić.
Odpowiedział spokojnie i pogłaskał mnie po głowie, po czym zaczął się demonicznie śmiać. Popatrzyłam w niego z łzami w oczach, po czym otarłam je i dałam mu z liścia tak, że do tej pory ma na twarzy bliznę po moich pazurach. Zeszłam z niego i pobiegłam przed siebie. Wskoczyłam do morza, gdzie zmieniłam się w pół syrenę, pół wilka. Nadal miała na sobie tą klątwę. Popłynęłam wpław na jego wyspę. Nie przejmowałam się strażą. Biegłam przed siebie. Zobaczyłam jakiś drzwi, które leżały na ziemi. Otworzyłam się i zeszłam w dół po drabinie. Szłam po ciemku jakimś tunelem, aż dotarłam do sali egzekucyjnej. Tam stała uwięziona Lili, a przy niej kat. Ucieszyłam się. Podbiegłam i kopnęłam kata w jaja.
Jessika: Wpadłam na imprezkę!
Lili: Niezła mi imprezka.
Uderzyłam jeszcze kata łokciem w żebra, żeby się nie podniósł. Wtedy Lili od tyłu złapał Leon z nożem, a mnie kilka demonów.
Jessika: Co ci z tego? Dlaczego to robisz?
Próbowałam mu przemówić do rozsądku, ale zapomniałam, że on nie ma w swoim słowniku czegoś takiego jak rozsądek. Użyłam mocy telekinezy. Podniosłam jakiś głaz i przywaliłam nim Leonowi. Widziałam, że Lili miała coś wbite w szyję, a jak tego dotykała to znikało. Wtedy coś złego się zaczęło ze mną dziać. Moje włosy i ogon wyglądały jak kawałek nieba nocą. To była moja zła forma. Nie sądziłam, że się ujawni. Moje futro zrobiło się czarne, a demony mnie puściły uśmiechając się do siebie.Mój najgorszy koszmar się spełniał. Wtedy zaważam, że biorą dokądś Lili. Pobiegłam za nimi mimo iż byłam słaba i to bardzo. Zaprowadzili ją do zamku Abudabihaha. Rzucili ją przed nim na podłogę. On też była osłabiona, przez ten medalion. Wbiegłam do jego komnaty. To było straszne widziałam jak mój dziadek znęca się nad Lili i życzy jej śmierci. Wbił jej nóż w bok. Podbiegłam do niej i go wyciągnęłam. Szybko zatamowałam krwotok. Ściągnęłam jej z szyi medalion, ale Abudabihaha śmiał się, że to nic nie da i jest za późno. Pławił się w naszym cierpieniu. Założyłam jej na szyję naszyjnik Sabriny. Wtedy Abudabihaha dał jej kolejne dwa naszyjniki. Wkurzyłam się i rzuciłam na niego. On natomiast zaczął się śmiać.
Abudabihaha: Im bardziej będziesz agresywna tym szybciej nastąpi przemiana.
Podeszłam do Lili i założyłam jej jeszcze naszyjnik Lenav, a ściągnęłam tamte od dziadka. Razem były chronione jakąś siłą i Abudabihaha nie mógł nic zrobić. Ja skuliłam się, gdzieś w kącie.
Jessika: Lili jeśli ty przeżyjesz, a ja umrę to w grocie mam taką karteczkę... - Zaczęłam z łzami w oczach. Lili: Jaką?
Jessika: Jest na niej to co bym chciała przekazać każdemu z was po mojej śmierci...nawet dla Kai'a jakbyś go spotkała...kiedyś.
Zamknęłam oczy i zobaczyłam rodziców. To było wtedy, gdy poszłam odwiedzić ich grób. Ojciec mówił do mnie: Tak będzie lepiej... Po czym zniknęli, a ja otworzyłam oczy. Lili wtedy podniosła się, ledwo.
Lili: Nie dam ci tej satysfakcji! Krzyknęła do Abudabihaha.
Ostatkiem sił użyła bransoletki i wzięła ze mnie dodatkowo moją klątwę.
Lili: To ty tu jesteś ważniejsza...
Podbiegłam do niej, wciąż płacząc.
Jessika: Nie! Lili ;c
Lili: Jesteś zastępcą alfy musisz żyć.
Jessika: Ale bez ciebie to nie to samo...
Wtedy wpadłam na pomysł. Głupi, ale co poradzić, ja mam same głupie pomysły. Przymroziłam ręce Abudabihaha do ściany.
Jessika: Ty mi się tu nie odzywaj -.- - Zwróciłam się do niego.
Wypowiedziałam zaklęcie, którego nigdy wcześniej nie używałam. Wszystko w pokoju zaczęło się unosić, nawet my, a gdy skończyłam spadłyśmy na ziemię.
Jessika: Przepraszam...
Wybiegłam z pokoju. Wzięłam na siebie klątwy, żeby Lili przeżyła.
Lili: Super nie posłuchała mnie.
Jessika: Gdybym dała ci umrzeć to co by była ze mnie za alfa? - Powiedziałam do niej telepatycznie.
Nie pobiegłam daleko. Zaraz potem przewróciłam się. Nastąpiła moja całkowita przemiana. Stałam w miejscu z głową w dół. Włosy zakrywały mi pysk. Lili podeszła do mnie.
Lili: Jess? Zapytała przerażona.
Jessika: Nie ma żadnej Jessiki. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się złowieszczo.
Lili: W takim razie kto? -.-
Jessika: Jestem Luna królowa nocy! - Zaczęłam śmiać się jak psychopatka.
Szczerze podobał mi się ten tytuł.
Lili: Wiem, że tam gdzieś jesteś, dasz radę wierze w ciebie.
Próbowała mi pomóc Lili. Podniosłam ją do góry i rzuciłam o jeden z domów.
Jessika: Nic nie poradzisz, do póki mam medalion, a on jest we mnie.
Rzuciłam w jej kierunku trzy sztylety, które prawie ją trafiły. Widać, że już jej płynęły łzy z oczu.
Jessika: Później się z tobą pobawię, muszę pomóc dziadkowi. Poleciałam do jego zamku. Gdy weszłam do jego komnaty, on popatrzył na mnie z wyraźną wściekłością. Podeszłam bliżej i roztopiłam lód na jego rękach. Teraz mogłam mu pomóc. Abudabihaha zwołał całą armię. Szykowała się walka...
.....................................................................................................................................................................................
... Stałam na czele wielkiej armii Abudabihaha. Byłam z siebie dumna i nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła zaatakować wyspę, a zaraz potem przejąć władzę nad całym światem. W końcu dziadek był ze mnie dumny. Po raz pierwszy, gdyż cały czas byłam tą wstrętną, uczynną i miłą Jessiką. W końcu moje prawdziwe ja się ujawniło. Luna, królowa ciemności. Patrzyłam na gryfy latające nad zamkiem, rzecz jasna te mroczne. Wtedy ujrzałam, jednego, który wyróżniał się od innych. Złapał mnie swoimi wielkimi szponami i poleciał na wyspę. Abudabihaha nie przejął się tym zbytnio. W końcu nie ma serca, czego ja się spodziewałam. Nawet własnej wnuczki mu nie szkoda, ale ja była twarda. Gryzłam go w łapy. Gdy już byliśmy nad miastem wypuścił mnie i spadłam na ziemię. Zmieniłam się w człowieka. Tam na kamieniu siedziała Lili i Maks (również wilkołak).
Przysiadłam się do nich. Liseg był w swoim laboratorium. Dokładnie nie wiem, co on tam robił. Myślę, że przygotowywał się na walkę albo nie wiem co. Z Maksem miałam interesującą rozmowę na temat ataku w Paryżu, uchodźców i imigrantów. [tak poaz rpXD]. Gdy byłam człowiekiem nic złego mi się nie działo, ale medalion nadal był we mnie i wszystko mogło się zmienić. Lili poszła do swojej jaskini szukać czegoś co wyjmie ze mnie ten medalion. Spotkała tam Rose, patronkę wymiaru przemian. Nie było dobrze, ponieważ widziała jej wszystkie formy. Rose pokazała jej przyszłość, jak będzie wyglądać walka z Abudabihaha. Później dała jej jakąś fiolkę z miksturą, która niby miała mi pomóc. Ja nadal siedziałam na kamieniu, wtedy poczułam się gorzej. Poszłam w stronę morza, bo ono zwykle mnie uspokajało. Słyszałam jak Lili mnie woła, ale byłam z byt słaba, żeby do niej pójść. Przewróciłam się w połowie drogi i zaczęłam pluć krwią. Bardzo bolało. Zmieniłam się. Znowu. Gdy już Lili była na miejscu z lekarstwem nie zamierzałam go wziąć. Uciekłam, jak jakiś tchórz. Medalion miał na mnie duży wpływ. Zatrzymałam się i zacisnęłam łapę w pięść. Wtedy trzy drzewa wybuchły w rządku. To był piękny widok. Fajnie od czasu do czasu popatrzeć jak coś wybucha. Lili rzuciła do mnie fiolkę z lekarstwem, ale ja odskoczyłam i zrobiłam unik. Zaśmiałam się i popatrzyłam w jej stronę, po czym pobiegłam dalej. Nagle jakaś postać pojawiła się przede mną. Była to Rose. Zatrzymałam się i popatrzyłam na nią dużymi oczami. Kazała mi wypić to co było w fiolce. Wyciągnęła do mnie łapę, ale ja ją uderzyłam. Nikt mnie nie będzie do niczego zmuszał. Rose to najwyraźniej zdenerwowało. Postrzelałam w nią jeszcze kilka razy fioletowymi piorunami, ale wtedy ona złapała mnie za łapę i przycisnęła do ziemi. Nie spodziewała się, że ona jest taka silna. Wlała mi do ust lekarstwo i zniknęła. Moja klatka piersiowa zaczęła się świecić. Medalion wyszedł ze środka. Lili do mnie podbiegła. Wzięła medalion i wyrzuciła do morza, a ja wróciła do mojej zwykłej formy. Wstałam, ale byłam słaba. Usłyszałam za sobą czyjś głos. Był to Kaoru. Przypomniałam sobie, że jak byłam w złej formie to uważałam go za przyjaciela i zaczął pytać mnie o bloga watahy. Mimo tego, że inaczej wyglądałam i się zachowywałam to, gdzieś była we mnie ta Jessika, która była wierna swoim przyjaciołom, dlatego nie zamierzałam mu nić mówić. Dlatego wkurzył się i szykował się nam rozpierdol. Teraz stała za mną i Lili. Ona nie wiedziała kim jest Karou, ani SCAR. Krzyknęłam, żeby uciekała i ruszyłam pędem przed siebie. Nie oglądałam się za siebie. Dopiero po chwili zatrzymałam się i zobaczyłam jak Lili ucieka, ale Karou był szybszy. Złapał ją i trzymał przy gardle kosę.
Jessika: Zostaw ją! - Krzyknęłam wściekła, ale zbyt słaba, żeby zrobić jakikolwiek ruch.
Na szczęście Lili sobie sama poradziła. Kopnęła go w jaja i podbiegła do mnie. On nie chciał dać na wygraną. Złapałby nas, gdyby nie odezwała się Iz.
Iz: Znalazłam! Miałeś go!
Jak to usłyszałam to zaczęłam się śmiać. Jak mógł mi uwierzyć na słowo? No mi? Swojemu wrogowi? Hah, tępy. Chociaż on mnie uważa za przyjaciółkę, ale ja mam to gdzieś. Wielki mi przyjaciel co przy najbliższej okazji wypruje mi flaki. Poszłyśmy do jaskini Lili, żeby odpocząć. Leżałam i rozmawiałam z Kaoru. Tia...Bardzo ciekawa rozmowa. Jakie to by było życie bez wrogów. Dla mnie dość ok, ale jak on to ujął to jak gra w szachy bez białych pionków. Zaproponował mi grę w szachy. Przegrany jest...... podwładnym drugiego?
Dał mi też wybór. Jak będę wilkiem to wytnie mi kręgosłup, ale jak będę człowiekiem to potnie mnie,czy coś takiego. W każdym razie też umrę. Wkurzał mnie i to bardzo. Miałam ochotę go rozszarpać. Wtedy przyszli Devan i Nec i już dał mi trochę spokój, ale nie do końca. Lili i Maks walczyli z demonami, które były przed jaskinią. Ja nie potrafiłam skupić się na walce. W końcu stwierdziłam, że mam ich (SCAR) gdzieś i wyszłam z jaskini. Pobiłam kilka demonów i poczułam się lepiej. Zobaczyłam, że Lili stoi na Abudabihaha i go szarpie, a przy niej stoi Maks, który go gryzie. Podeszłam do nich i popatrzyłam na Abudabihaha.
Jessika: O jak słodko ma jeszcze te bliznę bo mnie ^^
Powiedziałam uradowana i popatrzyłam na niego.
Lili: I kilka ran z wczoraj :)
Odpowiedziała i szarpała go dalej. Wtedy oślepiło nas jakieś światło. Byli to bogowie. Okrążyli nas, a dokładniej Abudabihaha i dokądś go wzięli. Nie mam pojęcia, gdzie ale tego się przekonamy przy następnym spotkaniu. Lili sobie już poszła, ja została sama z Maksem. No i jeszcze SCAR z Iz. Usłyszałam coś, że Kaoru chce zrobić rozpierdol, tylko dlatego, że reszta nie chce dać mu jakiegoś awansu. Schowałam się za drzewem i skuliłam. Mając nadzieje, że mnie zostawi w spokoju. Maks pokazał mi, że ma jakąś broń.
Jessika: To użyj jej lepiej na Kaoru...
Nie sądziłam, że mnie posłucha... a no tak przecież o nie wie do czego on potrafi być zdolny. Miałam go już zatrzymać, ale było za późno. Strzelił. Myślałam, że zaraz będą chcieli go zabić, ale nie. Zaskoczyło mnie to, ale chyba najwyraźniej ważniejsze było to czy Kaoru dostanie awans czy nie. Ostatecznie stwierdzili, że nie, gdyż awans dają im tylko pieniądze. Liczyłam na to, że będą się bić, czy coś, bo fajnie by się na to patrzyło, ale jednak nie. Kaoru sobie poszedł, a chwilę po nim Nec. Zostałam z Devanem Iz i Lisem. W sumie bardziej słuchałam rozmowy Iz Deavanem i się śmiałam niż cokolwiek robiłam. Iz chciała załatwić sobie jakiegoś psychologa czy coś, ale nie miała pieniędzy. Devan zaproponował jej, że jej pożyczy.
Iz: Fajnie, a gdzie haczyk? - Zapytała.
Devan: Taki na ryby?
Iz: Tak.
Devan: W garażu.
Nie mogłam zachodziłam się ze śmiechu. W sumie zawsze się śmieje i nie raz bez konkretnego powodu. W końcu dał jej te pieniądze i Iz chciała go zatrudnić jako swojego psychologa, ale zrezygnowała z tego, gdy tylko dowiedziała się, że nie chce, żeby płacić mu pieniędzmi tylko kebabami... Czy jakoś tak. Wiem dziwne, ale chyba lubi jedzenie. Potem coś było, że te pieniądze miały być za prostytucję, której nie było. Coś tak mi powiedziała Iz, bo nie słuchałam zbytnio. Gdy Lis i Iz też już poszli, myślałam nad tym, żeby również pójść, ale stwierdziłam, że może jednak chwilę zostanę. O dziwno dałam radę rozmawiać z Devanem jak... z człowiekiem. Nawet nie chciał mnie zabić, ale to głownie dlatego, że nie miał broni, bo wszystkie miał Kaoru. Zdziwiłam się. No bo jakim prawem on miał mieć wszystkie bronie? Wtedy Devan wyjaśnił mi, że nie wolno mu mieć nic ostrego od nieszczęśliwego wypadku, którego nie pamiętał. Znaczy powiedział mi tylko, że miał wtedy nożyczki, ale nie wiedział co z nimi zrobił, a chwilę później jak go zapytałam, czy sobie przypomniał to już nie wiedział o co chodzi. Nie chciałam dalej drążyć tego tematu.
