JustPaste.it

                                                                                                                                                                

          4bdedc94287b07b2a6fcc6579d693700.png   Podobny obraz   Znalezione obrazy dla zapytania lyndsy fonseca   Man Tattooed Praying 

                                                                                                                                                                                             

Bardzo trudno jest zaufać ludziom których nie widziało się długo, ale ona miała w sobie moc, która przyciągała ludzi, dziwny niepowtarzalny czar działający na każdego niezależnie od wieku. Jej miłość jest dla mnie niczym tlen bez którego opada się na dno, głębokie i muliste, nie mogąc się wydostać. Jesteś świadomy wszystkiego, szarpiesz się, walczysz bo taka natura człowieka, ale zapadasz się, grzęźniesz czasami na dobre, czekając choć na małe światełko nadziei, które da cień szansy na ratunek, zmotywuje by się nie poddawać...bo warto walczyć.

Miłość brata do siostry jest cholernie trudna. Dwa różne światy, dwa różne poglądy na życie, tyle kłótni, bójek a mimo to jest między nimi nić porozumienia, którą nie w sposób złamać. Często istnieje też między nimi swego rodzaju relacja, słowa, czasami język, który tylko oni rozumieją.  W tym wszystkim jednak bywało coś o wiele gorszego niż rzucanie porcelanowymi filiżankami mamy w siebie czy czymkolwiek co człowiek złapał w złości. Mimo sześcioletniej różnicy wieku byliśmy zazdrośni o siebie jakkolwiek to niedorzecznie brzmi. Mając piętnaście lat zapewniałem ją, że bez względu na to co stanie się w przyszłości zawsze będzie moją ,,pierwszą dziewczyną'', małą księżniczką, która nauczyła mnie jak kulturalnie powinienem się wyrażać, bo potrafiła ,,dać mi klapsa'' przy moich kumplach, którzy do końca szkoły mieli ze mnie ubaw. Na nic zdały się moje pogróżki i prośby do siostry. Była oparta jak osioł, co zresztą do dzisiaj jej zostało...

Ja z kolei bałem się o nią. Wiem dobrze, że umiała zawalczyć o sobie i nie była delikatna, ale nie chciałem by chodziła z chłopakiem który tylko wykorzysta jej dobre serce, zbajeruje na czułe słówka, skrzywdzi ją i porzuci jak zużyty niepotrzebny śmieć. Sam miałem paru takich znajomych i wiedziałem do czego są zdolni, dlatego chciałem chronić Lauren przed tym co najgorsze. Wymagało to ode mnie dużych pokładów cierpliwości i opanowania, ale koniec w końcu udało się i dzięki cudownemu przypadkowi poznała Petera, który był na prawdę w porządku. Przeprowadziłem z nim wywiad, niczym policjanci na komisariacie, chcąc mieć pewność, że mogę mu bezgranicznie zaufać. W końcu mogłem nieco odpocząć bo ktoś przejął ,,część opieki'' nad blondynką, dając mi tym samym skrawek wolności. Na naszego ojca nie było co liczyć. Widział w nas tylko dziedziców do przejęcia po nim kancelarii, a w razie poważnych kłopotów wycofywał się, mówiąc że przyszli prawnicy powinni sami znaleźć złoty środek na problem. W końcu w sądzie nikt nam nie pomoże...

Nie cieszył się, kiedy mama przyprowadziła małą dziewczynkę zawiniętą w zielony kocyk. Ja nie mogłem od niej oderwać oczu, chciałem pomagać przy niej jak tylko mogłem, ba nastawiłem raz własną pierś bo była głodna..., a on nawet ani razu nie zmienił jej pieluszki, nawet nie jestem pewien czy ją przytulił kiedykolwiek...

(...)

Mimo iż Lauren była już dorosła czułem się za nią odpowiedzialny. Wiedziałem dobrze, że ja nie przeżyję za nią życia i nie mogę brać sobie jej problemów na swoją głowę, bo musi nauczyć się sama sobie z nimi radzić, ale już chyba nie potrafię inaczej. Nie chcę by została z czymś sama. Po to ma mnie. Zawsze chętnie służę pomocą, nawet jeśli innym wydaje się to już przesadą. Owszem, czasami mam ochotę rzucić wszystko w to cholerę i wyjechać z córką z daleka od tego całego gówna w którym siedzę, ale to swego rodzaju mafia, która nie daje wolności od tak swoim członkom. Nie ma możliwości ucieczki. Oni cię znajdą nawet jakbyś znalazł się po środku Antarktydy, szczególnie jeśli ma się coś na sumieniu. Moją siostrę ochroni jej gang, więc nie powinien mieć powodów do zmartwień, a jednak dalej potrafi się wpakować w kłopoty jak małe dziecko narażając się nieodpowiednim ludziom. Nawet nie wie jakie ma szczęście że ten człowiek jej nic nie zrobił. Przecież już nawet z wyglądu ten typ nie wygląda ciekawie i każdy zawahałby się czy aby na pewno można obok niego przejść czy może lepiej jednak przejść na drugą stronę ulicy.  

Poleciłem jej zabranie moich kluczyków do samochodu i udania się do domu w celu ochłonięcia. Wiedziałem dobrze że napędzała ją adrenalina, a ona czasami potrafi przysłonić jasność umysłu, który w tym przypadku był potrzebny. Chciałem wszystko załatwić na spokojnie rozmową nie pięściami, a przede wszystkim bez rozlewu krwi. W żadnym wypadku nie chciałem by moja własna siostra była przyczyną porachunków między dwoma najgroźniejszymi gangami. Ja rozumiem, że mafia nie zapomina wyrządzonych krzywd, duma, chęć zemsty i tym podobne, ale przecież ona nie dawno zaczęła działać na rzecz kryminalistów. Komu już zdołała się narazić... tylko jemu?, jakimś innym grubym rybom, czy od razu poszła na całość krocząc ku liderom gangów ?

To już nie na moje nerwy. Za niedługo już całkiem osiwieje, ba może nawet ten proces mnie ominie bo wszystkie włosy zdążą mi wypaść.

Wziąłem parę głębszych oddechów, wracając do mężczyzny, który stał oparty o jeden z filarów klubu popalając bliżej niezidentyfikowany skręta, przyglądając mi się z dziwną uwagą. Wypuścił kłęby dymu, wyciągając do mnie dłoń, którą bez problemu mu podałem.

- Więc nie masz zlecenia na moją siostrę? - spytałem chcąc się upewnić. 

Wiem, że to nie moja sprawa, ale skoro zostałem już w to wciągnięty wbrew mojej woli- pokręciłem głową - to chciałbym wiedzieć o co wam poszło dokładniej. - przeczesałem dłonią włosy. - Możesz walić prosto z mostu. Nie mam zamiaru się z tobą bić i walczyć o honor siostry, o dumę, czy o to tam sobie uroiła pod tą blond czupryną, jak zwał tak zwał, bez względu na to co mi powiesz. Swoich ponoć się nie rusza, a my choć z innej bajki to jednak należymy to jednej ,,rodziny The Crips''. - westchnąłem uśmiechając się lekko do niego. 

 - Jestem ,,waszym'' lekarzem- powiedziałem chcąc mu ułatwić skojarzenie mojej twarzy jednocześnie przyglądając się jego rozciętemu łuku brwiowemu który nie przestawał krwawić. Sięgnąłem po opakowanie chusteczek jakie miałem przy sobie podając je brunetowi. - Musisz przycisnąć by zatamować krwawienie. Rana na pozór jaką zafundowała ci moja siostra nie wygląda groźnie, ale lepiej dmuchać na zimno. Alkohol który z pewnością wypiłeś rozrzedza krew, trawka którą właśnie palisz może przyśpieszyć ci tętno i amba. Krew nie krzepnie i nie bata by zrobił się strup który po czasie odpadnie. Musisz podejść ze mną do szpitala w którym pracuję.Tam mam specjalistyczne sprzęty dzięki którym będę w stanie ci pomóc. - kiedy skinął głową, że się zgadza odetchnąłem z ulgą. - Pozostaje druga kwestia. Ze względu na ostatnie zamachy w naszym mieście, wzmocnili ochronę szpitala. Tak więc teraz przechodzisz na wejściu przez bramkę taką jak na lotniskach. Tylko, że przy nich nie stoją ochroniarze, a pojedyncze jednostki SAS (antyterroryści), które nie są w żaden sposób skorumpowane przez żaden gang. Jak mniemam masz przy sobie broń...- wziąłem głębszy oddech przeklinając w duchu własną siostrę. - Miejmy nadzieję, że moje słowo im wystarczy...

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podobny obraz

                                                                                                                                                                        

Wiedziałem, że może być trudno wprowadzić go od tak do środka tylko przy okazaniu mojej legitymacji lekarskiej i ewentualnie jego dowodu osobistego. Przejście przez bramkę, a nawet jeśli zapewniłbym ich, że ma w sobie metalowe śruby, czy rozrusznik serca mogłyby dojść do rewizji czego absolutnie chcieliśmy uniknąć. Nie ma najmniejszych szans by nie wymacali giwery, a jeszcze przyjdzie im do głowy przeszukać mój gabinet... i z tym co tam znajdą na bank dostawałbym dożywocie. 

Dlatego musieliśmy zrealizować plan o którym mu wspomniałem w drodze do szpitala. Recepcjonistka Beatrice wybiegła wraz z innymi pielęgniarkami, pomiędzy którymi było łóżko transportowe a na nim torba lekarska jakiej używają ratownicy medyczni. Joel miał udawać drgawki, krztusić się, miotać się, co tylko mu do głowy przyjdzie, ale tak by ta scenka była wiarygodna, a my mogli szybko przemknąć bez zbędnych pytań ochrony. Wszystko odbywało się z dala od ich oczu, więc bez problemu mężczyzna mógł się położyć na łóżku. Zrobiliśmy prowizoryczny wenflon a do niego ,,podpiętą kroplówkę''. Do klatki przeczepiliśmy małe diody, które monitorowały jego pracę serca, a na twarz założyliśmy maseczkę podłączoną do butli z tlenem. Zarzuciłem na siebie swój fartuch, przypinając do niego identyfikator, zakładając na dłonie lateksowe rękawiczki by nadać temu bardziej wiarygodności.

- Powinno się udać. Gotowi ? - spytałem spoglądając na wszystkich. - Do dzieła Joel - wszyscy ruszyliśmy biegiem w kierunku drzwi, które zostały otworzone przez czarnoskórego mężczyznę z SAS, który spojrzał podejrzliwym wzrokiem na mojego ,,pacjenta''.

- Co mu jest? - zapytał, pochylając się nad nim. 

- Krwotok wewnętrzny człowieku! - krzyknąłem. - Po jaką cholerę nas zatrzymujesz!? Nie widzisz, że ratujemy życie? - Beatrice nie postrzeżenie odłączyła jedną diodę od ciała bruneta i maszyna wydała z siebie przeraźliwy pisk. - Bierzcie go na blok operacyjny, powiadomcie doktora Grathego, że ma być gotowy za pięć minut. - powiedziałem szybko, oddalając się od natręta. - Nie każdy facet z tatuażami to terrorysta, a pana o swego rodzaju rasizm nie powinien chyba podejrzewać prawda? Niech się pan modli by on to przeżył. On powinien już być operowany, z każdą minutą zalewa go coraz więcej krwi, a szanse na przeżycie są marne. Wie pan że on miał się za tydzień ożenić ? Co ja powiem jego narzeczonej? No co powiem własnej siostrze?  - wszedłem do windy razem z ,,ekipą'' i kiedy drzwi się zasunęły dopiero mogłem odetchnąć. 

- Już Joel, możesz przestać - uśmiechnąłem się lekko, pomagając mu wstać. 

Zostaliśmy już sami, więc zaprowadziłem go do swojego gabinetu, prosząc go by położył się na specjalnym fotelu, opierając wygodnie głowę o zagłówek. Ja w tym czasie przygotowałem wszystkie rzeczy na przenośnym stoliczku, podchodząc powoli do niego. 

- Nie masz na nic uczulenia, prawda? - rozłożyłem na jego ramieniu specjalny materiał, który miał chronić jego ubrania przed ewentualnym pryśnięciem krwi, sięgnąłem po małą strzykawkę. -  To taki lek znieczulający, jakiego używa się wprawdzie w chirurgi estetycznej, ale nie mogę ci podać niczego dożylnie. Nie wiem jak dane leki mogą zareagować w połączeniu z alkoholem...- zacząłem ostrzykiwać fragmenty jego czoła, podając pod skórnie małe dawki, mając nadzieję że one w zupełności wystarczą i choć trochę zniwelują ból. 

Po odczekaniu około dziesięciu minut, zacząłem pomału oczyszczać jego ranę, co jakiś czas zerkając na mężczyznę czy wszystko z nim w porządku. Po wypaleniu specjalną maszyną krwiaków i wyciągnięciu kawałka pierścionka Lauren, moja praca zbliżała się powoli do końca. Ku radości nas wszystkich, skończyło się tylko na kilku szwach, które będę musiał za około tydzień wyciągnąć kiedy rana tylko się zagoi. Zawsze mogło być gorzej...

- Postaraj się nie zamaczać opatrunku, przynajmniej przez pierwsze trzy dni...

W pewnym momencie do sali wpadła Lauren z moją córką trzymaną za rączkę, która na widok mężczyzny, zarumieniła się, chowając za nogami siostry. 

- Co tu robicie? - spytałem, wyrzucając rękawiczki do specjalnego kosza, nie spuszczając z nich oka. 

- Twój aniołeczek nie może zasnąć, a ty jak zwykle nie odbierasz telefonu- mruknęła z przekąsem, pokazując środkowego palca Joelowi, wykonując charakterystyczny gest przesuwania palca po szyi. 

- Tylko zostaniemy sami...- szepnęła. 

-  Już ci lepiej diablico? - spytałem patrząc na nią sugestywnie bo miała rozmazaną szminkę i tusz do rzęs.

- Owszem marudo. Zostawiam ci Alyx, ja jadę się w końcu wyspać. Spokój i cisza tylko tego teraz mi potrzeba.- puściła dziewczynki rączkę, popychając ją lekko w naszym kierunku, po czym szybko wyszła jakby się bała, że zaraz ją zawołam, lub wymyślę jakiś sposób na uśpienie dziecka obarczając ją jakże ,,trudnym'' zadaniem. 

- Cześć skarbie - podszedłem do niej, biorąc na ręce i całując jej główkę. - Zobacz kto do mnie przyszedł. - zachęcałem ją by spojrzała w stronę mężczyzny. - Wujek Joel - uśmiechnąłem się do niego. - Zobacz, on też ma różne rysunki na rękach...- dziewczynka wysunęła rączkę dotykając jakiegoś czarnego wijącego się wzoru. 

- Bolało?- spytała, spoglądając na niego swoimi wielkimi zielonymi oczkami wyciągając do niego ręce. 

                                                                                                               

Znalezione obrazy dla zapytania cute baby girl smiling