JustPaste.it

▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔

▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔

⠀⠀⠀⠀⠀⠀

⠀⠀⠀

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀LAMBOFGODWHOTAKESAWAYTHESINSOFTHEWORLD...

⠀⠀⠀

⠀⠀⠀

⠀⠀⠀⠀⠀⠀ ┎━━━━━━ ⠀Ściślej zacisnęła palce, nieobecnie wbijając w okryte swetrem ramiona, otulając ściślej tkaniną, choć czy nie było to parodią? Na przeciw trzaskającego łoskotu ognia, na przeciw wstęg jaśniejących ciepłym światłem, na przeciw osmolonej dymem szyby, na przeciw zarysu okalanego ukropem truchła. Skąd zatem ten chłód, Nellie? Czułaś ramiona śmierci? Dłonie sumienia, rażącego lodem serce? Nellie, czułaś? Otępiałe spojrzenie ciemnych oczu, płonęło razem z mężczyzną, omiecione blaskiem jego przemijania. Powoli podziwiała grę świateł, taniec żywiołu, powoli. Opuszczając policzek na lewe ramię dostrzegając jak popiół opada bezwładnie, z popiołu powstałeś... Uśmiech pełen groteski na moment wykrzywił jej usta. To co pozostało z niego, to co zdało się nie użyteczne, znikało, na dobre. Przywodząc echo gdzieś zgubionego poczucia winy, odpowiedzialności, echo żalu i goryczy. Lecz tylko echo. A ono czymże może być w obliczu krzyku? Krzyku radości, poczucia przydatności...miłości? Czym szept przy tym? Chwilą zawahania, jedynie.

Nie śpieszyła się z odejściem. Powielając schemat, oglądając zniszczenie do końca, upewniając. Niosąc na barkach lekki niepokój i gdzieś w głowie szmer głosów, ścigana przez to co niezdolne było choćby do obrony. Z politowaniem żegnając tlące się wnętrze metalowej budowli. Mogłaby poczuć żal, dogłębny i szczery na tyle, by przestrzelił jej serce, mogłaby. Jednakże czując go być może przyznać by musiała, że czuję w odmętach zaprzedanego serca także potępienie czynów Beniamina. Czy rzeczywiście je czuła? Potępienie? Smutek. Czuła smutek, na widok powłoki ostawionej po dawnym mężczyźnie, na widok rodzącego się szaleństwa, na widok niesprawiedliwości w niego wymierzonej, na widok tego, że nie zdolna jest odpędzić obecnością swoją demonów żyjących wokół niego. Czuła palący wnętrze smutek. Skąd więc ten chłód, Lovett? 

Opadła na drewniane krzesło, odsunięte lekko od przetartego czasem stołu. Ciepłym spojrzeniem obejmując postać przy niej obecną. Nieobecny, trwający w jednej pozie od momentu, gdy dojrzała go opuszczając piwnicę. Zatopiony w wysłużonym fotelu, zatopiony także gdzieś w świecie do którego ona przeniknąć nigdy nie zdoła. Szara skóra w której utkwione oczy, wiecznie zmęczone, otępiałe. Niekiedy tylko palone furią, jedynym ogniem jaki w nim zdawał się pozostać. A mimo tego, mimo cieni kładących się na zapadniętych policzkach niczym ujęte na dłużej brudne smugi, mimo zaciśniętych ust w wiecznym geście dezaprobaty, nadmiernej powściągliwości, och Boże, mimo tego pozostawał nieskazitelny. P i ę k n y, prawda Lovett? 

━━━ Panie T. pora porzucić na moment rozdrapywanie ran, którym nie daje Pan się sklepić ━ szepnęła w półmrok, wciąż wpatrując w zatracone oblicze, w twarz rozświetlaną pojedynczym płomieniem, skrzącym żałośnie ostatkiem sił. ━ No już Panie T.

Lekko pochyliwszy się w stronę golibrody czekała. Najzwyklej. Czekała cierpliwie, tak jak tylko względem niego była wstanie to robić. Tracone minuty zamiast odpowiedzi przynosiły ze sobą jedynie nadchodzący koniec ostatniej małej części knota, topionego w bezbarwnym teraz wosku. Szarpiąc delikatnie poły swetra, skrzętnie zniknęła w jego wnętrzu. Uniosła się lekko, opuszczając lokatora swego poddasza. 

Może i ona oddałaby noc swoim myślom. Może. Jednak w tą noc wszystko zdawało jej się spokojne. A ona pragnęła ten spokój wykorzystać. Odnajdując kolejną świecę ustawiła ją obok, odpalając, by rozbudzonego nie przygniotła świadomość samotności, ani tego mroku, który zdążył osiąść. Okrywając ramiona mężczyzny kocem pozwoliła mu trwać, pomijać czas. 

HAVE⠀M E R C Y⠀ON⠀US⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔

▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀OH, JUSTSLOWDOWND A R L I N G

Czy rozsądek może okazać się naiwny? Czy może pozbawiać bezpieczeństwa? Z pewnością nie. Rozsądek naprowadzał ludzi na drogi roztropne, prawidłowe. Ludzi przeciętnych. Ludzi pozbawionych wielu rzeczy, które zaległy na dnie resztek duszy tych dwojga ludzi stojących naprzeciw. Jej rozsądek przywiódł ją w ramiona furii gnieżdżącej się w wypalonym umyśle. Bo pewna była, że zemsta, jej widmo, marzenie, przysłoniła wszystek odmienny od jej idei, że jej chęć wypełnienia, goreje bezustannie. A mimo to pokładała wiarę, z jej pomocą, być może, golibroda odnajdzie coś więcej, odnajdzie spokój. Znikł jej uśmiech sprzed chwili, posłany młodzieńcowi opuszczającemu salon Sweeney'a, zastąpiony zaciśnięciem zębów. Pomimo tej drobnej oznaki zdenerwowania, twarz pozostawała łagodna, pełna zmartwienia. Choć kierowała słowa, których konsekwencji nie mogła przewidzieć, pozostawała opanowana, łagodna, wierząca. Pan T. nie skrzywdziłby jej, tego była pewna, pomimo drobnej oznaki zdenerwowania, pomimo płomiennej furii zalegającej w pustych z początku oczach. Dostrzegała jak cienka krawędź metalu błyszczała przy szyi chłopca. Dostrzegała, jak błysk ten odbijał się w oczach Todda. Dostrzegała.

Teraz zaś jedynie stali naprzeciw. Dłoń jej wciąż spoczywała na dopiero co zamkniętej klamce drewnianych drzwi. Snopy światła wyjątkowo prześmiewczo oświetlały ten moment, padając w niebiańskiej otoczce na ciało o wściekłych oczach, zmuszając ją do lekkiego zmrużenia powiek. Słowo które rzuciła niezrozumiale dla młodzika czmychającego stąd chwilę temu, zdawało się rozbrzmiewać ponownie, złośliwym echem wśród starych ścian. 

⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀❝D O Ś Ć

Obserwowała go. Opanowaną twarz, zdradzoną przez spojrzenie, którego dotąd Lovett nie była wstanie poznać. Nieśpiesznie splotła dłonie przed sobą, zdobywając na delikatnie uniesienie warg. Stawiając kroki w stronę golibrody. Zbyt sztywne jednak, by zachować pozory pełnej swobody. 

━━━ Dość ━ powtórzyła ━ dość na dziś Panie T.

Westchnęła obejmując pomieszczenie przelotnym zerknięciem, pozostawiając spojrzenie na dłużej, tam gdzie jakby samotnie stał oblegany dzisiejszego dnia mebel. Iskrząc w oczach na chwilę coś na wzór rozczarowania, przejęcia, choć samej nie wiedząc z jakiej przyczyny. 

━━━ Wystarczy, niech mi pan wierzy ━ zaczęła ponownie, znacznie łagodniej ━ cierpliwiej, troszkę cierpliwiej Panie T.

Niekiedy brzmiała jak matka, strofująca niesfornego urwisa. Jednakże częściej jak jedyny głos powściągliwości w ich duecie. Byli odmienni. Ogień, działający agresywnie, dynamicznie, niszcząc i siejąc spustoszenie. Ziemia, stabilna, nieśpiesząca się, r̶o̶z̶w̶a̶ż̶n̶a, maskująca ogrom zniszczeń, tym samym okropna jednako z ogniem, niosąca w sobie winy. W jej oczach, niezwykle naiwnych, zdawali się uzupełniać, pasować każdym aspektem. Tylko, czym była niepewna ziemia, by stawiać czoła rozwścieczonemu pożarowi? Była nią, zapatrzoną w obraz wyimaginowany. Mimo tego nie była rozważna, nie w stosunku do niego, nigdy w stosunku do niego. 

⠀┏━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━┓

 
⠀┗━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━┛

c4fdce4be61cff07030be26a451bab53.jpg

▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔

▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔▔