JustPaste.it

 

                                                                                       część 13

anigif.gif

▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬                           I                HATE                  THIS                FEELLING

––– Vernon, do cholery ––– rozbrzmiało w małym, dusznym pomieszczeniu, a kobiecy głos wdzięcznie odbijał się od zagraconych ścian ––– przestań już.
Jasnowłosy uniósł głowę, odstawiając karton na stare, nadgryzione zębem czasu biurko. Rozejrzał się dookoła, dostrzegając rozbitą fotografię rodzinną. Ściął brwi, jednak gest ten był wyłącznie na pokaz; nie potrzebował owej pamiątki, zwłaszcza tutaj, w świeżo uzyskanym gabinecie.
––– Nie uważasz, iż jest tu za ciepło? Muszę ––– podrapał się po głowie, stawiając następnie szeroki krok, by doskoczyć do okna. Zacisnął na klamkę, ciągnąć ją ku sobie, a kiedy żelastwo puściło - jego twarz owiał chłodny, kojący nerwy podmuch. ––– otworzyć okno ––– dodał, jakby informując o wykonanej czynności. Violet spojrzała na niego ze zdumieniem; dopiero teraz uświadomiła sobie, iż pierwszy raz od dawna tak znakomity psychiatra zgodził się na pracę w podobnych warunkach. Pomieszczenie wręcz śmierdziało poprzednimi lokatorami, podłoga stanowiła swoisty labirynt wydrapany na podłodze, gdy twarde krzesło szurało raz w jedną, raz w drugą stronę, aby wdzięcznie spocząć przy biurku. Jedynie zapach świeżej farby stanowił jedną rzecz, nie będącą spuścizną po poprzedniej epoce. Rodzeństwo momentalnie obrzuciło się podejrzliwym spojrzeniem; zdawali się wyczuwać myśli kotłujące się pod czaszką tego drugiego.
Dlaczego?

––– Ach, te Twoje kaprysy ––– wymamrotała pod nosem, zajmując miejsce na parapecie. Niemal czuła, jak kurz żre ją w odkryte do połowy uda.
––– To nie kaprys. Chcę tu pracować ––– natychmiast odparł zarzuty, spoglądając na blondynkę z góry.
––– Dlaczego? W takim miejscu? Po tym, co stało się... wtedy?
Wzruszył ramionami.
––– Życie nie może być jedynie ucieczką. Właśnie to przekazuję własnym pacjentom, więc dlatego nie mogę kierować się podobną zasadą? ––– rozłożył  ręce, niewinnie przyznając, iż jest już gotowy. W końcu musiał wrócić do wypełniania obowiązków, zważywszy na fakt, iż rana po postrzale już dawno się zabliźniła, a słuch po jego poprzedniej partnerce dawno zaginął. Co prawda jego wybór był szalony, niemal kalał jego wieloletnią i ciężką pracę; jako tak świetnie wykwalifikowany specjalista mógł żądać wiele, a zdecydował się na ciasną klitkę w podrzędnym szpitalu. Violet nie wiedziała jednak, iż jego plany sięgają dalej, niż była w stanie wydedukować. To, co teraz wydawało się przestarzałe - niebawem miało stać się powiewem świeżości. Wystarczyło trochę poczekać.
––– Jak uważasz, ale żebyś później nie mówił, iż Cię nie ostrzegałam.
––– Obiecuję.

Nie wiedział, dlaczego akurat to wspomnienie pojawiło się przed jego oczami, gdy tak bestialsko obijał się udami o pośladki Sehuna. Minęło kilka lat, gabinet nie wyglądał już tak, jak przedtem, jednak Mayhall czuł, że w zasadzie zmieniło się niewiele. Przynajmniej w nim samym. Czuł, jak jego własny chłód przejmuje nad nim kontrolę, a wieczne pragnienie kontroli sytuacji powoli zaczyna się na nim mścić. Gdy doszedł, zdawało mu się, jakby ponownie doświadczał duchoty tamtego dnia, gdy pierwszy raz przekroczył prób obecnego gabinetu. Zapach drażniącej farby zawirował mu w nosie, a ten miał ochotę kichnąć, jednak powstrzymał się w ostatnim momencie.
Gdy brunet rozpoczął się tak szybko ubierać, wykazując chęć ucieczki - psychiatra zdziwił się nieco. Nie był delikatny, fakt, jednak wewnętrzne przekonanie skłoniło go do myślenia, iż Levine właśnie tak chce być traktowany - jak zabawka. A przynajmniej tak się określał, nawet teraz, gdy został wykorzystany praktycznie na własne życzenie.
––– Nie słuchałeś, co mówiłem? ––– prychnął, wyswobadzając go z mocnego uścisku. Szkło skrzypiało pod szpitalnymi buciorami, gdy ruszył zaraz za nim, usiłując go dogonić. Szybki krok przerodził się w bieg. Zatrzymał się tuż przed drzwiami wyjściowymi, wahając się. Powinien go złapać i wprowadzić do środka, a może dać mu odejść? Niestety druga opcja wiązała się z pewnymi konsekwencjami; Sehun zdawał się nie rozumieć, że pchał się w śmiertelne niebezpieczeństwo. Tajfun wszystkich i wszystko traktował na równi.

Pokręcił głową, wzdychając ciężko, by następnie wydostać się na zewnątrz. Deszcz zaciekle przysłaniał mu widoczność, jednak doskonała znajomość powierzchni pozwoliła mu dogonić młodego mężczyznę bez zbędnych potknięć czy upadków.
––– Oszalałeś?! ––– wrzasnął, boleśnie chwytając go za ramię. Pociągnął go w swoją stronę, wywlec go do środka. Przekręcił klucz w zamku, chowając go następnie we wnętrzu kitla. Fuknął na niego, zbierając mokre włosy z czoła, aby następnie odcisnąć wodę. Kilka kropel rozbiło się o i tak wilgotną już posadzkę.
––– Nikt Cię nie nauczył, aby nie igrać z żywiołem? ––– syknął, zdejmując z siebie fartuch. Przerzucił go przez ramię, idąc w kierunku drzwi z grawerem własnego imienia. Zdążył już zapomnieć, iż doniczka przebiła szybę, a jego prywatny kącik został zroszony przez ulewę. Westchnął głęboko, czując, jak rośnie w nim złość. Na szczęście wszelkie akta były doskonale zabezpieczone, tak więc nie musiał martwić się o utracenie bądź zniszczenie dokumentacji medycznej, gdy nie wszystkie foldery zostały zdigitalizowane.
Przez cały ten czas ściskał Sehuna za ramię, aby zwyczajnie mu nie uciekł i nie wyrządził jakiegoś głupstwa. Miał ochotę mu przywalić, rozkwasić nos, jednak powstrzymywał się przez tym aktem brutalizmu. Patrzył na niego z szalejącymi iskierkami w oczach, starając się nad sobą zapanować. Dlaczego właściwie się nim przejmował? Był dorosły, z własnej (głupiej) decyzji postanowił udać się w sam środek ulewy, a Vernon z łatwością mógł wymigać się od odpowiedzialności. Czyżby... zaczynało mu zależeć? Nie. Ale przez jego grubą powłokę powoli przebijały się ludzkie uczucia.

––– Chodź. ––– Zakomunikował, jednak nie czekał na jego ruch, wciąż bowiem zaciskał palce na jego skórze. Udał się w kierunku pomieszczenia gospodarczego niewydajającego jak domowa kuchnia. Włączył czajnik, pragnąc napić się kawy, jednak wtedy jego myśli przecięło pewne spostrzeżenie. Nakazał ciemnowłosemu zając miejsce na starej kanapie umieszczonej naprzeciwko kuchenki, po czym otworzył jedne z wielu drzwiczek i wydobył z nich butelkę. Poruszył nią w ręku, wywołując mały wir wewnątrz.
––– Chętny?